Można polecić najnowszą inkarnację Władców wszechświata, o tyle, o ile przepuścimy całe to doświadczenie przez sito sentymentu i chęci obcowania z bezpardonową rozrywką. Doszukiwanie się w tej pracy jakiegoś drugiego dna lub czegoś, co mogłoby odcisnąć piętno na gatunku muzyki filmowej jest bezcelowe.

Widowisko fantasy oparte na linii zabawek z lat 80? Brzmi kuriozalnie, ale temat ten wielokrotnie już przerabialiśmy w popkulturze, czego przykładem niech będzie seria Transformers, czy też ta odwołująca się do kultowej postaci He-Mana. Powstały na bazie tego ostatniego serial animowany okazał się swojego czasu sporym sukcesem. Na tyle dużym, by przekonać decydentów do stworzenia pełnometrażowego filmu aktorskiego. Widowisko z 1987 roku, delikatnie rzecz ujmując, nie należało do najlepszych. Mimo wszystko skomponowana przez Billa Contiego muzyka zyskała przez lata status kultowej. I nie ma się co dziwić, wszak temat przewodni i cała orkiestrowa otoczka spowijająca ten projekt żywo odnosiła się do fundamentu kina nowej przygody – Gwiezdnych Wojen Johna Williamsa. Niemniej porażka „live action” ostudziła zapędy studia do eksperymentowania z kolejnymi produkcjami. I tak naprawdę dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku, dzięki staraniom Kevina Smitha, studio Ntflixa ogłosiło rozpoczęcie prac nad nowym serialem animowanym. Choć wielu fanów podchodziło do tych rewelacji ze sporym dystansem, ostatecznie projekt okazał się wielkim sukcesem. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że sporą część sukcesu Władcy wszechświata: Objawienie zawdzięczają właśnie muzyce. Bear McCreary stworzył kapitalną oprawę opatrzoną w chwytliwy temat przewodni i fantastyczne aranże orkiestrowe wsparte mocnymi gitarowymi riffami. Czemu o tym wszystkim wspominam? Bo nie można inaczej patrzeć na współczesną, kinową inkarnację Władców wszechświata, jak przez pryzmat kolejnych wzlotów i upadków serii.
Na fali remakeowania wszystkiego co się rusza, trafiło również na serię MotU. Projekt kinowy rodził się jednak w wielkich bólach przez blisko dwie dekady i kiedy już wszystko wydawało się iść zgodnie z planem, Netflix spasował, tłumacząc swoją decyzję względami finansowymi. Sprawę przejęło studio Amazon, które skorzystało z okazji, aby stworzyć dwugodzinną, bezpardonową rozrywkę będącą również idealnym „product placementem” sprzedawanego contentu. Fabuła nie zaskakuje w żaden sposób, a sposób realizacji wpisuje się w podręcznikowe standardy tworzenia blockbusterowej, przaśnej rozrywki. I można dzielić włos na czworo, czy tak duża ilość gagów i one-linerów polepsza, czy pogarsza odbiór filmowego widowiska, ale mimo względnej satysfakcji krytyków i widzów, bilety kinowe nie schodziły, jak ciepłe bułeczki. Czy będzie z tego blamaż? W tabelach BO na pewno. Ale Amazon MGM skutecznie sobie z tym poradzi.

Blamażem na pewno nie można nazwać ścieżki dźwiękowej do tego filmu. Do jej stworzenia zatrudniony został Daniel Pemberton, jeden z bardziej utalentowanych współczesnych twórców, który co rusz zaskakuje odbiorców eksperymentami brzmieniowymi. Nie inaczej było i tym razem. Zabierając się za nową inkarnację liczącej sobie prawie pół wieku serii, nie mógł zignorować czasów, w jakich się ona rodziła. Zaskakującym wydaje się jednak fakt, że to nie tematyczna spuścizna czy stylistyka, w jakiej Conti zamknął swoją ilustrację do pełnometrażu z 1987 roku, stanowiły inspirację dla Pembertona. Gdy spojrzymy na film Knighta, który wydaje się istną autoparodią i nabożnym spojrzeniem w stronę muzyki rockowej z lat 80., wtedy jasne staną się wybory, jakich dokonali tu kompozytor wraz z reżyserem. Zresztą pojawiające się w widowisku szlagiery z tej epoki stanowiły idealny punkt wyjścia do ilustracji nadającej na podobnych falach. Nie dziwi więc brzmienie pracy oparte na dynamicznej orkiestrze, rytmicznej perkusji i gitarowych riffach. Wszystko to przypomina bardziej imitację ścieżki dźwiękowej do Flasha Gordona niż jakiekolwiek wcześniejsze odsłony przygód He-Mana. Poza solidną porcją wpadających w ucho tematów, Pemberton zadbał również o odpowiednią oprawę wykonawczą. Zaprosił do współpracy gitarzystę Queen, Briana Maya, co po raz kolejny podkreślić miało źródła inspiracji autora. I faktycznie, słuchając motywu przewodniego w porywających scenach akcji z tymi solówkami można za głównym bohaterem krzyknąć: „Na potęgę Posępnego Czerepu, mocy przybywaj!”
Aby jednak odkryć prawdziwą potęgę tej muzyki, nie wystarczy sięgnąć tylko po album soundtrackowy, ignorując przy tym widowisko Knighta. Doświadczenie filmowe jest istotnym czynnikiem otwierającym odbiorcę na wybory, których dokonał tu Pemberton. Nie mając tego w zanadrzu, niejeden słuchacz kręcił będzie nosem porównując tę pracę do znacznie bardziej inwazyjnej i opatrzonej w ciekawsze wariacje orkiestrowo-rockowe, kompozycji Beara McCeary’ego do serialu animowanego Kevina Smitha. Jakkolwiek przebojowa nie wydawałaby się praca do Odrodzenia, trzeba również docenić walory estetyczne ilustracji Pembertona. Szczególnie w kontekście aranżów tematu przewodniego – od Eterni począwszy, aż na progresywnym, „przesterowanym” Prison Break skończywszy. Rytmiczne sekwencje oparte na perkusyjno-gitarowych frazach w utworach Adam czy Conflict Territory przypominają natomiast oldschoolowe sposoby budowania muzycznej narracji z lat 80. Tak naprawdę słuchając całego, 82-minutowego soundtracku można wychwycić mnóstwo smaczków i detali oddających należny hołd epoce, w jakiej rodziła się seria. I nie inaczej jest z piosenką promującą obraz wykonaną przez formację The Darkness stylizującą się na muzykę grupy Queen.
Można więc śmiało polecić najnowszą inkarnację Władców wszechświata, o tyle, o ile przepuścimy całe to doświadczenie przez sito sentymentu i chęci obcowania z bezpardonową rozrywką. Doszukiwanie się w tej pracy jakiegoś drugiego dna lub czegoś, co mogłoby odcisnąć piętno na gatunku muzyki filmowej jest bezcelowe. Zatem bawmy się, ale nie oczekujmy niczego więcej.

