Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Loading
Joe Hisaishi

Genesis Climber Mospeada: Love, Live, Alive

(1985)
-,-
Oceń tytuł:
Dominik Chomiczewski | 01-05-2021 r.

Po sukcesie Genesis Climber Mospeady, jednego z najpopularniejszych w Japonii anime pierwszej połowy lat 80., decydenci z Fuji TV postanowili kuć żelazo, póki gorące. Kilkanaście miesięcy po premierze ostatniego odcinka, jesienią 1985 roku, fani serii doczekali się pewnego rodzaju kontynuacji – Genesis Climber Mospeada: Love, Live, Alive. Nie jest to jednak film fabularny. 50-minutowy obraz jest w zasadzie zbiorem ośmiu teledysków muzycznych, przedzielonych szczątkowymi fragmentami fabularnymi.

Love, Live, Alive wygląda na projekt, który powstał tylko po to, aby zgarnąć nieco pieniędzy od wiernych fanów serialu. Niewiele wnosi do franczyzy, do tego bazuje głównie na kadrach z serialu, zlepionych w wideoklipy. Aby podtrzymać jednak ducha oryginału, decydenci zdecydowali się sięgnąć po sprawdzoną ekipę realizatorską. Reżyserią ponownie zajął się Katsuhisa Yamada, powrócili aktorzy głosowi, a za ścieżkę dźwiękową znów odpowiadał Joe Hisaishi. Teledyskowa i muzyczna formuła filmu kładła nacisk zwłaszcza na rolę japońskiego kompozytora. Hisaishi zaaranżował wszystkie osiem numerów, skomponował muzykę do sześciu z nich. Wszystkie utwory są zupełnie niezależne od siebie i każdy tworzy osobną historię. Zredukowanie do minimum fabuły i skupienie się na teledyskowym montażu tłumaczy rzecz jasna brak jakiejkolwiek ciągłości narracyjnej.

Materiał utrzymany jest w trendach ówczesnej muzyki rozrywkowej, kontynuując tym samym brzmienie serialowych piosenek – głównym bohaterem Love, Live, Alive jest wszak Yellow Belmont, piosenkarz z oryginału. Poszczególne piosenki to zatem ballady z pogranicza popu i rocka. W zasadzie ciężko coś więcej o nich powiedzieć – każdy utwór jest poprawnie rozpisany, nieraz wpada w ucho, ale nie znajdziemy tu ani szczególnie zapadających w pamięć melodii, ani unikatowych rozwiązań brzmieniowych. Muzyka wydaje się niejako napisana od linijki i bez większej inspiracji, choć na przykład przy Midnight Rider da się zatupać nogą.

Wśród ośmiu pozycji zamieszczonych na soundtracku, który zawiera w sobie niechronologicznie ułożony, pełny materiał z filmu, wyróżnia się Crystal Moment – jedyny utwór instrumentalny. To kompozycja wykorzystująca elementy synth popu i rocka tamtych lat, przy tym całkiem chwytliwa i skoczna. Eteryczna melodia syntezatora czy zawrotne solówki na gitarze elektrycznej z pewnością mogą się podobać.

Nie da się zbyt wiele napisać o Genesis Climber Mospeada: Love, Live, Alive. Podczas odsłuchu soundtracku w domowym zaciszu można przypuszczać, że mamy do czynienia ze zbiorem kilku losowych piosenek wyciągniętych z głębokich lat 80. Mimo wszystko jest to jednak muzyka, z którą obcowanie mija bezboleśnie, a Crystal Moment może nawet dostarczyć paru fajnych wrażeń.

Najnowsze recenzje

Komentarze