Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Ennio Morricone

Exorcist II: The Heretic (Egzorcysta II: Heretyk)

(1977/2011)
-,-
Oceń tytuł:
Dominik Chomiczewski | 10-11-2015 r.

Egzorcysta II: Heretyk w reżyserii Johna Boormana to klasyczny przykład nieudanego sequela. Nakręcony w 1977 roku film jest niczym innym, jak bezczelną próbą zarobienia pieniędzy na powstałym cztery lata wcześniej, kultowym już obrazie Williama Friedkina. Nie pomogło ani zaangażowanie do głównej roli sławnego Richarda Burtona, ani powrót do ekipy aktorskiej Lindy Blair i Maxa von Sydowa. Kontynuacja Egzorcysty nie zdaje egzaminu przede wszystkim na płaszczyźnie fabularnej, która – co najważniejsze – zamiast budować odpowiedni nastój, prędzej wprawi widza w zażenowanie połączone z nieodpartą pokusą przerwania seansu.

Fabuła z początku nawiązuje do wydarzeń przedstawionych w pierwszym filmie. Ksiądz Lamont otrzymuje zadanie zbadania okoliczności śmierci ojca Merrina, który zginął w trakcie odprawiania egzorcyzmów na dziewczynce Regan. Niestety wiele poszlak wskazuje na to, że została ona ponownie opętana przez Pazuzu. Kapłan postanawia udać się do Afryki, aby odnaleźć tam Kokumu – drugą osobę, która została zawładnięta przez tego demona. Mniej więcej od tego momentu fabuła zaczyna tracić jakikolwiek sens oraz skupiać się na afrykańskich wojażach Lamonta i pokrętnym tłumaczeniu odbiorcy wydarzeń przedstawianych na ekranie.

Jak to bywa nieraz w przypadku kiepskich horrorów, jedynym ich elementem, który działa jak należy, jest ścieżka dźwiękowa. A skomponował ją nie byle kto, bo Ennio Morricone, dla którego była to pierwsza i ostatnia współpraca z Boormanem. Jakkolwiek Włoch miał już doświadczenie w tego rodzaju kinie – wystarczy chociażby wspomnieć kilka lat młodszego Antychrysta Alberto De Martino, opowiadającego o kobiecie opętanej przez diabła. Morricone nie zamierzał jednak powielać tamtej partytury i do filmu Boormana przygotował zupełnie inną muzykę. Otrzymał zresztą od reżysera całkowicie wolną ręką.

Włoski twórca postanowił odciąć się także od ścieżki dźwiękowej z pierwszego filmu z serii, którą stanowiły utwory nieskomponowane specjalnie pod obraz, z renomowanym Tubular Bells Mike’a Oldfielda i awangardą Krzysztofa Pendereckiego na czele. Jako że jednak Heretyk to inny typ kina, nie tylko pod względem jakościowym, ale także, przynajmniej poniekąd, gatunkowym, Morricone poszedł w inne rejony muzycznych inspiracji. Co istotne, ścieżka dźwiękowa potrafi zaintrygować odbiorcę już od pierwszych nut, a także zachować pewną odrębność wśród partytur skomponowanych na potrzeby gatunku.

Punktem wyjścia dla kompozytora jest Pazuzu, a w szczególności jego pochodzenie.Pazuzu (Theme From Exorcist II) to, jak sama nazwa wskazuje, temat Pazuzu oraz całej ścieżki dźwiękowej. Specyficzna, fikuśna melodia zostaje tutaj rozpisana na hipnotyzujące, szaleńcze wręcz wokale, które mogą przywoływać na myśl prymitywne, tubylcze rytuały. Tworzą one doprawdy niezwykłą kompozycję, nawet przy założeniu, że tego rodzaju zabawy ludzkim głosem Morricone uprawiał już niejednokrotnie wcześniej, choćby w kinie giallo. Afrykańskie korzenie Pazuzu (tak naprawdę jest to bóstwo sumeryjskie, ale kto by zwracał uwagę na takie szczegóły…) uwypukla ponadto za pomocą charakterystycznej dla Czarnego Lądu marimby oraz tamtejszych perkusjonaliów. Na przestrzeni recenzowanego score’u, z oczywistych względów, Morricone sięga po motyw Pazuzu wielokrotnie, aranżując go na znacznie mniejsze aparaty wykonawcze (wyjątek stanowi rockowo-funkowe Magic and Ecstasy). Włoch nierzadko stosuje piskliwe, szorstko brzmiące etniczne instrumenty dęte drewniane, które choć pełnią jedynie sugestywną rolę, to bez wątpienia potrafią budować odpowiednią atmosferę filmu.

Idąc za ciosem, Morricone postanowił oprzeć większość underscore’u o wokale. Dla przykładu Little Afro-Flemish Mass tworzy coś na kształt rytualnego, iście diabelskiego utworu z przekrzykującymi się chórzystami i solistami. Dużo mroczniejszy wydźwięk ma prawdopodobnie najbardziej „obłąkana” i awangardowa kompozycja z płyty, Night Flight. Jest to kolejny przykład wokalnej polifonii. Usłyszymy tu piski, zawodzenia, skandowanie, czy echa bliżej nieokreślonych okrzyków. Te elementy sprawiają, że kojarzy się ona z dzikimi obrzędami, czy nawet krwawymi orgiami. Jakkolwiek utwory te nie zawsze występują w takiej formie w filmie, jak na płycie. Soundtrack rządzi się bowiem swoimi prawami. Część kompozycji z krążka pojawia się w obrazie tylko fragmentarycznie, a inne, obecne podczas seansu, w ogóle nie trafiły na album.

Morricone napisał także specjalny temat dla opętanej Regan. Zapewne nawiązujący do młodego wieku bohaterki, gitarowo-perkusyjny podkład oraz piękna melodia prowadzona przez oniryczny sopran tworzy bez wątpienia największy highlight tej partytury. Zwraca uwagę także naturalny, tradycyjny śpiew, który sprawia wrażenie bardzo „ludzkiego” w odróżnieniu od wszelakiej maści, dziwacznych wokali, które możemy identyfikować z Pazuzu. Na przestrzeni niespełna 35-minutowego albumu temat Regan zostanie powtórzony tylko raz, w równie ładnej, nieco wolniejszej aranżacji. Warstwę liryczną uzupełnia dodatkowo subtelny motyw z Interrupted Melody, którego pierwsze cztery nuty przypominają przepiękny temat przewodni z filmu Giuseppe Tornatore 1900: Człowiek Legenda..

Egzorcysta II: Heretyk Ennio Morricone jawi się więc jako praca intrygująca i warta poznania. Wszędobylskie, osobliwe śpiewy tworzą na wpół psychodeliczną i przyciągającą odbiorcę atmosferę. Z drugiej jednak strony równie dobrze może ona działać także na niekorzyść omawianej ścieżki dźwiękowej. Przede wszystkim wiele z zamieszczonych na krążku kompozycji może się wydać zbyt abstrakcyjna dla statystycznego miłośnika filmowej, któremu, przypuszczalnie, spodoba się jedynie temat Regan. Mimo to warto zaznaczyć, że Morricone unika w swojej muzyce tandetnych, schematycznych rozwiązań typowych dla horroru, oferując w zamian za to odważną i kontrowersyjną zabawę z brzmieniem i emocjami słuchacza.

Najnowsze recenzje

Komentarze