Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Loading
Cliff Martinez

A L’origine

(2009)
-,-
Oceń tytuł:
Tomasz Ludward | 14-10-2013 r.

Wielu filmowców nieustannie łapie się na tym, że najlepszym scenarzystą jest samo życie. To utarte hasełko zyskuje kolejne znaczenie przy okazji filmu Xaviera Giannoliego. À l’origine przenosi nas do niewielkiego francuskiego miasteczka, w którym większość mieszkańców straciła pracę po nieudanym projekcie wybudowania autostrady. Pewnego dnia, ni stąd ni zowąd, na miejscu zjawia się tajemniczy przedstawiciel prosperującej firmy budowlanej, który postanawia wskrzesić zaprzepaszczony projekt, zatrudniając przy tym, pogrążoną w letargu, lokalną społeczność. Philippe Miller (przekonujący François Cluzet) okazuje się jednak oszustem, który sprytnie manewruje pomiędzy francuską biurokracją, a silnymi emocjami, wierzących w odwrócenie własnego losu, osób. Film zyskał uznanie francuskiej akademii zdobywając 11 nominacji do Cezarów. Niestety dla obrazu, był to rok Proroka, przez co nie tylko film Giannoliego musiał obejść się ze smakiem. Jedna z licznych nominacji powędrowała w ręce autora muzyki Cliffa Martineza. Nie licząc branżowych amerykańskich nagród, to bardzo ważne wyróżnienie.

Nie jest łatwo znaleźć informacje o muzyce do À l’origine. Płytę wydało Sony i trwa odpowiednie 55 minut. Większym zainteresowaniem wydaje się edycja mp3, dostępna na wyciągnięcie ręki. Z jednej strony mała popularność to zasługa samego filmu i, jeszcze wtedy, małego rozgłosu wokół kompozytora. Z drugiej, to efekt dwóch niedawnych prac. Myślę o Drive i Only God Forgives, które na tyle zaabsorbowały zarówno media, jak i fanów, że zagarnęły uwagę młodszym pracom Martineza, które tego boomu nigdy nie doczekały. Nie chcę rozstrzygać czy przeważanie klasy artysty w jedną czy druga stronę jest czymś złym, ale pomijając kompozycje do À l’origine, tracimy wiele z dorobku kompozytora. Wynika to stąd, że zarówno film jak i muzyka to doskonała historia, która ciągle pozostaję nieznajoma polskim miłośnikom kina.

Już w pierwszym utworze albumu uderza wyrazisty i bardzo dobrze przygotowany temat przewodni. Biorąc pod uwagę ogólne wrażenie jakie pozostawiają albumy Martineza, a nie pamiętliwość poszczególnych tematów, À l’origine można potraktować jako ewenement. Je ne suis pas seul otwiera zagadkowy ambient przerywany delikatnymi dzwoneczkami oraz wznoszącymi partami smyczków. Między nimi rozbrzmiewa subtelne pizzicato nadające lekkość pod elektroniczną strukturę utworu. Cały ten wachlarz składa się w bardzo oszczędny temat, w którym główną rolę stanowi niewyszukany rytm na smyczki. Swoją stanowczością i wyrazem dźwiga on brzemię tematu przewodniego. Ten w swojej dalszej krasie rozbrzmiewa w Vous aimez ces couleurs?, gdzie prym biorą dzwoneczki oraz sample imitujące dźwięk kontrabasu. Warto zaznaczyć, że to właśnie tutaj temat rozbrzmiewa najwyraźniej, a jego techniczna precyzja, skrupulatnie budowana na intensywności dźwięków potwierdza jego jakość. Ta sama melodia przewija się jeszcze w Sauvetage, gdzie kompozytor minimalnie zmniejsza tempo oraz w finałowym Il est deja loin podyktowanym znanym już rozwiązaniom na instrumenty skrzypcowe. Tutaj jednak uwagę przykuwa dostojność ich prowadzenia uzyskana poprzez inteligentne zastosowanie ostinato: zabiegu pojawiającego się jeszcze w paru innych utworach na płycie.

Ogromnym plusem À l’origine wydaje się właśnie wymieniona prostota doboru instrumentów, przez co album zyskuje w kontekście samego obrazu. Omawiany temat przewodni towarzyszy widzowi podczas pracy robotników, uwypuklając ich zaangażowanie oraz dzienny tok zajęć. Stanowi również spory motywator dla widza, przez co śledzenie procesu powstawania autostrady nie wydaję się żmudne, a na swój sposób, atrakcyjne. Dużo również na tym albumie szczególików, które uatrakcyjniają słuchalność podczas seansu. Zastosowania gamelanu, na przykład, oddaje atmosferę budowy w natłoku dźwięków ciężkich maszyn. Pojawiające się niekiedy partie na kształt harfy, jak w Les territoires inconnus podkreślają z kolei pewien proces budowy (nie tylko infrastruktury). Gdy fabuła przyjmuje bardziej dramatyczny obrót (Le feu), Martinez zmienia przyjętą konwencję i stawia na klimat rodem z horroru wysuwając na pierwszy plan agresywne skrzypce podszyte pełną orkiestracją rodem ze ścieżek Christophera Younga. Jeśli chodzi o sam ambient, to jest mało inwazyjny, ale jakby samoczynnie przyczynia się do kreowania magicznego charakteru historii. Mamy bowiem bohatera, poszkodowanych i pomysł na ich uleczenie iście prometejską metodą działania.

Jeśli już rozmawiamy o pojedynczych konwencjach, to À l’origine za bardzo stawia na swój uniwersalny przekaz i nie skupia się na muzycznym rozróżnieniu. W filmie, plac budowy jest punktem wyjścia dla licznych pobocznych wątków (kryminalny, miłosny, dramat bezrobotnych mieszkańców, czy w końcu los głównego bohatera). Muzycznie nie zawsze da się to odczuć, zwłaszcza na albumie, gdzie poszczególne epizody oddają, nie tyle zmiany tematyczne, ile odpowiednie do nich tempo znajomego materiału. W ten sposób otrzymujemy motyw miłosny, będący wolniejszą adaptacją Je ne suis pas Seul, jak w 28 Novembre, czy pięknym, aczkolwiek mało wybijającym się, Patron. Pod względem delikatnej ekspresji jest w porządku, lecz przy kolejnych odsłuchach, ta powtarzalność potrafi znużyć.

Co bez wątpienia wyszło Martinezowi, to rozgraniczenie pomiędzy ambientową teksturą, a urzekającą liryką smyczków: bardzo wzruszające Revelation i Scarabees, zagadkowe Ensemble i finałowe, wspomniane Il est deja loin, zamykające film i zbierające w jedną całość wszystkie emocje i rozwiązując je urzekającym dysonansem dźwięków. Firmowy znak kompozytora, czyli ambient oczywiście towarzyszy nam od początku do końca, ale w ostateczności przegrywa z orkiestracją, co w tym przypadku jest aspektem pozytywnym. À l’origine, to w zasadzie nieliczna ścieżka w dorobku byłego perkusisty Red Hot Chili Peppers, gdzie taki związek gatunkowy ma miejsce, i funkcjonuje zaskakująco dobrze.

Na koniec chciałbym podziękować Pawłowi Stroińskiemu za celne wskazówki odnośnie elementów technicznych muzyki. Z nimi oraz własnymi spostrzeżeniami, wystawiam odpowiednią rekomendację kompozycji. Zasada, że ambient odstrasza nie powinna dotyczyć À l’origine. Jest go tu dużo, a jednak nie absorbuje uwagi, nie przydusza. Harmonizuje się z instrumentami i dobrze wypada w filmie. Jednak dla tych, którzy wyznają filozofie tylko jednego obozu, może być ciężko z dopasowaniem złotego środka jakim częstuje nas Martinez. Ja osobiście cenie sobie ten album, ze świetnym tematem, którego być może jest tu zbyt wiele w różnych odsłonach, ale który skutecznie radzi sobie w filmie, i ciut gorzej na płycie. Biorąc pod uwagę inne, gorsze, prace Martineza, z uczciwym sumieniem, choć nie bez dłuższego namysłu, podciągam do 4. Ach, płyta ma jeszcze jedną okrutną wadę. Tak jak obraz, jest piekielnie trudno dostępna, a jej cena na portalach aukcyjnych nie zachęca do ruszenia portfelem. Nie zmienia to jednak faktu, że w ostateczności, warto po nią sięgnąć.

Najnowsze recenzje

Komentarze