Szukaj: w


recenzje

Hobbit: The Battle Of The Five Armies (Hobbit: Bitwa pięciu armii)



I tak oto nasza trzyletnia podróż przez Śródziemie dobiega końca. Czy była ona niezwykła? Pod wieloma względami na pewno tak. Niewątpliwie był to miły, sentymentalny powrót do uniwersum, które nieco ponad dekadę temu zawładnęło sercami setek milionów ludzi. Niezwykłe okazały się również nakłady finansowe studia Warner Bros i New Line Cinema na realizację tego przedsięwzięcia. Planowaną pierwotnie dwuczęściową przygodę Bilbo Bagginsa, ostatecznie zamknięto w formie trylogii wyciągającej z producenckich sejfów prawie miliard dolarów. Fakt, można sobie było na to pozwolić. Po fenomenie Władcy Pierścieni nikt chyba nie wątpił, że nawet słabe prequele przyciągną do sal kinowych ogromne rzesze fanów, ale i nie tylko. I tak też się stało, choć nie bez pewnej dozy krytyki i ogólnego rozczarowania ekranizacją Hobbita. Zbyt drobiazgowo rozwodząca się nad detalami Niezwykła podróż i słabe narracyjnie Pustkowie Smauga nie wróżyły epickiego zakończenia. Do poprawy takowego nie przysłużyła się nawet dokonana na pół roku przed premierą zmiana tytułu z pierwotnie planowanego Tam i z powrotem na dumnie brzmiącą Bitwę pięciu armii. Owszem, sama bitwa zrealizowana została z niespotykaną pedanterią, ale losy odnajdujących się w niej poszczególnych bohaterów, to już parodia gatunku. Jak inaczej wytłumaczyć istny festiwal heroicznych bzdur jakimi karmią nas filmowcy w prawie półgodzinnej scenie potyczki na Kruczym Wzgórzu? Takich rodzynków jest wbrew pozorom całkiem sporo, ale nie czas i miejsce na rozliczanie Petera Jacksona z jego przewinień. Nie będę miał jednak skrupułów w wytykaniu wszystkich niedoskonałości oprawy muzycznej Howarda Shore’a.

Na początek warto byłoby sobie zadać pytanie, na ile ostatnia odsłona Hobbita jest faktycznym, autonomicznym dziełem Kanadyjczyka, a na ile kolejnym zlepkiem odgórnie przygotowanych koncepcji i tematów, jakiego w swojej pracowni dokonywał orkiestrujący i nadzorujący sesję nagraniową Conrad Pope? Nie bez przyczyny zresztą dało się zauważyć powolne odchodzenie w cień Howarda Shore’a. Swojego czasu głośno mówiło się o licznych spięciach z reżyserem, co z pewnością nie przysłużyło się realizacji pewnych przedsiębranych u progu prac idei. Doskonale pamiętamy jak finalny montaż brutalnie potraktował partyturę do Niezwykłej podróży. W przypadku Pustkowia Smauga Shore ograniczył się tylko do skomponowania całości oddając tym samym kwestię aranżacji i spottingu w ręce pierwszoligowego filmowego rzemieślnika, Conrada Pope’a. Niektórzy wierzyli, że to tylko chwilowa niedyspozycja Kanadyjczyka. Że w ostatnim rozdziale opowiadania powróci z tarczą, by odpokutować za liczne niedociągnięcia poprzednich części. Niestety. Pod tym względem muzyczna Bitwa jedzie na tym samym wózku, co rozczarowująca treść widowiska Jacksona.

Nawet nie wiecie, jak bardzo tęsknię za czasami, kiedy zanurzając się w wizualizacji mitycznego Śródziemia, zanurzałem się w niej wszystkimi zmysłami. Muzyka zawsze była mocną kartą przetargową trylogii Władcy Pierścieni - pozawizualnym i pozawerbalnym narratorem, który kilkoma prostymi melodiami otwierał w naszej wyobraźni więcej furtek aniżeli najśmielsze obrazy i najbardziej patetyczne przemowy. Najnowszy Hobbit z wielką nieśmiałością puka do tych bram, ale w odpowiedzi słyszy tylko echo stale repetowanych, doskonale znanych nam motywów. Można pokusić się o stwierdzenie, że kompozytor nie znalazł w najnowszej produkcji Jacksona praktycznie żadnego elementu, który zmotywowałby go do bardziej wytężonej pracy – zwłaszcza w zakresie tematyki. I choć Pustkowie Smauga dawało jeszcze nadzieję na chwalebny powrót do korzeni, to Bitwa pięciu armii skutecznie gasi ten entuzjazm. Bo jaką wylewnością może się poszczycić autor tylko jednego „mocnego” motywu (armii krasnoludów pod wodzą Daina) do tak newralgicznego momentu opowiadania? I tu pojawia się zasadnicze pytanie, czy owa posucha w sferze tematycznej przekłada się na tak prozaiczną kwestię, jak funkcjonalność?


Absolutnie nie. Co jak co, ale rzemieślniczego talentu nie można odmówić Kanadyjczykowi. Aczkolwiek w kontekście przerzucenia części zadań na Pope'a można snuć przypuszczenia na ile kompozytor był zaangażowany w proces „doszlifowywania” tego rzemiosła. Jeżeli nawet nie był tym mocno zainteresowany, to nie zmienia to faktu, że ścieżka dźwiękowa do Bitwy pięciu armii wywiązuje się z podstawowych ciążących na niej powinności. Przede wszystkim szczelnie zapełnia filmową przestrzeń ratując kiepską miejscami narrację. Z drugiej strony muzyka często nie daje o sobie znać, stając się anonimowym towarzyszem przygód Bilbo Bagginsa. A szkoda, bo porównując arcyciekawą korelację na tle obraz – muzyka z trylogii Władcy Pierścieni, w serce wkrada się smutek, że tak wielki potencjał zmarnowany został na poczet ubogiego w treść ilustratorstwa i imitatorstwa. Fakt, perfekcyjnego pod względem technicznym, ale pustego i bezdusznego, jak podejście Jacksona do tego klasyka literatury dziecięcej J.R.R. Tolkiena. Liczne powroty do znanych nam już tematów to nic innego jak gra skojarzeń. Elfy leśne – anielski chór, orkowie – silnie wyeksponowana sekcja dęta, orły – solowy dziecięcy wokal, Smaug i Erebor – indonezyjski gamelan.

I tu wychodzi na wierzch jedna z największych głupot oprawy do trzeciego Hobbita - bardzo duża dowolność w szafowaniu główną tematyką. Mniejsza z tym, że Shore zabawia się w skojarzenia. Czasami najzwyczajniej w świecie dodaje do pewnych treści zupełnie inną w wymowie muzykę. Przykładem jest temat Smauga, który jeszcze na długo po odejściu smoka będzie kład się cieniem na wydarzeniach w Ereborze. W filmie racjonalizowane jest to co prawda tzw. „klątwą smoka”, choć najprawdopodobniej zadziałał tu także inny mechanizm – wygodnictwa. Można się cieszyć (lub załamywać ręce), że prawdopodobnie wszystko to umknie nam oglądając Bitwę pięciu Armii. Mało tego. Ścieżka dźwiękowa Shore'a wydaje się przepraszać widza za to, że w ogóle jest. Czy istnieje zatem jakikolwiek powód, aby sięgnąć po okolicznościowo wydany album soundtrackowy?

Zawsze jakiś powód się znajdzie. Jeżeli bowiem wydało się majątek na dotychczasowo publikowane soundtracki do ekranizacji prozy Tolkiena, szkoda byłoby uszczuplić kolekcję o tak rażący brak w postaci Bitwy pięciu armii. Jednakże już po podjęciu decyzji o rozstaniu się z kilkoma banknotami pojawi się też kolejny arcyważny dylemat – które wydanie zasługuje na ten wydatek. Po raz kolejny nie będę oryginalny lansując tezę, że najlepszą „słuchalnością” poszczycić się może standardowe wydanie. Choć i tak bezsensownie rozdmuchane nadmierną ilością materiału, szczędzi nam po prostu wielu rozczarowań związanych z ilustracyjnym charakterem pracy Shore'a. Blisko dwudziestominutowe rozszerzenie oryginału nie zapewni nam wiele sposobności do zachwytu. Owszem, końcówka drugiego krążka prezentuje bonusowy utwór z reżyserskiej wersji Pustkowia Smauga (Thrain), There & Back Again eksponujący tematykę Shire oraz fragment ilustrujący coraz bardziej popadającego w obłęd Thorina (Dragon Sickness). Poza tym odnajdziemy tu kilka wstawek, których jednak nie sposób docenić na dłuższą metę. O jakichkolwiek estetycznych uniesieniach związanych z oprawą graficzną również możemy zapomnieć. Po raz trzeci w nasze ręce trafia zapakowany w karton delikates, którego zbyt częste używanie doprowadzi w końcu do opłakanego stanu. Dlatego też w mojej recenzji skupię się na kierowanym do masowego odbiorcy albumie.

Ocena Special Edition:


Ale czy oby na pewno jest to produkt kierowany do przypadkowego odbiorcy? Nawet do miłośnika muzyki filmowej niezbyt mocno związanego emocjonalnie z ekranizacjami dzieł Tolkiena? Śmiem wątpić. Rozciąganie tego doświadczenia na dwupłytowe, półtoragodzinne snucie się między doskonale znanymi nam już tematami nie wróży wielu wspaniałych doznań, zachwytów i licznych powrotów. Po raz kolejny pochylam się nad zasadnością takiej polityki wydawniczej. Aczkolwiek w kontekście całości materiału, jaki usłyszeć możemy w filmie i tak należy mieć spory szacunek do wydawców, że odpuścili sobie pedanterii w szafowaniu zapchajdziurami - ot chociażby takimi, jakie towarzyszyły scenie ataku smoka na Esgaroth (Fire and Water). Co ciekawe pomija je również wydanie rozszerzone tegoż soundtracku.

Totalnym wypaczeniem idei popularyzacji muzyki filmowej byłoby zachwalanie decydentów za odcinanie nas od ciężkostrawnego materiału. Album soundtrackowy ma przede wszystkim stanowić wizytówkę zarówno partytury, jak i filmu, do którego ona powstała. A jakąż opinię o tym produkcie wystawia Bitwa pięciu armii? Na pewno nie wprawiającą w euforię. Jak już wspomniałem, ścieżka dźwiękowa Shore’a to dobre rzemiosło, bardzo mocno opierające się na wcześniej zarysowanych koncepcjach, ale niewiele dające w zamian. Dostrzegamy to już u progu naszej przygody z albumem soundtrackowym. Prawie godzinne wprowadzenie do tytułowej bitwy, to przede wszystkim teatr trzech kluczowych aktorów: popadających w obłęd Thorina i Thranduila oraz Barda stającego na czele ludności z Dale. Zmagania o pozostawiony przez smoka skarb są ilustrowane bardzo wycofaną w tło muzyką, raczej szybko uciekającą z naszej pamięci. Wyjątek stanowią sceny z Dol Guldur (Guardians of the Three), gdzie kompozytor całkiem fajnie angażuje tematykę Saurona. W pamięć zapadają również momenty przemarszu wojsk, ot chociażby takich, jak w utworze Mithrill czy Bred For War. Skojarzenia z analogicznymi fragmentami Powrotu Króla będą jak najbardziej zasadne. Nie tylko zresztą pod tym względem. Przypominają o nim patetyczne marsze pojawiające się w panoramicznych ujęciach szykujących się do bitwy wojsk (The Clouds Burst).


Ostatni utwór na pierwszym krążku rozpoczyna długo oczekiwaną konfrontację. Battle For The Mountain wbrew wszelkim nadziejom nie zrywa przysłowiowych kapci z nóg. Pocieszeniem może być fakt, że przedstawiony zostaje tam nowy motyw – wspomniany wcześniej temat armii Daina. Skoczna, folkowa melodia odsyłająca naszą wyobraźnię w irlandzkie rejony dodaje nieco świeżości tej ogranej już strukturze, aczkolwiek nie rewolucjonizuje jej. Dalej na świeczniku pozostaje motyw głównego antagonisty – Azoga, wokół którego budowane są potężne, siejące zgrozę frazy na instrumenty dęte. Wybijające się heroiczne fanfary dają o sobie znać w newralgicznych momentach starcia – kiedy elfy staja u boku krasnoludów prowadząc szarżę. Rozpoczynający drugi krążek utwór, The Darkest Hour niewiele różni się od poprzednio wspominanego. Na pewno tym, że więcej tu miejsca na liryczne wstawki ilustrujące odartych z wszelkiej nadziei głównych bohaterów. Przyłączający się do bitwy Thorin wnosi zarówno do filmu jak i partytury sporą dawkę podniosłego nastroju. Son sof Durin pod wieloma względami przypomina analogiczne momenty z bitwy pod Pelennorem. Całkiem okazale prezentują się natomiast dwa ostatnie epizody rzeczonej bitwy – rozgrywające się na Kruczym Wzgórzu. Choć sam film pozostaje w moim odczuciu parodią prozy Tolkiena, to ilustracja muzyczna ma prawo przypaść do gustu, w szczególności utwór To The Death. Całkiem fajna żonglerka tematyczna zwieńczona jest potężnym, choć nie wyzutym z dramatycznego tonu crescendo.

Końcówka płyty, to seria wzruszających scen pożegnań i powrotów do rodzinnych włości. Także i na tym polu trzeciej części Hobbita daleko do wyciskacza łez z Powrotu Króla. Courage And Wisdom jest co prawda ciepłą, ale niezbyt zaznaczającą swoją obecność liryką. Tak samo jest w przypadku The Return Journey. Partytura do Bitwy ma jednak jeden solidny akcent, obok którego nie sposób przejść obojętnie. A jest nim wieńcząca film piosenka w wykonaniu Billa Boyda. Aktor wcielający się w postać Pippina dosyć ładnie podsumował tą nieco ciągnącą się przygodę. The Last Goodbye jest w moim odczuciu najlepszą piosenką promującą nową trylogię Jacksona. Czy zdolną mierzyć się z analogicznym finałem Powrotu Króla - Into the West? Na pewno nie. Niemniej jest to miłe dla ucha zaskoczenie po zupełnie odtwórczej ilustracyjnej części kompozycji. Przygodę z soundtrackiem kończy Ironfoot - suita prezentująca temat Daina Żelaznej Stopy. W tej formie brzmi on trochę korzystniej aniżeli w utworze towarzyszącym bitwie.

I cóż. Miał być wielki, epicki finał, a wyszła tak na dobrą sprawę powtórką z rozrywki. Pytanie tylko czemu? Przecież potencjał drzemiący nie tylko w trzeciej odsłonie Hobbita, ale i w źródle adaptacji - prozie Tolkiena – był wręcz ogromy. Niestety skończyło się na podążaniu pewnymi wytyczonymi wcześniej szlakami. Szkoda, że na arenę wydarzeń musiały wkroczyć zmęczenie serią i nadwyrężone relacje między reżyserem, a kompozytorem. Pójście po linii najmniejszego oporu na pewno nie przełożyło się na dobry odbiór całości. Niemniej jednak nawet w tak odtwórczej pracy znaleźć możemy całe pokłady solidnego grania, napisanego w klasycznym, orkiestrowym stylu. A na takowe jest w Hollywood ostatnimi czasy spory deficyt.



Inne recenzje z serii:
  • The Hobbit: An Unexpected Journey
  • The Hobbit: The Desolation Of Smaug

    Autor recenzji:  Tomek Goska
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    CD 1:
    • 1. Fire and Water (5:57)
    • 2. Shores of the Long Lake (4:01)
    • 3. Beyond Sorrow and Grief (2:50)
    • 4. Guardians of the Three (5:14)
    • 5. The Ruins of Dale (3:39)
    • 6. The Gathering of the Clouds (4:07)
    • 7. Mithril (3:08)
    • 8. Bred for War (3:19)
    • 9. A Thief in the Night (4:14)
    • 10. The Clouds Burst (4:12)
    • 11. Battle for the Mountain (4:38)
    CD 2: Czas trwania: 94:17


    WYDANIE SPECJALNE:


    CD 1:
    • 1. Fire and Water (5:57)
    • 2. Shores of the Long Lake (4:01)
    • 3. Beyond Sorrow and Grief (extended version) (4:11)
    • 4. Guardians of the Three (extended version) (5:47)
    • 5. The Ruins of Dale (3:39)
    • 6. The Gathering of the Clouds (extended version) (5:52)
    • 7. Mithril (3:08)
    • 8. Bred for War (3:19)
    • 9. A Thief in the Night (4:14)
    • 10. The Clouds Burst (4:12)
    • 11. Battle for the Mountain (4:38)
    CD 2:
    • 1. The Darkest Hour (5:31)
    • 2. Sons of Durin (4:23)
    • 3. The Fallen (4:56)
    • 4. Ravenhill (5:47)
    • 5. To the Death (extended version) (7:22)
    • 6. Courage and Wisdom (5:09)
    • 7. The Return Journey (4:16)
    • 8. There and Back Again (4:19)
    • 9. The Last Goodbye (written and performed by Billy Boyd) (4:05)
    • 10. Ironfoot (extended version) (6:11)
    • 11. Dragon-sickness (bonus track) (3:51)
    • 12. Thrain (bonus track) (3:24)
    Czas trwania: 108:12
    Komentarze
    hr.dooku 2015-01-03
    16:05
    Porażka.
    Draco Nared 2015-01-03
    16:59
    Dwa babole: 1. "trzyletnia podróż przez Śródziemie" - jeśli brać pod uwagę czas od pierwszego filmu, to dwuletnia. Jeśli od pierwszych wieści o filmie, to chyba nawet pięcioletnia. 2. Idzie się po "linii najmniejszego oporu" ;)
    Mystery 2015-01-14
    11:06
    Dobra symfoniczna oprawa filmu, jednak na Śródziemie to za mało. Samych płyt słucha się przystępnie, są highlighty Sons Of Durin czy Ironfoot, jednak po epickim zwieńczeniu trylogii można było oczekiwać na więcej.
    ciekawski 2015-01-15
    23:58
    A ja mam małe pytanie - dlaczego w 2 i 3 Hobbicie nie ma motywu głównego krasnoludów, którym tak często raczeni byliśmy w pierwszej części? Co jest tego przyczyną?
    bladerunner22 2015-01-16
    08:50
    Moim zdaniem recenzja dokładnie przedstawia bolączki muzyki napisanej przez Shore'a. Jednak trzeba wziąć pod uwagę jedną rzecz: żyjemy w czasach, gdzie artyści, w tym kompozytorzy, są bardzo mainstreamowi. Muzyka filmowa, kino no i producenci przede wszystkim, bo to na nich należało by skupić całą uwagę, są odpowiedzialni, za brak symfonicznych opraw do filmów. Nie chce się na ten temat rozwodzić, bo wiele napisali już tutaj na forum ludzie mądrzejsi ode mnie. Dla mnie od wspaniałego 2010( wliczając wielki powrót J.W w 2011 z bardzo dobrymi scorami) nie napisano praktycznie scoru 5-tkowego. Co do samej prezentacji muzyki na krążkach. Co prawda można trochę kręcić trochę nosem, na to, że wydania regularne w istocie oddają sytuację wydań kompletnych, niemniej jednak tak dobrej muzyki symfonicznej w dzisiejszych czasach po prostu nie ma, albo brakuje, a jeden Desplat wiosny nie czyni. Reasumując: Shore najwyższych lotów.
    Tomasz Goska 2015-01-16
    20:33
    @ciekawski: Jak domniemam chodzi Ci o temat z Misty Mountain? To pytanie należałoby zadać samemu kompozytorowi. Ale patrząc na samą metodologię epatowania tematyką tego, co mamy, to do głowy przychodzi mi tylko jedno stwierdzenie: łopatologia pełną gębą. @bladerunner22: Superwypasiona strona techniczna nie czyni z tej kompozycji mistrzostwa w swoim gatunku. Do tego potrzebny, obok świetnej i świeżej tematyki, jest szeroko pojęty flow. A tego zabrakło w finale Hobbita.
    DanielosVK 2015-01-17
    10:24
    Jak dla mnie, jeśli chodzi o Misty Mountains mogło zwyczajnie pójść o prawa autorskie o dalsze wykorzystywanie melodii Planu 9 w kolejnych częściach Hobbita.
    Mefisto 2015-01-20
    21:19
    "Ścieżka dźwiękowa Shore'a wydaje się przepraszać widza za to, że w ogóle jest" - dokładnie. Zawód roku, choć w sumie niemal wszystkie Hobbity są dla mnie poniżej poziomu. Strata czasu i tyle.
    Tomek 2018-09-09
    14:52
    A według mnie dalsze wykorzystanie tematu Smauga w kontekście "choroby" Thorina było świetnym posunięciem. Co do soundtracku, jest to zdecydowanie najmniej oryginalna ze wszystkich ścieżek dźwiękowych stworzonych dla uniwersum Śródziemia. Przez pierwszą płytę nie przeszkadza to zbytnio, ponieważ (w moim odczuciu) słucha się tego wyśmienicie. Ale już na drugiej muzyka z tytułowej bitwy zaczyna po prostu męczyć (a już najbardziej "Ravenhill" i "To The Death"). Co prawda i tutaj zdarzają się perełki w postaci świetnego "Sons Of Durin", ale mimo wszystko całość wypada gorzej w porównaniu z DOS, właśnie przez brak oryginalności. Na plus BOTFA zaliczyć można kapitalną piosenkę końcową, według mnie znacznie lepszą od poprzedniego "I See Fire".

  • Hobbit: The Battle Of The Five Armies (Hobbit: Bitwa pięciu armii)

    Kompozytor:

    • Howard Shore

    Dyrygent:

    • Conrad Pope

    Orkiestrator:

    • Conrad Pope

    Wydawca:

    • WaterTower / Decca / Universal (2014)

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2018 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie