Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Rob Simonsen

Ghostbusters: Afterlife (Pogromcy duchów. Dziedzictwo)

(2021)
4,5
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 29-11-2021 r.

Pogromcy duchów to seria filmowa z lat 80., którą zna chyba każdy miłośnik kina. Można dyskutować o wielu niedoskonałościach widowisk Ivana Reitmana, ale nie ulega wątpliwości, że przez te minione trzy dekady stały się one kultowe na tyle, że decydenci studia Columbia Pictures zechcieli po latach wykorzystać ten fakt. Na fali coraz większej ilości pojawiających się rebootów postanowiono odświeżyć i uwspółcześnić również Pogromców duchów, ale popełniony w 2016 roku film okazał się wielką artystyczną porażką. Widzowie i krytyka nie pozostawili suchej nitki na twórcach punktując przede wszystkim kiepski scenariusz i głupkowaty humor wciskany w usta aktorek. Kiedy wydawało się, że ponowna próba wejścia w ten temat skazana będzie na porażkę, wtedy na horyzoncie pojawił się syn słynnego reżysera – twórcy pierwszych dwóch filmów – Jason Reitman. Pogromcy duchów: Dziedzictwo (Ghostbusters: Afterlife) miało być rehabilitacją po tym nieudanym restarcie, a okazało się jednym wielkim hołdem względem kina z lat 80. I co z tego, że Dziedzictwo powiela wątki poruszane w produkcji z 1984 roku? Mamy tego samego antagonistę, który za sprawą niezbyt rozważnych działań pewnego mężczyzny, wydostaje się na wolność. Zagraża życiu nie tylko mieszkańców Summerville, ale całemu światu. Jedyną nadzieją na pokonanie demona jest młoda dziewczyna imieniem Phoebe, która okazuje się wnuczką jednego ze słynnych pogromców duchów… Filmy takie jak Dziedzictwo nie ogląda się dla fabuły, bo nic nowego tu nie zobaczymy. To sentymentalna podróż w czasie, którą zapewniają nie tylko epizodycznie wystąpienia obsady oryginału, ale i sposób w jaki zrealizowano to widowisko.



Muzykę do tego obrazu skomponował Rob Simonsen, amerykański kompozytor, który od kilku lat systematycznie pnie się po drabinie kariery na tamtejszym rynku. Angaż ten, choć na pierwszy rzut oka może się wydawać nieco zaskakujący, to jednak w kontekście długoletniej współpracy między Simonsenem, a reżyserującym Reitmanem nie powinien dziwić. Bardziej zaskakująca okazała się formuła w jakiej odnalazła się oprawa muzyczna Amerykanina. Nie od dziś wiadomo, że kompozytor doskonale radzi sobie w świecie elektroniki, ale najnowsi Pogromcy Duchów są już ukłonem względem bardziej klasycznych środków muzycznego wyrazu. Kompozytor poszedł nie tylko w sentymentalne wspomnienie kultowych tematów wypracowanych przez Elmera Bernsteina na potrzeby pierwszego filmu. Pozwolił sobie również nawiązać do popularnych w latach 80 technik kompozycyjnych i to zarówno Bernsteina, jak i innego mistrza gatunku – Jerry’ego Goldsmitha.



Niewątpliwym sercem tego przedsięwzięcia jest specyficznie rozpisana orkiestra, w której mało jest przestrzeni na współczesne, wyprane z emocji budowanie narracji. Wszystko to, za co kochaliśmy muzykę do kina przygodowego i fantastyki z lat 80. znajduje swoje przełożenie na strukturę i wymowę ścieżki dźwiękowej do Ghostbusters: Afterlife. Postawieniem symbolicznej kropki nad „i” było okraszenie tego wszystkiego subtelnymi partiami elektronicznymi. W tym przypadku również nie było mowy o sięganiu po współczesne instrumenty oraz pluginy. Simonsen postawił na metody i narzędzia, z jakich korzystali kompozytorzy przed trzema dekadami. Głównym sprawcą oldschoolowych brzmień był zatem analogowy syntezator Yamaha DX7. Natomiast perfekcyjnym wykończeniem całości stały się fale Martenota, które jeszcze bardziej zbliżyły ścieżkę dźwiękową Roba do oryginału Bernsteina. Obowiązkowe w tym wszystkim było odwołanie się do kultowych motywów z filmowego oryginału. Tak skonstruowana ilustracja okazała się idealną odpowiedzią na narzucony przez Reitmana styl oraz treść widowiska. Doskonale zachowany balans między dramaturgią a komizmem sytuacyjnym zbiega się z perfekcyjnym wyczuciem miejsc, w jakich przemawiać miała muzyka. A kiedy już dochodzi do głosu, to nie umyka uwadze odbiorcy. Kolejnym zabiegiem, który zbliżyć miał ten produkt do sztandarowych filmów z lat 80. było zachowanie odpowiednich proporcji w zakresie miksu dźwięku – zdecydowanie na korzyć warstwy muzycznej. I kiedy dorzucimy do tego pedanterię w sposobie realizacji oraz odtwarzania barwy analogowego brzmienia – wtedy już tylko o krok od niepohamowanego entuzjazmu.


I faktycznie odkrywanie wszystkich detali kryjących się w strukturze Dziedzictwa przypominało smaki dzieciństwa. To niczym nieskrępowaną radość, w której celebruje się niemalże każdy dźwięk. Nie na darmo poszły miesiące osłuchiwania się kompozytora i studiowania kompozycji z lat 80., o czym wspominał w jednym z wywiadów po premierze najnowszych Pogromców duchów. Każda minuta ścieżki dźwiękowej Simonsena, to wielki hołd złożony klasyce gatunku. Zdecydowanie większy i bardziej sprawiedliwy aniżeli zalewające nas zewsząd elektroniczne soundtracki przemawiające w duchu modnego ostatnio synthwave. Różnica między tymi dwoma stylami polega na tym, że elektroniczny score trafi zarówno do konesera, jak i przypadkowego odbiorcy. Natomiast ten o bardziej złożonej strukturze wymagał będzie od słuchacza zdecydowanie więcej zaangażowania intelektualnego i emocjonalnego.



I prawdopodobnie z tego powodu ścieżka dźwiękowa wydana oficjalnie przez Sony Classical nie spotka się z tak dużym zainteresowaniem, jak inne produkty współczesnej popkultury. Nie będzie również po drodze tym, którzy nie czerpali większej przyjemności ze słuchania oryginału Elmera Bernsteina. Niemniej warto sięgnąć po ten krążek (z wielką radością można użyć tego stwierdzenia, ponieważ Dziedzictwo wydane zostało również na płycie CD!), aby pobudzić wyobraźnię. I choć przygoda ta wiązać się będzie z wieloma trudnościami napotykanymi w szczególności na początku soundtrackowej przygody, to jednak warto dać szansę temu albumowi. Odpłaci się bowiem sporą porcją pasjonujących, świetnie rozpisanych i wykonanych kawałków, jak Lab Partners, Mini-Puffs, czy składające się na epicki finał widowiska Getaway oraz Protecting the Farm. Przy okazji można zauważyć pewną analogię w ukierunkowaniu wymowy ścieżki dźwiękowej: im bardziej praca opiera się na orkiestrowych środkach, tym bliżej jej do „rdzennego” stylu Elmera Bernsteina.



Takie i wiele innych odkryć możliwe jest tylko wtedy, kiedy poświęcimy tej pracy relatywnie dużo czasu. A biorąc pod uwagę specyfikę czasów, w jakich żyjemy oraz ilość stale zalewających nas treści, nie łudzę się, że Pogromcy duchów. Dziedzictwo będą przedmiotem tak wnikliwych analiz większości miłośników muzyki filmowej. Niemniej fajnie jest przenieść się chociażby na chwilę do innego, jakby zapomnianego już świata. I czy będzie to w formie filmowej przygody z towarzyszącą temu doświadczeniu muzyką, czy też indywidualne starcie z muzyką… Dobre, pozytywne wrażenia gwarantowane!



W świetle tego wszystkiego po raz kolejny powraca temat ogromnego talentu i potencjału jaki drzemie w niepozornym wydawać by się mogło twórcy. Rob Simonsen systematycznie udowadnia, że należy mu się miejsce w ścisłej czołówce amerykańskich kompozytorów muzyki filmowej. I kto wie, czy właśnie najnowsi Pogromcy duchów nie staną się furtką przez którą przeciśnie się do bardziej prestiżowych produkcji. Oby.


Najnowsze recenzje

Komentarze