Szukaj: w


recenzje

Terre Vue Du Ciel, la


Niezwykle interesującym dla mnie zjawiskiem jest pojawianie się co jakiś czas na rynku płytowym partytur inspirowanych jakimś dziełem. W roku 1996 Joel McNeely zaskoczył mnie swoją muzyczną wizją Gwiezdnych Wojen, sporządzając kompozycję na bazie bestsellerowej wówczas książki Steve'a Perry'ego, Cienie Imperium. Praca McNeely'ego przemówiła do mnie tak mocno, że przez wiele miesięcy po zakupie krążka nie potrafiłem pozostawić go w spokoju na więcej niż kilka dni. Na kolejne tego typu odkrycie przyszło czekać mi aż 8 lat. Jak się okazało nie tylko literatura może być silnym bodźcem do sporządzenia fantastycznej muzyki, może być nim również fotografia. Specjalista od uwieczniania zapierających dech w piersiach obrazów naszej planety, Yann Arthus-Bertrand organizując wystawę swoich spektakularnych zdjęć pobudził wyobraźnię wielu artystów, nie koniecznie związanych z jego profesją. W bardzo krótkim czasie powstał dokument prezentujący w półtoragodzinnej wizualno-muzycznej pigułce podmioty zainteresowań fotografa oraz efekt jego fascynacji. W tym samym czasie, gdy film Renauda Delourme przechodził ostatnie etapy postprodukcji, inny artysta pracował nad oprawą muzyczną tego widowiska. Artystą owym był Armand Amar, francuski kompozytor filmowy, który jak do tej pory mógł poszczycić się tylko jednym w miarę głośnym dziełem Amen. Zatrudniony co prawda do sporządzenia ilustracji, Amar poszedł dalej, czyniąc ze swojej partytury twór na wskroś indywidualny, tylko formalnie należący do obrazu, a tak w rzeczywistości tętniący własnym życiem. Już sama wypowiedź kompozytora, którzy przyznał się, że inspiracji szukał przede wszystkim w fotografiach niźli w obrazie Delourme świadczy o wyjątkowym podejściu do swojej pracy. Pracy, która jak się później okazało niczym akcelerator przyspieszyła rozwój jego kariery.

La Terre..., to pod względem emocjonalnym bardzo szczera partytura. W przeciwieństwie do wielu podobnych, nie serwuje słuchaczowi na tacy cukierkowatych muzycznych balladek. Ci, którzy spodziewają się zastać tu „pejzażową”, biegnącą jednym torem ciuchcię melodyjną, mogą się gdzieś po drodze najzwyczajniej w świecie wykoleić. Amar podszedł ambicjonalnie do swojego zadania i wyłożył nam dzieło nadwyraz dojrzałe, pozornie zewnętrznie rozbite, podzielone na serię rozdziałów, ale scalone wewnątrz fascynującym minimalizmem i nietuzinkowymi aranżacjami. Posługując się prostymi formami artystycznego wyrazu Francuz w doskonały sposób ukazuje podmiot swoich inspiracji. Dowodzi, że za pomocą odpowiedniej kombinacji nawet niewielkiej liczby instrumentów osiągnąć można wielobarwne, a przy tym poruszające dzieło, pozostawiające głębokie znamię w pamięci słuchacza.

Płyta składa się z 11 utworów, które razem tworzą dosyć zróżnicowany, ale ładnie koegzystujący ze sobą wachlarz melodyjny. Każdy z tych tracków jest pewnego rodzaju rozdziałem, opowiadającym o czymś innym. Podkreśla to nawet dołączona do albumu książeczka, w środku której znajdziemy galerię fotosów podzieloną na części, której tytuły zbiegają się z nazwami ścieżek. Pomimo stosunkowo dużego zróżnicowania tematycznego, charakter stylistyczny pozostaje od początku do końca podobny. Nad partyturą wisi potężny obłok nostalgii stymulującej słuchacza do głębokich refleksji. Budulcem tej specyficznej atmosfery są przede wszystkim instrumenty strunowe, tudzież wszelkiego rodzaju smyczki i fortepian. Na tym jednak Amar nie poprzestaje. Charakterystyczna dla jego twórczości wschodnia etnika również i tu znajdzie swoje odzwierciedlenie, a liczne partie wokalne zachowane w tej konwencji uczynią z kompozycji twór bardziej egzotyczny.



Krążek otwiera spokojny, ale ocierający się o smutek utwór La Genese. Nastrój ten pogłębi żeński wokal (przypominający nieco Lise Gerrard w Gladiatorze) z solowymi partiami duduka, które skierują naszą wyobraźnię na terytorium bliskiego wschodu – kolebki cywilizacji europejskiej. Armand na całej długości partytury konfrontuje ze sobą wiele elementów etnicznych podporządkowując je zarazem muzycznej teksturze, raz łagodnej, innym razem euforycznej, lub wybuchowej. Siłą przeważającą są oczywiście melodie o lirycznym, zakrawającym o nostalgię zabarwieniu. Najbardziej ustabilizowane emocjonalnie pod tym względem są dwa stosunkowo długie utwory: Terra Incognita oraz Chaosmos. Nieco więcej splendoru wylewa się z romantycznego, gitarowo-smyczkowego The Amo oraz pędzącego na zabój Babel, przypominającego fragment pogoni z Bandyty Lorenca. Zupełnie oderwanym od reszty zdaje się być zamykający partyturę potężny blok muzyczny, La Terre Vue Du Ciel, podczas którego przez kilkanaście minut doświadczać będziemy fantazyjnych mariaży muzycznych, o zmiennej rytmice i barwie.

Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak dwa utwory opatrzone poetycką teksturą. Pierwszy z nich to Save Us, będący niejako muzyczno-recytatorską medytacją nad cudem natury. Obok delikatnie pieszczącej nasze uszy fortepianowo-smyczkowej melodii, pojawiają się cytowane fragmenty tekstów z fotoalbumu Arthus-Bertranda - “Earth From Above: 366 Days”. Szczególnie godnym uwagi, chyba nawet bardziej niż wspomniany wyżej Save Us, jest utwór Civilisation stanowiący coś w rodzaju muzycznej zadumy nad genezą rozwoju cywilizacji europejskiej. Ów niezwykle poruszający, 12-minutowy fragment fenomenalnie zderza w swoich ramach dwie odrębne kultury: wschodu z zachodem. Ich symbolika wypływa nie tyle z samego instrumentarium, co partii wokalnych. Męski chant rozpoczynający ten track błądzi gdzieś klimatycznie w okolicach Bliskiego Wschodu, natomiast pojawiające się kilka minut później żeńskie “Kyrie Eleison” bezbłędnie skieruje nasze myśli na chrześcijański zachód. Sama melodia natomiast może wywołać poważne zdziwienie na twarzy słuchacza obcującego wcześniej z kompozycją Amen. Jest to bowiem nic innego jak przearanżowana wersja utworu dodatkowego, The Other Side, który ostatecznie nie znalazł się w obrazie Costa-Gavrasa.

Oryginalność partytury Armand Amara nie porazi nas w takim samym stopniu jak jej treść. Trzeba przyznać się otwarcie, że muzyk lubi odnosić się do dokonań kolegów po fachu jak Philip Glass, Bruno Coulais, czy innych. Nie asymiluje jednak ich twórczości. Bierze tylko po trosze od każdego, zaszczepiając na przygotowany przez siebie stylistyczny grunt. Myślę, że kwestia oryginalności, przy takich doznaniach jakie serwuje nam La Terre Vue Du Ciel to sprawa błaha, nie warta większego rozpisywania się nad nią. Z drugiej strony nie chciałbym mydlić oczu odnosząc się do tej ścieżki w samych superlatywach. Jest to kompozycja trudna i zapewne niejeden słuchacz w konfrontacji z nią po prostu przegra. To specyficzne dzieło, które wymaga sporej dozy uwagi, by odkryć piękno i siłę w niej drzemiące. Gdy już jednak odkryje się choćby promyk tego piękna, kompozycja Amara stanie się niesamowicie wciągającą, muzyczną przygodą, którą zapewne niejednokrotnie jeszcze przeżyjecie powracając do krążka. Prawdziwym problemem może okazać się natomiast dostępności tej kompozycji. Znalezienie jej w salonach muzycznych naszego kraju to niemalże „mission: impossible. Alternatywą pozostają więc zagraniczne sklepy internetowe, z ofert których polecam serdecznie korzystać. Jest to bowiem płyta warta każdych pieniędzy.



Więcej zdjęć w wysokiej rozdzielczości znaleźć można na oficjalnej stronie Yann Arthus-Bertranda

Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
Czas trwania: 65:28
Komentarze
Balcerek 2005-12-12 20:52
Po cholere ten śnieg...
Babuch 2005-12-13 07:45
Nie ma na zewntąrz to niech bedzie chociaż na stronie...
Tomek 2005-12-13 08:20
Fakt faktem Łukasz, ale te śnieżynki naprawdę przeszkadzają w czytaniu...czytam tekst Pawła o Gejszy i muszę przesuwać suwakiem po prawej stronie bo nie widzę liter... To fajna błyskotka, ale to tylko błyskotka moim zdaniem.
Tomasz Goska 2005-12-13 11:49
Co do muzyki. Jest ona nieinwayjna, i wbrew temu co pisze Tomek nie uznałbym ją za genialnie słuchalną. Jest to muzyka medytacji, nastroju, muzyka która (jestem o tym święcie przekonany) wspaniale wpisuje się w film.

Generalnie ta ścieżka nie musi być "inwazyjna". Bo to nie melodyka ma nas przyciągać, tylko emocje jakie wypływają z tej kompozycji, a te są niemałe. Nostlgia jaka się przelewa porównałbym do bardzo osoczystego owocu, który tylko prosi by się do niego dobrać ;)
Babuch 2005-12-13 12:56
Ale ja nie traktuje nieinwazyjności jako wady. Pragnąłem jedynie zwrócić uwagę na t iż jest to muzyka klimatu, dla której trzeba coś poświęcić aby uzyskać przyjemność. Ocenę obniżyłem za oryginalność i za niezbyt dobry montaż płyty.
Tomek 2006-01-08 14:06
Zapoznałem się z tą kompozycją i muszę stwierdzić, że mocna to pozycja, ale myślę, że nie dla wszystkich. Jedno co mnie uderza, a nie znalazło się w recenzji to dość otwarte referencje do Philipa Glassa i szczególnie jego Koyaanisqatsi. Nie chodzi mi tu bynajmniej o jego szaleńczy, nminimalistyczny styl ale klasyczne w wyrazie podłoże, szczególnie utwór "Chaosmos", który wykorzystuje nuta w nutę powolny, majestatyczny motyw Glassa z utworu "Cloudscapes". Słychać tu nawiązania również do Nymana, Tiersena i Zimmera ("Te Amo" jest emocjonalnie i instrumentalnie bliskie "Leave No Man Behind" z Black Hawk Down, przynajmniej dla mnie :). Siłą albumu jest to również, jak wspomina Tomek, że każdy z utworów prezentuje inne rozwinięcia muzyczne (może nie tematyczne), co mi osobiście przypomina również Wojciecha Kilara. Znakomita muzyka do refleksji.
Al-karnak 2006-01-08 14:34
Po prostu za mało znam Glassa, więc wolałem nie pisać, gdyż pewien nie byłem odnośnie tych "zapożyczeń". :)
Tomek 2006-01-08 15:59
I jeszcze kolejne "referencje" (tak z nudy :) : utwór "Civilisation" - najpierw tybetańskie śpiewy (Kundun/Glass - choćby) a pod koniec szaleńcze wiolonczele zupełnie jak The Ring wsparte potężnym, minimalistycznym rytmem zupełnie jak Glass ;) P.S. może ktoś wie co to za instrument kreuje niezwykłe "przestrzenne pomruki" w 9 minucie tego utworu? Czy może to elektronika?
Łukasz Waligórski 2006-01-30 19:05
Nie słyszałem tej muzyki ale byłem w Poznaniu na wystawie zdjęć - podobnie jak Babuch. Jako że do głównej hali MTP miałem po drodze na uczelnię wpadłem tam nawet kilka razy i nigdy nie żałowałem... Pamiętam jeszcze że na piętrze był tam wyświetlany jakiś film, właśnie o robieniu tych zdjęć. Orientujecie się (a zwłaszcza Łukasz) czy to właśnie z tego filmu jest muzyka?
Babuch 2006-01-31 08:09
Ciężko mi tutaj odpowiedzieć na pytanie łukasza. Jak ja byłem w Poznaniu to chyba ten ekran gdzie leciał film był zepsuty, albo wyłączony, bo ja nie widziałem niestety czegoś takiego (na pewno bym się zatrzymał i posłuchał...). Ciężko wyrokować czy to rzeczywiście było to. Film nakręcono w 2004 roku, zdaje się że w tym samym czasie (jakoś do maja) była wystawa w Poznaniu (W Ogrodach Luksemburskich miała miejsce rok wcześniej). Być może więc to jest ten film... Niestety ja go nie widziałem..

Do tej recenzji istniej? jeszcze 4 komentarze. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
Terre Vue Du Ciel, la

Kompozytor:

  • Armand Amar

Dyrygent:

  • Mario Klemens

Orkiestrator:

  • Laurent Levesque

Soliści:

  • Jean-Paul Minali-Bella (skrzypce)
    Pierre Sciama (wokal)
    Selima Al-Khalaf(chant)

Wydawca:

  • Naive (2004)

Producent:

  • Armand Amar

R E K L A M A







NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie