Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Bear McCreary

Masters of the Universe: Revelation (Władcy wszechświata: Objawienie)

(2022)
-,-
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 24-01-2023 r.

Słuchając Masters of the Universe: Revelation aż chce się wykrzyknąć „Na potęgę Posępnego Czerepu!” Nie da się zaprzeczyć że moc przybyła i zstąpiła na tę muzykę, a wszystko, co sączy się z głośników naznaczone jest przynajmniej namiastką przebojowości.

Kiedy gruchnęła nowina o przygotowywanym dla Netflixa sequelu jednej z najpopularniejszych serii animowanych z lat 80., mało kto wierzył, że będzie z tego coś dobrego. Tym bardziej, że w roli showrunnera osadzono dosyć kontrowersyjną postać w branży filmowej – Kevina Smitha. Już w 2019 roku zapewniał on jednak, że Władcy wszechświata: Objawienie (Masters of the Universe: Revelation) z wielkim szacunkiem podejdą do serialowego pierwowzoru. Podejmując wątki z końcówki ostatniego sezonu widowiska otworzono furtkę do dalszych przygód He-Mana i jego przyjaciół broniących Posępnego Czerepu przed zakusami złego Szkieletora. O ile więc mocne wejście w miejsce i okoliczności akcji wyszło twórcom całkiem dobrze, to sposób budowania na tym fundamencie nowych przygód budzi pewne obiekcje. Nie dało się ukryć, że producentom zależało, aby starych bohaterów wpisać we współczesne problemy społeczne z obowiązkowym przesłaniem szeroko rozumianej tolerancji. Na ogół jednak ten dziesięcioodcinkowy serial przypadł odbiorcom do gustu. Twórcy nie zostawili większej przestrzeni na nudę, a stylizowana na anime, strona wizualna, nadała Eternii nowego blasku. Tak naprawdę jednym z najciekawszych elementów tej produkcji są dialogi oraz kreacje aktorów skrywających się za animowanymi postaciami. Mark Hamill w roli Szkieletora wypadł wręcz znakomicie. Tak samo zresztą jak inny ważny dla przedsięwzięcia element – muzyka.

O stworzenie ścieżki dźwiękowej Kevin Smith poprosił jednego z najlepiej rokujących telewizyjnych kompozytorów – Beara McCreary. Pierwsze rozmowy w tej sprawie odbyły się jeszcze na początku roku 2020, kiedy produkcja serialu była na bardzo wczesnym etapie. Już wtedy jasnym stało się, że muzyka do tego widowiska odegra znaczącą jeżeli nie kluczową rolę. I choć pierwsze pomysły skłaniały się ku zaaranżowaniu tematów z oryginalnej serii, to jednak w toku prac okazało się, że nie do końca pasują one do wizji projektu. A ta zakładała, aby ścieżka dźwiękowa przemawiała powagą i patosem godnym hollywoodzkich superprodukcji. Nie chcąc zamykać Objawienia w ramach mainstreamowego brzmienia postanowiono do tradycyjnej orkiestry dorzucić gitarowe riffy przywołujące skojarzenia z analogicznymi pracami z lat 80. Łącząc to wszystko z epickimi partiami chóralnymi oraz subtelną elektroniką powstała kompozycja, którą Bear McCreary śmiało może wpisać w kanon swoich największych osiągnięć.

Nie ma przesady w tym sformułowaniu, ponieważ ilustracja do nowych Władców wszechświata powstawała przez ponad 8 miesięcy. W strukturze ścieżki znalazło się osiem podstawowych tematów oraz kilka pobocznych, które ustawiają całą pracę na tory melodycznego, chwytliwego grania. Konstrukcja ścieżki przypomina space-operowe klasyki, gdzie ilustracją wypełniano niemalże każdą możliwą przestrzeń filmową. W zakulisowym materiale opisującym proces powstawania partytury Bear McCreary wspomniał, że dążył do tego, aby muzyka do całego sezonu układała się w jedną wielką symfonię. I coś w tym jest kiedy odkrywamy, że epilog i napisy końcowe każdego z odcinków jest tak naprawdę wprowadzeniem do kolejnego odcinka. Pod względem narracyjnym Władcy wszechświata są zatem bardzo spójnym i klarownie przemawiającym tworem. Bez wątpienia przebojowym i kradnącym uwagę widza mierzącego się z serialem Netflixa. Ale czy wytrzymującym próbę indywidualnego starcia ze słuchaczem?

Słuchając tematu przewodniego otwierającego jeden z dwóch oficjalnie wydanych soundtracków aż chce się wykrzyknąć „Na potęgę Posępnego Czerepu!” Nie da się zaprzeczyć że moc przybyła i zstąpiła na tę muzykę, a wszystko, co sączy się z głośników naznaczone jest przynajmniej namiastką przebojowości. Zresztą nie mogło być inaczej mając do dyspozycji kilkanaście wpadających w ucho tematów. Już samo prześlizgiwanie się pomiędzy nimi opowiada nam historię skrytą za fasadą potężnego, orkiestrowo-gitarowego grania. Nie musimy się również głowić skąd pochodzi dany fragment ponieważ selekcja materiału oraz układ treści ściśle związane są z chronologią serialowych wydarzeń. I tak oto na nasze ręce trafiają dwa wolumeny: każdy odpowiedzialny za pięć kolejnych odcinków pierwszego sezonu. Z oczywistą pedanterią i wylewnością potraktowano zarówno wprowadzenie do fabuły, jak i finalną konfrontację. To tam otrzymujemy wszystko to, do czego warto wracać po wielokroć. Ale po kolei.

Pierwszy album rozpoczyna się od prezentacji tematu głównego w rozszerzonej wersji (jej odpowiednik z czołówki będzie witał nas w drugim wolumenie). Krótkie wprowadzenie w okoliczności wydarzeń i od razu przechodzimy do najbardziej epickiej części – ilustracji wielkiej bitwy o Posępny Czerep. Trzynastominutowy, absolutnie fantastyczny akcyjniak poprzedzony jest równie spektakularną sekwencją transformacji Adama w He-Mana. I kiedy po tych kilkudziesięciu minutach łudzimy się przekonaniem, że nic lepszego na tym albumie już nas nie spotka, to każdy kolejny utwór jest nowym zaskoczeniem. Owszem zdarzają się momenty przestoju, gdzie eksponowany jest emocjonalny wymiar relacji między bohaterami, ale dosyć szybko wracamy na ścieżkę przygody w kończącym album From Man to God.

Drugi wolumen wydaje się bardziej stonowany w treści. Przynajmniej w jego początkowych fragmentach, gdyż po prezentacji tematu przez dłuższą chwilę zatrzymujemy się nad kolejną porcją liryki. Ostatnie pół godziny mają jednak prawo wyrwać nas z przysłowiowych kapci, a to za sprawą obłędnie skonstruowanej oprawy do finałowej konfrontacji. Podzielony na pięć części For Eterna to jedna z najbardziej rozbudowanych sekwencji bitewnych skomponowanych przez Beara McCreary. I kiedy z perspektywy tego projektu spojrzymy na to, co rok później zaprezentował on w serialu Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy, to oprawa muzyczna do animacji Netflixa wcale nie prezentuje się gorzej. Miejscami zapewnia nawet więcej wrażeń, co wynika z dynamiki montażu i specyfiki widowiska Kevina Smitha. Jasne, że w warstwie brzmieniowej Bear McCreary nie odkrywa tu żadnych nowych kart, bo kto choć trochę zna wcześniejsze prace Amerykanina, ten doskonale kojarzy, że podobnym aparatem posługiwał się tworząc na przykład oprawę do Human Target. Z kolei złowieszczy wizerunek Szkieletora nosi śladowe inspiracje tym, co Bill Conti wypracował na rzecz kinowej inkarnacji przygód He-Mana.

Jedyne czego należałoby żałować, to tego, że kwestią wydawniczą od początku nie zajęła się wytwórnia La-La Land Records. O ile drugi wolumen, który trafił do ich katalogu dał możliwość zdobycia tłoczonego albumu z autografem kompozytora, o tyle pierwszy soundtrack opublikowany został jako zwykłe CD-r przez anonimową wytwórnię. Nie zmienia to jednak faktu, że sama muzyka to highlight w dorobku Beara McCreary’ego. Kompozytora, który od kilku lat sukcesywnie pracuje na miano jednego z najlepszych symfoników w branży. Szkoda, że Hollywood nie interesuje się nim tak bardzo jak środowisko telewizji i streamingu. Z wielką przyjemnością posłuchałbym co miałby do zaproponowania chociażby w kinie komiksowym. Kto wie, może kiedyś…

Najnowsze recenzje

Komentarze