Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Tom Holkenborg, Antonio Di Iorio

Godzilla x Kong: The New Empire (Godzilla i Kong: Nowe Imperium)

(2024)
1,8
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 02-04-2024 r.

Kończąc przygodę z tym hałaśliwym albumem nie znajdujemy absolutnie żadnego powodu, aby do niego wracać.

Któż by się spodziewał, że w świecie zawładniętym pandemią ludzie będą szturmowali kina, by podziwiać zmagania dwóch gigantycznych stworów? Godzilla vs Kong okazał się nieoczekiwanym sukcesem, co tylko zachęciło producentów do dalszych planów związanych z MonsterVerse. Sprawdzona ekipa dosyć szybko przystąpiła więc do realizacji sequela, którego promocja zbiegła się z premierą japońskiego projektu studia Toho – Godzilla Minus One. Przygnębiający realizm w starciu z pastelową, prymitywną wręcz rozrywką budził dysonans jakich mało we współczesnym kinie – wszak obie te produkcje przedstawiały jednego bohatera. Mimo wszystko chęć zasmakowania soczystej rozrywki wzięła górę i muszę przyznać, ze nie żałuję. Godzilla i Kong: Nowe Imperium, to rozrywka przez duże R. Dwie godziny ekranowego czasu są festiwalem efektownych walk w przeróżnych, egzotycznych sceneriach. Natomiast materiał ludzki, który przewija się przez tę historię, chyba po raz pierwszy w tej serii nie męczy filozoficznymi wstawkami i wymuszonym humorem. Pochwalić należy także całą wizualną otoczkę widowiska. W przeciwieństwie do ostatnich ekranizacji komiksowych, trzeba przyznać, stoi ona na zaskakująco wysokim poziomie. Czegóż więcej chcieć? Może tylko ścieżki dźwiękowej dobrze odnajdującej się w tej bezkompromisowej przygodzie.

W tym przypadku nie mogliśmy mieć złudzeń, że będzie jakkolwiek dobrze. Zanim bowiem na planie padł pierwszy klaps, ogłoszono, iż na stanowisko kompozytorskie powróci autor ilustracji z poprzedniego filmu – Tom Holkenborg. Tym razem nie sam, ale z pomocą współpracownika, Antonio Di Iorio. Czy „nowa krew” wniosła powiew świeżości do zmanieryzowanego warsztatu Junkie XL’a? Odpowiedź wydaje się oczywista. Holenderski kompozytor nie dał sobie wejść na głowę. Muzyka stworzona przez ten duet jest dokładnie tym, czego moglibyśmy się spodziewać po tworze sygnowanym nazwiskiem Holkenborga. Samo odniesienie się do kultowych motywów potworów nie sprawiło, że widz poczuł nostalgię. Raczej konsternację miałkim sposobem korzystania z tej materii muzycznej.

Już pierwsze minuty widowiska okraszone są dynamiczną akcją, czemu wtóruje łamiąca granicę przyzwoitości, hałaśliwa ilustracja Holkenborga. Holender za punkt honoru wziął sobie konkurowanie z całym zapleczem dźwiękowym Nowego Imperium, co niekoniecznie korzystnie odbija się na całym miksie. Ilustracja jakiej przy tym dokonuje jest tak samo prymitywna w formie oraz treści, co prezentowane na ekranie zachowania monstrualnych kreatur. Receptą na dramaturgiczne bolączki jest więc kolejne wejście dęciaków i nisko schodzących basów, a swoistym metronomem zdaje się być zaprogramowana i zmiksowana od linijki warstwa perkusyjna. Niby nic nowego w wykonaniu Junkie XL’a, ale przykład nowej odsłony MonsterVerse pokazuje, że nawet opanowany do perfekcji warsztat można rozmienić na drobne. Natomiast brak pomysłów na ubranie sprawdzonych pomysłów w szaty ciekawych aranżacji skutecznie odwraca uwagę miłośnika muzyki filmowej. Pusta, tępa wręcz rozrywka osiąga apogeum swojego jestestwa, kiedy ilustrację i tak upstrzoną retro-elektroniką zastępują kawałki z nurtu muzyki popularnej.

Pozytywnym aspektem takiego stanu rzeczy jest fakt, że ścieżka dźwiękowa Holkenborga i Di Iorio po prostu nie przeszkadza. Czasami nawet sprawia (szczególnie w połączeniu z sekwencjami slow-motion), że film staje się jeszcze bardziej popcornowy. O ile więc nie zostaniemy przytłoczeni nadmiarem bodźców audiowizualnych, o tyle przetrwamy seans bez większego szwanku, czego nie można powiedzieć o doświadczeniu odsłuchowym soundtracku.

Na oficjalny album z tej produkcji trafiło łącznie 64 minuty materiału i nie będzie przesadą stwierdzenie, że o 60 minut za dużo. O ile bowiem oprawa do poprzedniego filmu dawała jakiekolwiek chwile oddechu, to już Nowe Imperium zupełnie nie przejmuje się takimi błahostkami. Na pewnym etapie słuchania można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś samplerem współczesnej muzyki trailerowej, co przy tak rozległym czasie trwania jest niezwykle męczące. Gdzieś po drodze zdarzają się co prawda chwilowe przerwy w dostawie energetycznego łomotu, gdy akcja koncentruje się na ludzkich bohaterach, ale końcówka albumu skutecznie rekompensuje te chwile słabości. Ilustracja finalnej konfrontacji śmiało mogłaby aspirować do niechlubnego tytułu najgorszego akcyjniaka blockbusterowej produkcji. Kończąc przygodę z tym hałaśliwym albumem nie znajdujemy absolutnie żadnego powodu, by do niego wracać.

Zadziwiające jest zaufanie, jakim hollywoodzcy twórcy darzą holenderskiego rzemieślnika. Najwyraźniej liczne afery i przymusowa wyprowadzka z Fabryki Snów niewiele w tej materii zmieniły. Abstrahując jednak od wszystkich tych okoliczności, trzeba jasno podkreślić, że ścieżka dźwiękowa do Godzilla i Kong: Nowe Imperium jest po prostu kiepska. Fakt, sprawdza się jako metronom sekwencji akcji i wypełnia niezagospodarowane przestrzenie dźwiękowe, ale o jakichkolwiek walorach dramaturgicznych, czy chociażby porywającej przygodzie możemy zapomnieć. Rok spędzony na komponowaniu, a w przypadku odbiorcy – godzina słuchania – niczym krew w piach.

Najnowsze recenzje

Komentarze