Szukaj: w


recenzje

On Deadly Ground (Na zabójczej ziemi)



Początek lat 90. należał do gwiazd kina kopanego. Wśród nich był między innymi Steven Seagal, który nie czarował ani zwinnością, ani też wyglądem. Magnesem przyciągającym uwagę odbiorcy był stoicki spokój kreowanych postaci i ich metodyczne działanie. Między innymi to leży u podstaw sukcesu serii Liberator. Widząc potencjał w tym aktorze, studio Warner Bros., dało mu zielone światło na zrealizowanie własnego projektu. I był to jeden z największych błędów, jakie wówczas popełniono.

Seagal wziął na warsztat chyba wszystkie oklepane wątki, jakie można było zebrać z dotychczasowego dorobku kina sensacyjnego i ulepił z tego najprawdopodobniej jeden z najgorszych akcyjniaków tego okresu. Wertując warstwę fabularną Na zabójczej ziemi (On Deadly Grodnu) na myśl przychodzi mi słynny, pastiszowy trailer Machete, który otworzył Rodriguezowi drogę do realizacji tego prześmiewczego projektu. Z tą różnicą, że Seagal starał się podchodzić do swojego filmu dosyć poważnie. Na realizację przeznaczono szalone wówczas 50 mln $, a treść obrazowała chyba ówczesne fascynacje i zmartwienia aktora. Otrzymaliśmy więc historię pracownika wielkiego koncernu naftowego zagrażającego środowisku Alaski i żyjącym tam szczepom Indian. Początkowo zdystansowany od tego, Forrest Taft, gdy natrafia na ślad wielkiego przekrętu, stara się wyjaśnić całą sprawę na własną rękę. Stojący na czele wielkiej firmy, Michael Jennings, zleca zabójstwo dociekliwego pracownika. Po nieudanym zamachu bombowym, Taft, trafia do wioski Indian, którzy wskazują mu drogę do odzyskania wewnętrznej równowagi. Wzmocniony dobrym słowem (i trunkiem) rusza jako jednoosobowa armia na wojnę ze złym przedsiębiorcą... Nawet opisywanie tej fabuły przychodzi z wielkim trudem, a co dopiero mówić mierzenie się z samym widowiskiem. Dostrzega to nie tylko współczesny widz, dla którego Na zabójczej ziemi to niemalże kino kampowe. Wiedział już o tym ówczesny odbiorca, co wyraźnie odbiło się recenzjach z tamtego okresu i dosyć słabych wpływach ze sprzedaży biletów. Mimo tego, kończąc seans niezwykle trudno odciąć się od tego doświadczenia. W głowie przez bardzo długi czas wybrzmiewać będą echa tematu przewodniego całkiem fajnej jak na standardy tego widowiska, ścieżki dźwiękowej.

Tylko dwóch kompozytorów tamtego okresu miało na tyle umiejętności i odwagi, aby kiepskie akcyjniaki opatrzyć świetnie wpasowaną, dobrze funkcjonującą i pamiętliwą oprawą muzyczną. Pierwszym z nich był Jerry Goldsmith, ale on już na początku lat 90. odciął się od kina sensacyjnego, szukając chwili wytchnienia w dramatach i komediach. Drugim z nich był Basil Poledouris, który stopniowo wyrastał na nową gwiazdę muzycznego kina akcji. Po RoboCopie, Polowaniu na Czerwony Październik i innych świetnych kompozycjach, propozycje sypały się lawinowo. Do drzwi Poledourisa zapukał również Steven Seagal, który szukał kogoś, kto w eklektyczny sposób połączy ze sobą klasycznie brzmiącą muzykę akcji z elementami etnicznymi rdzennych mieszkańców Ameryki. Reżyser i aktor, choć jak sam przyznawał na muzyce troszeczkę się znał (ponoć od najmłodszych lat grywał na różnych instrumentach), chciał aby ścieżka dźwiękowa pozbawiona była zbyt skomplikowanej struktury aranżacyjnej. W muzyce panować miała prostota, melodyka i folklorystyczne naleciałości, rozpostarte na cała strukturę partytury. I tutaj trzeba przyznać, że Basil wykazał się nie lada sprytem sięgając po dosyć współcześnie brzmiącą melodię, ale osadzoną na rytmice i instrumentarium kojarzonym z indiańską etniką. Temat przewodni, który skojarzony został z głównym bohaterem jest sam w sobie bardzo patetyczny, ale ma to swoje uzasadnienie w duchowej przemianie, jaka dokonuje się po nieudanym zamachu na jego życie. Drzemiący w nim duch niedźwiedzia świetnie ujęty został w powolnych, ale majestatycznych dźwiękach trąbek, najczęściej wykonujących tę melodię.

Oczywiście aparat wykonawczy jest tutaj o wiele większy i poza klasycznymi środkami orkiestrowymi, natknąć się możemy na całą gamę instrumentów etnicznych. Flety, perkusjonalia… nawet gardłowe śpiewy utrzymywane w indiańskim duchu. Sporo elementów faktury muzycznej bazowanych jest na elektronice – na eterycznych, narkotycznych teksturach, jakie na przykład dosyć często tworzył na swoich keyboardach James Horner w podobnych gatunkowo tworach. Basil był jednak większym tradycjonalistą. Stronił od komputerów i sampli tak długo, jak tylko mógł, choć jego pracy nad Zabójczą ziemią towarzyszył pewien progres w sekwencjonowaniu samplowanych perkusjonaliów. Przykładem tego jest miarowy rytm, przypominający odgłos cykającego zegara. Skojarzony z tematem przewodnim i etniką lekko dysonuje – żyje jakby własnym życiem, nie do końca wpasowując się w muzyczne otoczenie. Daleki byłbym od doszukiwania się tutaj symboliki, ale skojarzenia nasuwają się same. Metodyczne, prowadzone ze stoickim spokojem, działania głównego bohatera, są tego najlepszym odzwierciedleniem.

Paradoksalnie baza tematyczna Na zabójczej ziemi to nie teatr jednego aktora. W tym przedstawieniu bierze udział pokaźna liczba uczestników, choć nie każdy z nich zaznaczy swoją obecność w takim stopniu, aby odciągnąć uwagę od głównej gwiazdy. Na pewno wartym uwagi jest melancholijny, troszkę wycofany w tło motyw, który stanowi niejako spoiwo pomiędzy wątkami postaci drugoplanowych, a działaniami głównego bohatera. Szczególnie ważnym wydaje się w kontekście zawiązywania się całej akcji, kiedy postawa Forresta nie zostaje jeszcze ugruntowana. Wtedy temat przewodni odsuwa się w cień, a na jego miejscu pojawia się ta właśnie melodia. Jest jeszcze kilka innych idiomów, które w ten czy inny sposób ubarwiają partyturę, ale ich odkrywanie będzie domeną tych, którzy zdecydują się sięgnąć po album soundtrackowy – najlepiej ten w pełniejszym wydaniu.


Krążek oficjalnie wydany przez Varese Sarabande zaraz po premierze filmu smutno odzwierciedla panujące wówczas standardy. Półgodzinny soundtrack, mimo że wyczerpywał bazę tematyczną i stylistyczną ścieżki dźwiękowej, to był jednak dla miłośników twórczości Poledourisa tylko przystawką do głównego dania, na które czekano przez ponad dwie dekady. Dopiero na jesieni 2018 roku w ramach klubu Varese, opublikowano limitowane do 2 tysięcy egzemplarzy, rozszerzone The Delxue Edition, które zawierało prawie 40 minut niepublikowanego wcześniej materiału. Choć i to wydawnictwo nie można nazwać „complete” z prawdziwego zdarzenia (kilka mniejszych fragmentów pominięto ze względów estetycznych), to jednak dla wielu fanów miało być niejako spełnieniem marzeń. I co można powiedzieć po przesłuchaniu tego krążka?

Cóż, grupa docelowa, czyli najbardziej zagorzali miłośnicy twórczości Poledourisa powinni być ukontentowani. W końcu otrzymujemy uzupełnienie totalnie pominiętej, a olbrzymiej połaci utworów z początku filmu i całkiem sporą porcję utworów akcji rozszerzających wątek finalnej konfrontacji. Na papierze wszystko wygląda tak jak potrzeba, ale w praktyce… Hmmm, przesadą byłoby stwierdzenie, że partytura Poledourisa zyskuje tutaj nowy blask. Jeżeli już to traci – głównie na dynamice. Przebrniecie przez cały ten materiał wymaga bowiem od słuchacza pewnej dozy cierpliwości.

Nie od razu będzie ona wystawiona na szkodliwe działanie underscoru. Wstęp doskonale kojarzony z regularnego albumu, rzuci nas w objęcia patetycznej prezentacji tematu przewodniego, a później w wir muzycznej akcji. Dopiero późniejsze wątki odsłonią troszkę mniej inwazyjny, ale nie pozbawiony swojego uroku, materiał ilustracyjny. W miarę kolejnych działań głównego bohatera, muzyka towarzyszy mu z większym lub mniejszym animuszem. Dopiero nieudana próba zamachu i odnalezienie Forresta przez górskie plemię, otwiera ścieżkę dźwiękową i słuchacza na nowe brzmienia. Nie do końca nowe, ponieważ zarówno indiańska etnika, jak i całe aranżacyjne tło przemawiają dosyć uniwersalnym, popkulturowym językiem stanowiącym mieszankę elektroniki z żywym instrumentarium. Jest w tym wszystkim jakaś wartość dodana, którą stanowi powrót tematu przewodniego i melodia niejako go uzupełniająca. Wybrzmiewa ona po raz pierwszy w słynnej scenie podróży, ale największe wrażenie zrobi dopiero w bogatym aranżu suity z napisów końcowych.

Moment śmierci wodza zmienia kierunek muzycznej narracji. Od tej pory ścieżka dźwiękowa jest nieodzownym towarzyszem vendetty prowadzonej przez głównego bohatera. Choć indiańska etnika traci tutaj na znaczeniu, to jednak nie do końca znika z palety wykonawczej. Funkcjonuje w obrębie tematu przewodniego lub jako uzupełnienie faktury muzycznej w mniej dynamicznych momentach. Oczywiście największą uwagę skupi tutaj muzyka akcji, która bezpardonowo bierze w obroty cały potencjał orkiestrowego brzmienia. W asyście tematu przewodniego zyskuje tylko na sile oddziaływania. A najlepszym tego przykładem jest cała sekwencja finalnej konfrontacji na platformie Aegis. Nawet wcześniejsze epizody ilustrujące wysadzanie śmigłowca lub konny pościg. Dosyć sprawnie przemieszczamy się do epilogu, który w ujmującej, troszkę patetycznej formie towarzyszy równie podniosłej pro-ekologicznej przemowie głównego bohatera. Krążek zamyka wspomniana wcześniej suita z napisów końcowych i dwa bonusy: alternatywny segment z fragmentu podróży i niewykorzystana fanfara z logotypu studia Seagala.

Wertując zawartość tego limitowanego wydawnictwa od Varese, targany byłem sprzecznymi emocjami. Zupełnie jak w przypadku niedawno opublikowanego Liberatora 2, tak i tutaj walczą ze sobą dwa demony. Pierwszy (idealista) podjudza do odkrywania każdego detalu lubianej przez siebie pracy. Z kolei drugi (esteta) słusznie punktuje, że przecież nic nowego tutaj nie uświadczymy. On Deadly Ground: The Deluxe Edition to w gruncie rzeczy rozciągnięcie półgodzinnego doświadczenia do dwukrotnie dłuższego, czasami męczącego słuchowiska. Przetrwanie chwil niewygody może się jednak odpłacić kilkoma świetnymi kawałkami, których zabrakło na regularnym krążku. Ale czy dla tych kilku chwil warto zainwestować niemałą sumę na kolekcjonerski delikates? Na to pytanie każdy będzie sobie musiał odpowiedzieć indywidualnie.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Main Titles (2:21)
  • 2. Aegis Flameout (1:44)
  • 3. Fire Out (1:56)
  • 4. Forrest Doesn’t Fight (1:22)
  • 5. Kill Hugh (2:30)
  • 6. Hugh Torture (4:33)
  • 7. Forrest Blown Up (3:07)
  • 8. Forrest Found (1:37)
  • 9. Chief Meets Forrest (3:18)
  • 10. The Journey (7:56)
  • 11. The Chief Is Shot (5:03)
  • 12. Snowmobile Ride (1:56)
  • 13. Gunfight At Hugh’s (1:40)
  • 14. The Mercs / Forest Decides (3:08)
  • 15. Safe House / Chopper Explosion (4:34)
  • 16. Horse Chase (2:20)
  • 17. Forrest Enters Aegis (3:47)
  • 18. Lights Out (4:17)
  • 19. Mutiny / Setting The Bombs (4:43)
  • 20. Jennings Goes Down (Extended Version) (5:57)
  • 21. The Warning (4:08)
  • 22. End Credits (3:15)
Additional Music:
  • 23. The Journey (Alternate Segment) (2:51)
  • 24. Seagal/Nasso Logo (:15)
Czas trwania: 78:18
Komentarze

On Deadly Ground (Na zabójczej ziemi)

Kompozytor:

  • Basil Poledouris

Dyrygent:

  • Basil Poledouris

Orkiestrator:

  • Greig McRitchie

Wykonawcy:

  • The Hollywood Studio Symphony

Wydawca:

  • Varese Sarabande (2018)

Producent:

  • Basil Poledouris
  • Robert Townson

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2018 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie