Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Bear McCreary, Sparks & Shadows

Imaginary (Urojenie)

(2024)
4,0
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 29-03-2024 r.

Nie ma w Urojeniu nic, co stawiałoby tę pracę w gronie najlepszych osiągnięć Beara. Dostarcza pożądanej rozrywki, ale ulatuje z głowy tak szybko, jak tylko zakończymy przygodę z soundtrackiem.

Groza jest chyba najczęściej eksploatowanym gatunkiem filmowym. Na realizację takiego obrazu nie trzeba wielkiego budżetu tylko szczyptę wyobraźni i wyrobionego warsztatu, by śmiałe pomysły sprzedać żądnym wrażeń widzom. Problem w tym, że w kinie grozy coraz mniej pojawia się produkcji z dobrym pomysłem. Znamiennym tego przykładem jest film Urojenie (Imaginary) sięgający po niezawodne gatunkowe klisze. Mamy więc małą dziewczynkę, która nawiązuje bliską relację z pluszowym misiem. Zabawka okazuje się jednak ukrytym demonem żywiącym się uczuciami. Nakręcająca się spirala dziwnych wydarzeń prowadzi do dramatycznego finału, w którym – standardowo – nie brakuje twista fabularnego. Widowisko Jaffa Wadlowa nie zapisze się w bogatej historii studia Blumhouse jako dzieło wybitne. Raczej jako produkt jednorazowego użytku.

Gotowość do współpracy z tym studiem po raz kolejny potwierdził Bear McCreary, który w swoim dorobku ma już kilka obrazów od Jasona Bluma. Tym razem jednak amerykański kompozytor nie podszedł do powierzonego mu zadania sam. W proces realizacji włączył bowiem zgraną ekipę aranżerów sygnowanych pod firmową nazwą Sparks & Shadows. I patrząc na to, jak prężnie rozwija się „zaplecze” twórcze McCreary’ego, śmiało można stwierdzić, że dotychczasowi liderzy branży, jak Lorne Balfe mogą czuć się zagrożeni. Tempo w jakim kompozytor przesuwa się po kolejnych szczeblach kariery jest imponujące. I co najważniejsze, na pewien sposób imponuje również muzyka wychodząca spod jego ręki.

Przykład Urojenia może nie jest najlepszym, bo gdy weźmiemy pod uwagę gatunkowe klisze serwowane w obrazie, to nie powinien dziwić kierunek w jakim podążał sam kompozytor. Wyraźne inspirowanie się klasykami grozy z lat 80. uruchomiło serię skojarzeń, które doprowadziły Beara do twórczości jednego z najwybitniejszych kompozytorów filmowych – Jerry’ego Goldsmitha. „Natchniona” wydaje się nie tylko kołysanka spajająca ze sobą postać małej Alice z demonicznym misiem o imieniu Chauncey. McCreary sięga tutaj po rozmyte, pozytywkowe dźwięki osadzone na elektronicznych arpeggiach, jak żyw przypominających fragmenty z Ducha, czy innych Gremlinów. Nie jest to bynajmniej żadna nowość w wykonaniu Amerykanina. Podobnych zabiegów używał we wcześniejszych swoich pacach, jak Laleczka, czy też serii Śmierć nadejdzie dziś. Z tą różnicą, że do wykonawstwa niektórych fragmentów tematu kompozytor „zatrudnił”… swoją sześcioletnią córkę.

Ścieżka dźwiękowa jako całość nie imponuje w większym stopniu. Pomijając wspomniane eksperymenty z tematem Chauncey’ego, otrzymujemy tutaj klasyczny przykład grania do filmu grozy w wykonaniu Beara. Mamy więc okazałą symfoniczną ilustrację, która nie boi się dynamicznych fraz punktowanych charakterystycznymi perkusjonaliami oraz elektroniką urozmaicającą aranże. Jednakże ponad muzyczną grozą i chaosem wyrasta całkiem ładna melodia przypisana Jessice i jej nowej rodzinie. Raz ujmująca swoim lirycznym pięknem, a innym razem imponująca patosem w chwilach triumfu. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że to właśnie ona przykuwa uwagę widza mierzącego się z obrazem.

Jest również osią wokół której obraca się materiał, jaki znaleźć możemy na oficjalnym soundtracku. Niewiele ponad 30-minutowy album z jednej strony zaskakuje swoją powściągliwością w dawkowaniu ilustracją, z drugiej natomiast w zupełności wyczerpuje potencjał tej pracy. Soundtrack otwiera i zamyka prezentacja motywu Chauncey’ego, natomiast cała reszta koncentruje się wokół poszczególnych fragmentów grozy. Z oczywistych powodów najokazalej prezentuje się finalna konfrontacja – wylewna w środkach wyrazu oraz dramaturgii. Mimo wszystko nie ma w Urojeniu nic, co stawiałoby tę pracę w gronie najlepszych osiągnięć amerykańskiego kompozytora. W sumie poza tematami i nadzorem postępu prac, Bear McCreary niewiele tu od siebie dał. Ot zupełnie jak film, który dostarcza pożądanej rozrywki, ale ulatuje z głowy tak szybko, jak tylko wstanie się z kinowego fotela.

Najnowsze recenzje

Komentarze