Szukaj: w


recenzje

Creed II


W czasach kiedy kino bokserskie chyli się ku upadkowi, na horyzoncie pojawia się Creed i odwraca ten trend w niezwykle spektakularny sposób. Niby nic specjalnego, bo historia Adonisa Creeda żeruje na kulcie legendarnej serii Rocky, ale sposób w jaki twórcy weszli w ten świat i pociągnęli rozpoczęte niegdyś wątki – to już budzić może niemały szacunek. Choć w filmie pojawił się sam Balboa, to jednak światła jupiterów spoczywać miały na innej postaci. Na synu słynnego Apollo Creeda. Młody, sfrustrowany chłopak, który pragnie udowodnić sobie, że jest nie tylko cieniem własnego ojca, zwraca się do Rocky’ego o pomoc w przygotowaniach do walki o mistrzostwo. Końcówka filmu, skądinąd zaskakująca, daje furtkę do kontynuacji. I w obliczu finansowego sukcesu, głupio byłoby z niej nie skorzystać.


Na plan powróciła praktycznie cała kluczowa obsada (Jordan, Stallone, Thompson), łącznie z odtwórcą roli Wheelera – przeciwnika Creeda z części pierwszej. Okręt ten sam, ale sternik już inny. Niestety, Ryan Coogler musiał zrezygnować przez wzgląd na konflikt w terminarzu. Mimo wszystko po raz kolejny udało się stworzyć pełne emocji, świetnie zrealizowane widowisko, które czaruje niewybredną grą aktorską i świetnymi zdjęciami. Jeżeli miałbym szukać mankamentów drugiego Creeda, to widziałbym je w warstwie fabularnej, która po raz kolejny podpiera się wątkami znanymi nam z Rocky’ego. Upokorzony, znienawidzony przez rodaków Ivan Drago tworzy ze swojego syna idealna maszynę do wygrywania na ringu. Cel jest jeden – mistrzowska walka z synem Apollo Creeda. Młody, pewny swojej siły, świeżo mianowany mistrz, podejmuje się tej walki i… Od razu dostaje lekcję pokory. Pozbieranie się po tym traumatycznym wydarzeniu nie jest łatwe, ale z Rockym Balboą w narożniku nie ma rzeczy niewykonalnych. Mimo wszystkich klisz, Creed II jest fantastycznym widowiskiem, które na wielu płaszczyznach deklasuje swojego poprzednika. Nie na wszystkich niestety…

Pamiętam ten dzień jak dziś, kiedy w moje ręce wpadła płyta z muzyką do pierwszego Creeda. O filmie wiedziałem tyle, że jest jakimś eksperymentalnym sequelo-remakiem Rocky’ego i z bez większego przekonania włożyłem kompakt do odtwarzacza. Godzinę później, pisząc wprost, zbierałem szczękę z podłogi. We wszystkich plebiscytach typujących ścieżki roku stawiałem Creeda w czołowej pozycji. Mimo że o samym kompozytorze, Ludwigu Goranssonie wiedziałem tylko tyle, że jest kolegą ze studiów Cooglera. Oczekiwanie względem sequela były więc ogromne. Tym bardziej, że poza świetną Czarną Panterą, pozostałe prace Goranssona, to mniejsze lub większe pasmo rozczarowań. Czy Creed II okazał się dostateczną rehabilitacją po zniżce formy?

Nie będę ukrywał, że pierwsze wrażenia, po wysłuchaniu soundtracku wydanego nakładem Sony Music były dalekie od niepohamowanego zachwytu. Umiarkowana satysfakcja – to jedyne co pozostało po hucznie eksplodującym, nazbyt pompowanym baloniku oczekiwań. Podchodząc do tematu bez większych emocji, można stwierdzić, że kompozytor stworzył dzieło, które bierze z dokonań poprzednika wszystko to, co najlepsze, nie dając z siebie praktycznie nic nowego. A szkoda, bo właśnie zaskoczenie niekonwencjonalnym podejściem do ilustracji, poszukiwaniem nowych brzmień i wielka przebojowość tematyczna była siłą pociągową pierwszego Creeda. Po eksperymentatorstwie nie pozostało żadnego śladu, a zapał zrewidowany został przez rzemieślnicze, hollywoodzkie przetwarzanie opatentowanych już rozwiązań i treści.

Wycieczka do kina dała wiele do myślenia. Pozwoliła zrozumieć, że bohaterowie są na troszkę innym etapie życia aniżeli w poprzedniej produkcji. Dzika rządza udowodnienia swojej wartości zamieniona została na strach przed utratą tego, co się już osiągnęło. A jest się czego bać, co idealnie ukazuje filmowy prolog. Wyprowadzenie już na wstępie postaci Viktora Drago, ustawiło ton, w jakim obraz komunikował się ma z odbiorcą. A towarzyszący tym scenom patetyczny temat całkiem dobrze zbudował napięcie przed kolejnymi wydarzeniami. Skierowanie uwagi na tytułowego bohatera i jego otoczenie nie robi już tak dużego wrażenia. Dopiero scena starcia dwóch bokserów uwalnia zdecydowanie większą dozę dramaturgii. Muzycznie prześlizgujemy się pomiędzy doskonale znanymi nam motywami Adonisa a miłosną, gitarową melodią ilustrującą relację z Biancą. I choć nie widać tutaj nawet cienia zmian, to jednak rzeczone tematy doskonale radzą sobie z dźwiganiem tych nierzadko ujmujących scen. Wiadomym uzupełnieniem jest tutaj cała gama utworów hip-hopowych, tworzonych przy współpracy Goranssona z gwiazdami tego gatunku. Wszystko to tworzy dosyć sprawnie działające tło, bez którego film ten nie miałby takiego smaku i wydźwięku.


Największe atrakcje muzyczne serwowane są nam w końcówce widowiska. Czymże bowiem byłoby kino bokserskie (zwłaszcza sygnowane marką Rocky’ego) bez montażu treningowego? To właśnie ta skromna, pięciominutowa scenka była osią, wokół której obracał się muzyczny geniusz pierwszego Creeda i tego samego można było oczekiwać po sequelu. Owszem, Goransson i tym razem wytoczył w tej sekwencji najcięższe działa, ale w zestawieniu z analogicznym montażem sprzed trzech lat… No cóż, jest to zdecydowanie mniejszy kaliber. Otrzymujemy motyw przewodni w iście patetycznym wydaniu, są hip-hopowe wstawki… Nowością, którą przyjąłem niezwykle ciepło było wokalne interludium w stylu gospel. Ciekawe posunięcie, które w filmie zaowocowało świetnym kolażem audiowizualnym. Mniejsze wrażenie robi natomiast ilustracja całej sekwencji finalnej konfrontacji. Muzyka zepchnięta w tło przez głośne efekty dźwiękowe jest biernym towarzyszem tych wydarzeń. Dopiero filmowy epilog przypomina nam o świetnych tematach Adonisa i jego rodziny. Wychodząc z kina można się więc czuć względnie ukontentowanym tym, co otrzymaliśmy od Goranssona. Emocje są, choć nie tak silne jak w przypadku pierwszego Creeda. Jest i pewna ciągłość podjętej wcześniej myśli oraz nutka innowacji w postaci nowego motywu. Szkoda tylko, że zabrakło szczypty eksperymentatorskiego podejścia.

Rasowym sequelem nazwać można również album soundtrackowy, który w 50-minutowym czasie prezentacji daje nam praktycznie wszystko, co chcielibyśmy usłyszeć po opuszczeniu sali kinowej. W chronologicznym układzie opowiada również pewną historię, choć nie w taki sam sposób, jak analogiczny poprzednik. Wydawcy wsłuchali się chyba w liczne słowa krytyki ze strony miłośników muzyki filmowej, którzy narzekali na obecność dialogów pomiędzy utworami. Mi osobiście ten sposób prezentacji nie przeszkadzał. Tym bardziej, że fragmenty idealnie komponowały się z klimatem i wymową utworów.

Brak tego bodźca daje się odczuć już na wstępie, kiedy po prezentacji tematu przewodniego w Drago przechodzimy bez zbędnego przeciągania do ilustracji pierwszej potyczki w Wheeler Fight. Od strony aranżacyjnej i wykonawczej nie ma większych zastrzeżeń. Temat tytułowego bohatera wraca z pełnym animuszem, a wszystkie sprawdzone metody łączenia orkiestry z brzmieniem elektronicznym znajdują tutaj swoje zastosowanie. Troszkę większa posucha zaczyna się po wybrzmieniu ostatnich, triumfalnych fraz.

Na blisko kwadrans rzucani jesteśmy w mniej absorbująca część ścieżki dźwiękowej. Gitarowa, ambientowa liryka przeplata się tu z nic nie wnoszącym udnerscorem, a wszystko w asyście dosyć słabej piosenki wykonywanej przez Tessę Thompson. Pewnego rodzaju rehabilitację będzie kawałek I Will Go To War w jej wykonaniu, który wybrzmiewa przed finalną konfrontacją. Zanim jednak do niej dojdziemy, przed nami kilka całkiem miłych zaskoczeń. Jednym z nich są wspominane wcześniej wstawki wokale w stylu gospel. Przygotowania do kluczowej walki, które mają miejsce na pustyni dały tu idealną przestrzeń do wprowadzenia takiego rozwiązania – dosyć skutecznego zarówno w filmie, jaki na krążku. Nie mniej skuteczne wydają się hip-hopowe frazy w scenach poprzedzających starcia z Ivanem Drago. Ice Cold budzi apetyt na więcej, a Runnin w zupełności go zaspokaja, łącząc ze sobą wszystkie wspomniane wyżej elementy. I szkoda, że cała końcówka albumu nie ma już takiej siły wyrazu, jak analogiczne fragmenty ilustracji do pierwszego Creeda. Pokutuje przeświadczenie, że wszystko to mieliśmy już okazje usłyszeć. I coś w tym jest…

Nie nastawiajmy się więc na ogrom wrażeń i dużą porcję świeżości. Drugi Creed to skrupulatne podążanie wyznaczonymi wcześniej szlakami. Odrobinę zbyt zachowawcze, ale dające względną satysfakcję z odsłuchu. Album jest całkiem przyjemnym doświadczeniem do którego chce się wracać. Częściej wracałbym jednak do muzyki z pierwszej odsłony serii. To tam zrodziła się legenda, która miejmy nadzieję trwać będzie jeszcze przez długi czas.


Inne recenzje z serii:
  • Rocky
  • Creed

    Autor recenzji:  Tomek Goska
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    • 1. Drago (3:34)
    • 2. Wheeler Fight (2:32)
    • 3. Yo? Is That a Yes? (1:27)
    • 4. The Public Challenge (4:04)
    • 5. Time Tick – Tessa Thompson (2:58)
    • 6. You Think I’m Going to Lose (2:58)
    • 7. Balanced Breakfast (1:31)
    • 8. Ice Cold – Vince Staples & Ludwig Göransson (2:10)
    • 9. Under Water (2:01)
    • 10. Adonis and Amara (2:27)
    • 11. You Might Find Me – Jacob Banks & Ludwig Göransson (1:19)
    • 12. Runnin (feat. A$AP Rocky) (5:04)
    • 13. Drago’s Walk Out (1:59)
    • 14. I Will Go to War – Tessa Thompson (1:37)
    • 15. Fight in Moscow (6:14)
    • 16. It’s Your Time (5:28)
    • 17. Family Visit (3:26)
    Czas trwania: 50:54
    Komentarze
    Bromski 2018-12-10
    18:27
    Może być muzyka. Vince DiCola zdecydowanie lepszy!

  • Creed II

    Kompozytor:

    • Ludwig Goransson

    Dyrygent:

    • Edward Trybek

    Orkiestrator:

    • Edward Trybek
    • Henri Wilkinson
    • Jeff Tinsley

    Wydawca:

    • Sony Classical (2018)

    Producent:

    • Ludwig Goransson

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2018 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie