Szukaj: w


recenzje

Dad (Tato)



Cztery lata po śmierci jednego z najwybitniejszych kompozytorów muzyki filmowej, staram się wyobrazić sobie świat, w którym James Horner stale żyje i tworzy. Mimo wielu wysokobudżetowych produkcji, w których partycypował na przestrzeni tych minionych dekad, to nie ranga projektu decydowała o jego zainteresowaniu i zaangażowaniu. Szukał inspiracji głównie tam, gdzie historia uderzała w szerokie spektrum emocji wyrażanych określonym zestawem muzycznych barw. Czaszami szorstkich, ciemnych, innym razem ciepłych, pięknych i dogłębnie poruszających. I jednym z takich projektów, zupełnie niepozornych i być może mniej istotnych w perspektywie całej twórczości Hornera, jest film Tato (Dad), do którego mam szczególny sentyment.

Sentymentu tego nie uformował fakt, że niedawno sam zostałem ojcem. Tkwił on we mnie od momentu pierwszego seansu odbytego kilkanaście lat temu. Historia przedstawiona przez Gary’ego Davida Goldberga, to przecież samo życie. Pewnego dnia John Tremont dowiaduje się, że jego matka trafiła do szpitala. Teraz obowiązek opieki nad podstarzałym ojcem spoczywa na nim. Nie jest łatwo, ponieważ mężczyźni od jakiegoś czasu trzymają się na dystans. Ale doświadczenie choroby zmienia podejście Johna do swojego taty, pomagając tym samym zacieśnić relację z jego własnym synem. Nie jest to film, który można nazwać klasycznym, hollywoodzkim wyciskaczem łez. Dwugodzinny dramat z 1989 roku oparty na powieści Williama Whartona nie jest również wzorcową ekranizacją. Nadrabia jednak dobrym aktorstwem oraz olbrzymią dawką ciepła i dobrego przesłania, jakie przekazuje przypadkowemu odbiorcy.

Wśród zalet, jakie wypływają z tej produkcji wyszczególnić należy również ścieżkę dźwiękową stworzoną przez Jamesa Hornera. Kolejny angaż dokonany pod szyldem wytwórni Spielberga, tym razem nie zobligował kompozytora do szczelnego wypełniania filmowej przestrzeni. Można wręcz odnieść wrażenie, że Tato był wyzwaniem, które polegało na znalezieniu solidnego wytłumaczenia do posłużenia się argumentem muzycznym. Najprościej było rzecz jasna z wprowadzeniem do filmu, które dawałoby przestrzeń do ustawienia nastroju przy jednoczesnym zapoznaniu widza w tematyką. Późniejsze wydarzenia, które doprowadzają do spotkania podstarzałego ojca z zapracowanym synem również stworzyły niezbędne pole do podkręcenia emocjonalnej śruby. Jednakże dalsza część opowieści, to już czyste budowanie relacji, w ramach których raczej nie ma miejsca na muzyczne dopowiadanie. Horner bardzo rzadko decydował się na konkretne działanie, a kiedy już to czynił, to z bardzo dużą rozwagą, lub po prostu totalnie odrywając się od głównego wątku tego dramatu. Przykładem niech będzie swingujący kawałek, który pojawia się w kontekście jednej ze scen rozgrywającej się w domu starca.

Zdecydowanie bardziej poważnie robi się wtedy, kiedy John dowiaduje się o chorobie ojca. Wydaje się, że od tego momentu muzyka będzie nieodzownym elementem opowieści, ale i tym razem Horner nie decyduje się na przebarwianie obrazu nadmiarem muzycznych wrażeń. Ścieżka dźwiękowa daje o sobie znać tylko w najbardziej kluczowych momentach, ścieląc grunt pod iście emocjonalną bombę, jaka eksploduje pod koniec tej filmowej historii. Ubranie pięknego, lirycznego tematu w zdobne, orkiestrowe aranże po raz kolejny przypomina, że James Horner nie miał sobie równych w kreowaniu muzycznych konkluzji. Czy to jednak wystarcza, aby po zakończonym seansie wzbudzić w przypadkowym odbiorcy chęć sięgnięcia po album soundtrackowy?


Nie jest to kompozycja na tyle wylewana i zaznaczająca swoją obecność w obrazie, aby ubiegać się o uwagę każdego odbiorcy. Docenią ją raczej ci, którzy wyczuleni są na subtelne, czasami odarte ze spektakularnych form, ilustracje muzyczne. I całe szczęści jeżeli skuszeni perspektywą poznania tej kompozycji „od podszewki” sięgną po album soundtrackowy wydany nakładem MCA Records. Zastaną tam nie tyle kompletny zestaw utworów stworzonych na potrzeby filmu Tato, co czyste piękno wynikające z niebywałej umiejętności Hornera w odnajdywaniu odpowiednich barw w dramatach i filmach o charakterze rodzinnym. Kiedy do tego wszystkiego dodamy bardzo optymalny czas trwania albumu nie przekraczającego 40 minut chwytliwej i miłej dla ucha muzyki, to czego chcieć więcej? Chyba tylko ogólnej dostępności do tego krążka na naszym rynku, bo niestety już od wielu lat jest towarem deficytowym. Ale tu na ratunek przychodzą wszelkiego rodzaju platformy streamingowe i rynek cyfrowy.

Warto chociażby z takiej formy skorzystać, by zmierzyć się z jedną z piękniejszych (moim zdaniem) prac w dorobku Hornera. Prac, które już od pierwszych nut czarują ciepłą liryką, łatwo trafiającą tematyką i niewybredną otoczką aranżacyjną, z czego zresztą słynie James Horner. Wszystko to w bardzo skondensowanej formie otrzymujemy już w pierwszym utworze zatytułowanym Prologue and Main Title. Fortepianowa melodia świetnie odnajduje się w asyście instrumentów dętych drewnianych. Natomiast nie do końca trafnym zabiegiem jest w moim odczuciu dorzucenie do tego klasycznego zestawu środków, elementów perkusyjnych. Rozmieniają one na drobne skrzętnie budowany klimat. O wiele bardziej akceptowalne jest to w przypadku swingującego Mopping the Floor, świetnie odnajdującego się w slapstickowej scenie sprzątania domu. Dalsza część albumu będzie już zdecydowanie bardziej poważna.

Mimo wszystko i tutaj znajdziemy takie perełki, jak The Vigil, gdzie fortepianowe wykonawstwo wzbogacają równie ciepłe dźwięki gitar. I kiedy wydaje się, że w takim lekkim, niezobowiązującym tonie dotrwamy do końca albumu, wtedy na horyzoncie pojawia się podkręcający dramaturgię, Taking Dad Home. Po tym troszkę bardziej żywiołowym / patetycznym zrywie znów powracamy do jazzujących melodii w Dadx. Każdy kolejny utwór będzie tylko ubieraniem tego samego w nowe, aranżacyjne szaty, ale warto przymknąć na to oko i ucho, bo w finalnym akcie czeka nas ociekająca dramaturgią i pięknem, muzyka. Goodbyes to klasyczny przykład mistrzowskiego „rozprawiania się” Hornera z kumulowanymi przez całe słuchowisko, emocjami. Oto spektakularne podsumowanie zasłyszanych wcześniej tematów w urokliwej aranżacji.

Rok 1989 może nie był dla Jamera Hornera aż tak bardzo znaczącym w kontekście rangi projektów, do jakich tworzył. Ale komponowane wówczas partytury trudno nazwać gatunkowymi średniakami. Nawet w tak niepozornym filmie, jak Tato James Horner potrafił odnaleźć właściwą paletę barw i emocji, epatując nimi co prawda oszczędnie, ale z duża efektywnością. Ta efektywność przekłada się również na efektowność w soundtrackowej prezentacji. Krótki, ale urokliwy album wydany nakładem MCA, to swego rodzaju esencja twórczości Jamesa Hornera w gatunkowym dramacie i kinie familijnym. Warto poznać i warto do tego wracać... Nie tylko od święta, jakim jest dzień ojca, czy kolejna rocznica śmierci Jamesa Hornera...



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Prologue and Main Title (5:15)
  • 2. Saying Goodnight (2:31)
  • 3. Mopping the Floor (1:01)
  • 4. Playing Catch/The Farm (3:26)
  • 5. The Vigil (2:22)
  • 6. Taking Dad Home (6:39)
  • 7. Dad (3:11)
  • 8. Recovery (1:26)
  • 9. The Greenhouse (4:04)
  • 10. Goodbyes (9:09)
Czas trwania: 39:14
Komentarze

Dad (Tato)

Kompozytor:

  • James Horner

Dyrygent:

  • James Horner

Orkiestrator:

  • Greig McRitchie

Wydawca:

  • MCA Records (1989)

Producent:

  • James Horner

R E K L A M A







NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie