Szukaj: w


recenzje

Legend of the Guardians: The Owls of Ga'Hoole (Legendy sowiego królestwa...)


Z nieukrywaną radością przyjąłem fakt, iż z jakichś powodów, przynajmniej przy okazji animowanej Legend of the Guardians, reżyser Zack Snyder postanowił zrezygnować ze współpracy z Tylerem Batesem, kompozytorem cieszącym się wśród fanów muzyki filmowej chyba najmniejszą sympatią (jak najbardziej słusznie). Zamiast niego postawił czy też producenci postawili na Davida Hirschfeldera, kompozytora z Antypodów, który 2 lata wcześniej dał się zapamiętać dzięki bardzo udanej ścieżce dźwiękowej do epickiej Australii, a miał już także na koncie dwie nominacje do Oscara z drugiej połowy lat 90-ych. Ostateczny efekt jego pracy to muzyka na pewno o wiele lepsza niż taka, jaką mógłby dać Bates (acz Australijczyk pewnie i z zamkniętymi oczami pobiłby w tej mierze dotychczasowego pupilka Snydera), ale też lekkie rozczarowanie, bo wydawało się, że Hirschfelder do gatunku epickiego fantasy made in Hollywood będzie w stanie wnieść jakiś powiew świeżości prosto z Australii. Może jednak po kolei.

Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga'Hoole będące ekranizacją mało znanej u nas serii książek Kathryn Lasky pokazują, że nietuzinkowe kadry 300 czy Strażników to nie był przypadek. Snyder ma wyczucie i potrafi zachwycić widza pięknymi obrazami z dopracowanymi detalami, cudownie podanymi w 3D, w którym fetysz reżysera do zwolnionych ujęć sprawdza się wybornie. Muzyka nie odstaje na szczęście od wizualnego piękna i już pierwsze sceny filmu z napisem tytułowym, w których Hirschfelder wprowadza główny temat, to jest to, co miłośnicy filmówki kochają najbardziej. Później może aż tak wspaniałe oddziaływanie muzyki nie jest zachowane, jednak generalnie score sprawuje się bardzo dobrze i sprawdza się nawet wrzucenie między niego dwóch utworów z mistyczną wokalizą Lisy Gerrard: The Host Of Seraphim zespołu Dead Can Dance oraz Coming Home napisany wspólnie z Harrym Gregsonem-Williamsem (żadnego nie umieszczono na albumie dostępnym w formie download-mp3; pierwszy z nich znalazł się w trudnodostępnym wydaniu CD). Jedyny drobny zgrzyt to promująca film piosenka To the Sky. Sama w sobie nie jest zła, ot, kawałek melodyjnego popu, który nawet pasuje do stylistyki napisów końcowych. Tylko po co jeszcze Snyder wepchał ją w środek filmu to nie wiem. Zdecydowanie nie pasuje ona do stylistyki score Hirschfeldera i burzy nieco baśniowy klimat.

W filmie Hirschfelder radzi sobie bez zarzutu, jednak na płycie jest już troszkę gorzej. Daje o sobie znać często dość ilustracyjny charakter kompozycji, a w kilku momentach zdarza się nawet ocieranie o mickey-mousing. Brak większej ilości silnych tematów (ten jeden główny często jest przywoływany na lejtmotywicznej zasadzie) także nie ułatwia kontaktu na lini słuchacz – muzyka. Niby nie brakuje bardziej melodyjnych, emocjonalnych momentów, można wskazać jeden-dwa motywy poboczne (ale raczej po dogłębnym odsłuchu krążka, niż po wizycie w kinie), nieźle wypada muzyka akcji... wszystko to jednak umiejscowione fragmentarycznie w poszczególnych utworach pomiędzy bardziej ilustracyjnymi elementami i trudno mówić o jakichś prawdziwych highlightach soundtracku. Myślę, że dla miłośników klasycznego filmowego brzmienia nie stanowiłoby to większego problemu, gdyby nie fakt, że... to wszystko właściwie już było. Oczywiście Hirschfelder to nie Bates, by dopuszczać się ordynarnych plagiatów i nawet często wskazywane podobieństwo głównego tematu do melodii z czołówki The Amazing Stories autorstwa Johna Williamsa, można chyba uznać za dzieło przypadku wynikające z ogólnej tendencji Legend sowiego królestwa do bycia ścieżką bardzo dla gatunku typową, przewidywalną, szablonową. Jak mawiają Amerykanie: "generic".

Obok nieskomplikowanego melodyjnie tematu, także wiele innych fragmentów przypomina rozwiązania stosowane w kinie spod znaku magii i przygody przez Johna Williamsa, jego podejście do instrumentacji, lejtmotywicznych struktur, kontrapunktów itp. Inne z kolei fragmenty to wypisz-wymaluj James Horner, zwłaszcza baśniowy chór i dramatyczne smyczki z The Boy Was Right. Mimo to, Hirschfelder nawet na płycie się broni. Broni się przede wszystkim nienaganną stroną techniczną. Użycie orkiestry, chóru i solistów jest dokładnie takie, jakie winno być w ścieżkach fantasy. Brzmienie nie jest monotonne, jest w tym koloryt, którego tak wielu ścieżkom dziś brakuje, kompozytor potrafi sięgnąć tu i ówdzie po etniczne piszczałki, klawesyn, duduk czy harfę i wykorzystać je w wyrazisty sposób. I choć wszystko to w tym gatunku muzycznym klisze, to korzysta z nich Australijczyk z klasą i wyczuciem. Jego dzieło nie jest mdłe ani płaskie, jakie pewnie na jego miejscu popełniłby mniej zdolny kompozytor podążający tą samą drogą.

Jestem przekonany, że score Hirschfeldera znajdzie swoich entuzjastów. Po pierwsze wśród tych najbardziej zauroczonych filmem. Po drugie wśród osób, którym taka stylistyka odpowiada a nie zjadły jeszcze zębów na muzyce Williamsa czy Hornera z lat 80-90-ych. Po trzecie wreszcie wśród tych najbardziej za tego typu partyturami stęsknionych, mającym na tyle dość ilustrowania mitów i baśni przy pomocy gitarowych riffów i innych modernistycznych brzmień, że kupujących w ciemno nawet wszelakie "generic". Jeśli jesteście w jednej z tych grup to Legend of the Guardians polecam wam bez wahania. W przeciwnym razie bardziej doradzałbym zapoznanie się z muzyką Australijczyka połączoną z pięknymi kadrami filmu Snydera. Mimo wszystko oczywiście kompozycja Hirschfeldera to dzieło bardzo solidne i należy mu się pozytywna nota.



Autor recenzji:  Łukasz Koperski
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
Czas trwania: 62:11

* - te utwory znalazły się jedynie w wersji download-mp3. W wersji CD w ich miejsce umieszczono utwór „The Host Of Seraphim” zespołu Dead Can Dance
Komentarze
Mefisto 2010-10-19 01:28
Fakt, czy i pół to chyba odpowiednia nota.
bladerunner21 2010-10-19 09:10
nuda panowie.
Mystery 2010-10-19 10:01
Dobry tekst, dobra muza, zgadzam się co do joty :)
Demon 2010-10-21 12:57
Kicha.
Wurger 2010-10-28 15:13
Praktycznie tam gdzie sie pojawia chór to znak dobrej muzy:) Czyli poczatek i koniec plyty:(
kinnikinnik 2010-11-12 11:18
"Obok nieskomplikowanego melodyjnie tematu" temat jest skomplikowany, ma tam jakas modulacje, albo triole, takze nie wiem czemu tak piszesz. Jest bardziej skomplikowany niz taki Jurassic Park, Karmazynowy Przypływ i tego typu patetyczne tematy, no chyba, ze je rowniez uwazasz, za nieskomplikowane w porownaniu ze spokojniejszymi melodiami, wtedy mozna sie z tym zgodzic, jednakze w takim razie nalezy zauwazyc, ze patetyzm tematów wynika wlasnie z prostoty, takze nie jest jakas wada.
Tomek 2010-12-16 18:06
Jestem chyba tą osobą, o której piszesz w ostatnim akapicie Łukasz :) "Sowy" są dla mnie jednym z najbardziej pozytywnych zaskoczeń roku z kilku przyczyn. OK, racja jest kilka momentów (sporadycznego) mickey-mousingu, jednak muzyka swym kolorytem, aranżacją i zwykłym zmysłem kompozycyjnym bije większość dzisiejszych dokonań z tego gatunku. Tak naprawdę gdzieś tam muzycznie zakorzeniona jest w animacji, ale w dużej większości to klasyczny score przygodowo-fantasy w starym stylu. Dużo ścieżce dają chóry, niby dziś coś już zupełnie wyekspolatowanego, ale świetnie pasują do muzyki, raz patetyczne, raz liryczne, raz pobudzające wyobraźnię. Znakomity jest zwłaszcza finał na potężną orkiestrę i chór, niemal jak z jakiegoś golden age'u, znakomite jest wprowadzenie do ścieżki pod początkowy tytuł filmu. Po "Australii" Hirschfelder pokazuje poprostu klasę, pobudza wyobraźnię (harfa, delikatne instrumenty etniczne). To Lisa Gerrard w kinie najbardziej zapada w pamięć, ale chyba głównie przez to, że ma do "przykrycia" dwie tak wizualnie miażdżące sceny, Hirschfelder jest nieco na uboczu (dialogi; efekty dźwiękowe), ale myślę, że dopiero na płycie zyskuje sporo. U mnie więc 4-4,5 na płycie, 3,5-4 w filmie. Przyznaję, temat główny na początku nieco razi wtórnością, ale idzie się przyzwyczaić. Od "Złotego kompasa" Desplata to chyba najlepszy score fantasy od 2007 roku.
Marek 2010-12-25 21:53
Gdyby nie to, że Hirschfelderowi nie udało się nadać tej muzyce jakiegoś własnego, unikalnego piętna, to mogłaby to być najlepsza filmowa muzyka fantasy/przygodowa roku. Do filmu dopasowana jest naprawdę inteligentnie, o klasę lepiej niż taki HTTYD Powella, no ale właśnie: brakuje jej czegoś, co wyróżniałoby ją na tle gatunku. Temat to zrzynka z Williamsa, underscore często idzie w tapeciarstwo... Fajnie się to wszystko rozwija, Hirschfelder bardzo mądrze dawkuje muzykę, dobrze ją rozwija na przestrzeni filmu, jej ton i natężenie są świetnie dobrane i tylko ta wtórność i przewidywalność non stop razi. Bardzo dobra muzyka filmowa, a tylko poprawna muzyka jako taka. Ale dzięki temu pierwszemu podnoszę trochę ocenę.
michalmarzec 2011-01-15 00:47
no faktycznie main theme podobny do tego Williamsa, teraz sobie puscilem amazing stories i zauwazylem. to charakterystyczne zejscie jest chyba zbyt skomplikowane (w sensie - malo sztampowe na tle ogolnie innej muzyki), zeby to byl przypadek, choc roznie moze byc, nie ma co osadzac. ale ten temat z legend ma wiecej poweru i jest ciekawszy zdecydowanie
Mieszko 2013-07-21 23:19
Motyw przewodni fajny, reszta średnia.

Do tej recenzji istnieje jeszcze 1 komentarz. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
Legend of the Guardians: The Owls of Ga

Kompozytor:

  • David Hirschfelder

Dyrygent:

  • Brett Kelly

Orkiestrator:

  • Ricky Edwards
  • James K. Lee
  • Daryl McKenzie

Wydawca:

  • Watertower Music (2010)

Producent:

  • David Hirschfelder

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie