Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Loading
Henry Jackman

Abraham Lincoln: Vampire Hunter (Abraham Lincoln: Łowca wampirów)

(2012)
-,-
Oceń tytuł:
Tomek Goska | 18-10-2012 r.

Filmów o wampirach powstało już tak dużo, że każdy kolejny spływa po mnie jak woda po kaczce (i proszę to przyjąć bez żadnych politycznych podtekstów). Tylko nieliczne produkcję są w stanie skupić moją uwagę na dłużej aniżeli na umowny czas trwania trailera filmowego. Jedną z takich produkcji była ekranizacja powieści Setha Grahame-Smitha, Abraham Lincoln: Łowca wampirów. Muszę przyznać, że urobienie jednej z największych legend Stanów Zjednoczonych na pogromce mitycznych krwiopijców zainteresowała mnie na tyle, aby poświęcić 105 minut mojego życia na to jakże interesująco zapowiadające się widowisko. Pikanterii sprawie dodał fakt, że za realizację projektu odpowiedzialny był twórca tak lubianych przeze mnie rosyjskich filmów, Straż Nocna i Straż Dzienna, o których pisałem już co nieco na stronach tego portalu. I jaki był finał tej przygody? Raczej do przewidzenia. Wraz z dużym budżetem pojawiły się spore możliwości na wykorzystanie grafiki komputerowej, która chyba zbyt mocno oczarowała reżysera. Tak mocno, że historia przesławnego Lincolna posłużyła tylko jako pretekst do jednej wielkiej wizualnej orgii. Ale i tutaj sprawne i zaprawione w boju oko mogło dopatrzeć się wielu błędów, jakie popełnili filmowcy. Mnie osobiście najbardziej przeraziła w tym wszystkim muzyka, która choć całkiem nieźle radziła sobie z mrocznym i bezwzględnym światem przedstawionym powieści Grahame-Smitha, to jako ilustracja irytowała swoją biernością i banalnością.

Odpowiedzialny za nią Herny Jackman chyba za wcześnie ogłoszony został przeze mnie nadzieją na przełamanie stagnacji w szeregach Remote Control. Protegowany Hansa Zimmera wzbudził zainteresowanie po dobrej, choć zakneblowanej mainstreamem partyturze z filmu X-Men: Pierwsza klasa. Większych zastrzeżeń nie miałem również do prostej jak kij od szczotki, ale czarującej wieloma ładnymi utworami, oprawy muzycznej do Kota w butach. Kubłem zimnej wody okazał się natomiast film Człowiek na krawędzi, który pokazał, że Jackman nie szuka swojego brzmienia, ale aspiruje do miana kolejnego rzemieślnika zamykającego się w jedynie słusznym podejściu do ilustracji – fabryce dźwięków, gdzie temp-track urabiany jest do miana mojżeszowych tablic z dziesięciorgiem przykazań, za złamanie których grozi bliskie spotkanie czterech liter z fakturą bruku. Zapowiadana premiera Abrahama Lincolna nie wnosiła zbyt wiele świeżego powietrza do tej strutej sztampą atmosfery. Biorąc pod uwagę klasę filmu i jego tematykę, trudno było oczekiwać po Jackmanie, że pokusi się o stworzenie oprawy godnej zapisania w annałach muzyki filmowej. Nikt nie obraziłby się jednak na niezobowiązującą rozrywkę pokroju Vana Helsinga, ale jak się okazuje, także i w tej materii trzeba było przełamać kilka barier, ot chociażby takich jak umiejętne posługiwanie się orkiestrą i sztuka łączenia jej z syntetycznym brzmieniem. A tutaj możliwości Jackmana kończą się na doświadczeniu kolegów z RCP . Skutkiem tego film fantasy osadzony na tle historycznym zilustrowano po macoszemu…

Wydana nakładem Sony Classical, ścieżka dźwiękowa, pomimo względnie krótkiego czasu trwania potrafi solidnie zmęczyć. Nie chodzi bynajmniej o to, że materiał na niej zawarty jest kompletnie asłuchalny. Wręcz przeciwnie. Abraham Lincoln razi wręcz swoją prostotą, żeby nie powiedzieć banałem. Nie znajdziemy tam praktycznie nic, czego wcześniej nie moglibyśmy usłyszeć w podobnych produktach z „fabryki snów”. Henry Jackman odwołuje się do sprawdzonych metod ilustracyjnych, często i gęsto bombardując nas rytmicznym ostinato podtrzymującym tempo akcji, dysonansami budującymi napięcie, smyczkowym rzępoleniem nawiązującym do gatunku z którego wywodzi się film i charakterystycznymi dla scen grozy molowymi przygrywkami.



Płyta zaczyna się jednak niepozornie, bo liryczną kołysanką ze sceny otwierającej film. Groteskowa sielanka szybko ustępuje miejsca wartkiej i nie stroniącej od elektroniki akcji opartej w głównej mierze na rytmicznych frazach. Dominuje wspomniane wyżej ostinato, choć kompozytor od czasu do czasu proponuje nam podróż w czasie do starych dobrych lat, gdy w kinie akcji królowały gitary elektryczne. Prawdziwą zmorą partytury są jednak różnego rodzaju sample i „smashe”, które z jednej strony nadają jej quasi-dramatycznego wydźwięku, z drugiej wyraźnie pokazują, że kompozytor miał problemy z budowaniem napięcia za pomocą samych instrumentów orkiestrowych.



Niemniej, wśród tego muzycznego hałasu i bełkotu możemy wyszczególnić kilka miłych dla ucha fragmentów. Z pewnością jednym z takowych będzie główny temat akcji prezentowany w utworze The Horse Stampede. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest to jeden z lepszych utworów w karierze Jackmana. W dalszej części partytury kompozytor często powracał będzie do tego tematu, niestety żadna z tych prób nie będzie miała takiej siły wyrazu jak wspomniany wyżej trzyminutowy track.



Abraham Lincoln to w głównej mierze popłuczyna po wielu latach działalności RCP. Miłośnik takowego brzmienia być może odnajdzie tu coś do siebie. Niestety ja już po trzech (umownych) recenzenckich odsłuchach zrobiłem mniej więcej to:

A teraz czekam na innego Lincolna. 😉

Najnowsze recenzje

Komentarze