Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Lorne Balfe, Harold Faltermeyer

Beverly Hills Cop: Axel F. (Gliniarz z Beverly Hills: Axel F.)

(2024)
4,0
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 06-07-2024 r.

Gliniarz z Beverly Hills powraca po trzydziestu latach przerwy. Czy udanie? Sprawdzamy…

Przez trzy dekady filmowa trylogia o ekscentrycznym detektywie z Detroit obrosła niemałym kultem. Nie dziwne, że wielokrotnie próbowano wrócić do tej serii, ale zawsze z mizernym skutkiem. Dopiero w roku 2019 coś drgnęło w tym temacie. Mimo wszystko pandemia rozmyła wszystko w czasie, przesuwając premierę na kolejne lata. Ostatecznie gotowy już film trafił na platformę streamingową Netflixa w lipcu 2024 roku. I mimo początkowych obaw związanych z przedłużającą się produkcją, ostatecznie widowisko Marka Malloya okazało się całkiem przyzwoitą rozrywką wpisującą się w standardy serii. Jasne, że Gliniarz z Beverly Hills: Axel F podpina się pod popkulturowy splendor wcześniejszych odsłon, ale mimo wszystko cieszą powroty znanych bohaterów przy jednoczesnym wprowadzeniu na arenę nowych postaci. Można tylko żałować, że film ten nie trafił do kin, tylko na streaming…

Niektórzy żałowali również, że do tworzenia ścieżki dźwiękowej nie został zaangażowany autor opraw do poprzednich części, Harold Faltermeyer. Podwójne obawy nastały, kiedy w roku 2022 gruchnęła nowina o angażu na to stanowisko Lorne Balfe. Kompozytor, który obstawia nieprzyzwoitą wręcz ilość hollywoodzkich produkcji, znany jest z tego, że często rozmija się z oczekiwaniami miłośników muzyki filmowej. A przy tak delikatnym materiale, jakim były kultowe melodie Faltermeyera, istniała obawa, że Szkot zrobi z nimi to samo, co uczynił z równie charakterystycznymi motywami Mission: Impossible. Na korzyść twórcy przemawiał jednak dosyć długi czas podarowany na realizację, a w swoim portfolio miał już wiele niezłych prac opartych na brzmieniach z lat 80. Natomiast atmosferę podgrzewały newsy o współpracy, jaką Balfe nawiązał ze znanymi solistami i twórcami nurtu synthwave. I jak to wszystko wyszło?

Paradoksalnie całkiem schludnie. Lorne Balfe wziął na warsztat nie tylko samą kultową melodię stanowiącą wizytówkę przygód Axela Foleya, ale i całe zaplecze stylistyczne w jakiej ona funkcjonowała, czyli klasyczne analogowe syntezatory z lat 80. Muzyka przemawia zatem brzmieniami sprzed 40 lat, przerzucając większość ciężaru wykonawczego właśnie na elementy elektroniczne. Aczkolwiek nie brakuje również tych bardziej organicznych. W tym przypadku nie powinniśmy jednak liczyć na rewelacje związane z orkiestracjami. Balfe, to jednak Balfe. Poszedł na całość w momencie, kiedy producenci dali mu troszkę więcej swobody w operowaniu patetycznymi formami. I tak oto podniosłe aranże motywu Foleya zbiegają się z chóralnymi wstawkami nowego tematu akcji. Biorąc pod uwagę, że nad produkcją całości stał Jerry Bruckheimer, wcale nie dziwi taki obrót spraw. Mimo wszystko razi dysonans, jaki wyrasta pomiędzy syntezatorową klasyką, a blockbusterowymi orkiestracjami.

Zdecydowanie lepiej prezentuje się mariaż analogowych syntezatorów ze współczesnymi bitami i aranżacjami. Ciekawe są nowe brzmienia syntezatorów angażowanych do wykonania motywu Alexa, ale i poboczne melodie stanowiące przedłużenie klasycznych tematów. Pod względem produkcyjnym wszystko jest tu bardzo dobrze dopracowane. Taka mieszanka idealnie splata się z zestawem piosenek, jakie usłyszeć możemy w filmie Malloya. A zestaw ten jest wyjątkowo różnorodny – począwszy od szlagierów z lat 80., a skończywszy na współczesnych hiphopowych interpretacjach klasyków.

Całe szczęście utwory te nie znalazły się na oficjalnym soundtracku. Krótki, bo niewiele ponad 40-minutowy album (nieznacznie wydłużony w wersji fizycznej), to zaskakująco przyjemne doświadczenie. Dla niektórych odbiorców może się nawet okazać przyjemniejsze niż opublikowane kilka lat temu oryginalne oprawy do pierwszych dwóch części Gliniarza. Czemu? Zważając na to, że tamte prace niemalże pozbawione były narracji, koncentrując się na kolejnych wynurzeniach tematycznych, można zaryzykować stwierdzenie, że Axel F. przynajmniej opowiada nam jakąś muzyczną historię. Owszem, wszystko bazuje na ikonicznych melodiach, jakie wypracował Faltermeyer i bez nich nic tu nie miałoby racji bytu, ale mimo wszystko i tak jest to przyjemne słuchowisko. Oczywiście najwięcej uwagi koncentrują fragmenty, gdzie gościnnie pojawiły się gwiazdy sceny synthwave oraz legendarny saksofonista, Tim Cappello. Aczkolwiek nie brakuje utworów, które rozczarowują zbyt przesadną dramaturgią zaprzęgającą do wykonawstwa orkiestrowo-chóralne środki. Sekwencja ucieczki helikopterem jest tego najlepszym przykładem.

Mimo wszystko czwartą odsłonę Gliniarza z Beverly Hills można uznać za dosyć udaną – tak pod względem filmowym, jak i muzycznym. Biorąc pod uwagę jak dużo negatywnego PRu ciągnęło się za tym projektem zanim jeszcze ujrzał on światło dzienne, to można „odtrąbić” pewnego rodzaju sukces. Cieszmy się więc, ale bez przesadnej euforii.

Najnowsze recenzje

Komentarze