Szukaj: w


recenzje

Ghost in the Shell (2017 Promotional Release)



Tej historii chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Japońskie anime pod intrygująco brzmiącym tytułem, Ghost in the Stell, przez ponad dwie dekady zdołało zyskać sobie miano kultowego, stając się jednym z flagowych produktów kinematografii kraju kwitnącej wiśni. Dlatego też informacja o planach studia Paramount na zrobienie aktorskiej wersji tego widowiska, wywołała wśród fanów lawinę krytyki. Potęgowana informacją o angażu Scarlett Johanssonn do odtworzenia głównej roli, już na etapie realizacji stawiała produkcję Ruperta Sandersa na przegranej pozycji. I choć całkiem schludnie zrealizowane zwiastuny nie sugerowały gigantycznej porażki, ostatecznie Ghost in the Stell okazał się jedną z największych finansowych klap roku 2017. Gdzie należy szukać przyczyn takowego stanu rzeczy? Chyba nie tylko w angażu białej aktorki do odegrania roli Motoko. Sporo fermentu wniosły gorączkowe zmiany wprowadzane za przysłowiowe „pięć dwunasta”. Poddany drakońskiej reedycji film, ostatecznie okazał się produktem troszkę nijakim, gdzie cała uwaga widza kierowana była na wizualiach. A trzeba przyznać, że pod tym względem Sandersowi się udało. Sceneria i efekty zdają się być towarem eksportowym tego filmu, tylko szkoda, że w tej dbałości o graficzne detale, zupełnie na bok odstawiona została historia Major Motoko.

W całym tym postprodkcyjnym rozgardiaszu jakby po macoszemu potraktowana została również ścieżka dźwiękowa. Początkowo do skonstruowania takowej zatrudniony został Clint Mansell, co niezmiernie ucieszyło niektóre środowiska miłośników muzyki filmowej. I kiedy wszystko wskazywało na to, że jeszcze przed premierą filmu będziemy cieszyć się efektem jego pracy na planowanym do wypuszczenia albumie soundtrackowym, dotarła do nas zaskakująca wiadomość, że część ścieżki dźwiękowej Brytyjczyka powędrowała do kosza. Wynikało to nie tyle z różnic artystycznych na linii reżyser - kompozytor, ale z panicznej wręcz potrzeby skompletowania muzycznej układanki, rozbitej przez drastyczny montaż. Brytyjski muzyk skończył więc przygodę z Ghost in the Stell, zostawiając w filmie niewiele ponad półgodzinną ilustrację. Łatanie pozostałych trzech kwadransów przypadło w udziale Lorne Balfe, który idąc po linii najmniejszego oporu, po prostu wziął na warsztat to, co stworzył jego poprzednik i dopisał w analogicznym stylu brakujące fragmenty. Efektem tego jest bardzo spójna oprawa muzyczna, tak pod względem melodycznym, jak i stylistycznym. Oprawa, z której ciężko wydedukować podczas seansu, jaki fragment tworzony był przez jakiego kompozytora. Proces ujednolicania przekazu udał się zatem nad wyraz dobrze. Jeżeli bowiem szukalibyśmy głównego filaru tego dusznego, mrocznego klimatu widowiska Sandersa, to w pierwszej kolejności należałoby wskazać na zimną, ociekającą elektroniką, ścieżkę dźwiękową.

O pracy Mansella nie można wiele powiedzieć ponad to, co wydaje się oczywiste. W filmie wypada dobrze, a poza nim na pewno miałaby potencjał na całkiem fajne słuchowisko. Świadczą o tym dwa utwory opublikowane przez Kevina Kinera (autora muzyki dodatkowej) na jego oficjalnej stronie, które możecie posłuchać klikając tutaj. Dynamiczna akcja okraszona solidną porcją charakternej elektroniki, wschodnich perkusjonaliów i wstawek chóralnych, robi pozytywne wrażenie. A jako że jest to materiał z oryginalnych sesji Mansella, możemy się tylko domyśleć, jak okazale prezentowałby się potencjalny album soundtrackowy. O takowym mogliśmy już zapomnieć w chwili ogłoszenia zmiany na stanowisku kompozytorskim. Choć management Balfego stawał na głowie, aby coś z tym zrobić, ostatecznie nie udało się wypracować kompromisu z Mansellem i decydentami Paramount. Na rynku pojawił się zatem tylko songtrack i to w najmniej atrakcyjnej z form – cyfrowej. A oryginalna ścieżka dźwiękowa wylądowała w pilnie strzeżonych archiwach wytwórni. Jak się okazuje, nie na długo…


Balfe wpadł na pomysł, aby całą swoją muzykę do GitS opublikować na oficjalnym kanale YouTube. Po otrzymaniu błogosławieństwa ze strony studia Paramount, przez cały wrzesień systematycznie publikował po kilka fragmentów, aż w końcu dopiął swego. Zbiegło się to w czasie z wyciekiem do sieci (ot całkiem przypadkowo) całego materiału w 24-bitowym, studyjnym masterze. Takie sytuacje dają od razu do zrozumienia, że o oficjalnym albumie z „original score” ostatecznie możemy już zapomnieć. Czy jest nad czym płakać?

Przysłuchując się ilustracji sporządzonej tylko przez Lorne Balfe, można stwierdzić, że nie do końca. 45-minutowe „promo” ma swoje momenty, ale w głównej mierze jest tylko funkcjonalnym rzemiosłem podpinającym się pod pewną stylistykę. Wynika to nie tylko z konstrukcji i natury samej muzyki, ale i układu treści, będącej zlepkiem wielu, czasami kilkudziesięciosekundowych fragmentów. Co prawda kompozytor przygotował to „promo” z myślą o statystycznym słuchaczu, dając nawet alternatywne wersje wybranych fragmentów, ale nie uchroniło to samej kompozycji od epatowania zimną, miejscami odpychającą wręcz treścią. Z jednej strony mamy więc bardzo klimatyczną oprawę opartą na siermiężnej elektronice, wchodzącej na poletko modnych ostatnimi czasy, retro-synthów. Z drugiej strony pełno tu równie popularnych „dronów”, będących muzycznym kontrargumentem dla wszystkich technologicznych wątków poruszanych w filmie Sandersa.

Fakt, elektronika dominuje w ścieżce dźwiękowej Balfe, ale nie jest jedynym składnikiem faktury muzycznej. W tle majaczą nieśmiałe orkiestracje, których filmowy żywot uwarunkowany jest dramatem, jaki przeżywa główna bohaterka – ciągłym doszukiwaniem się w sobie jakiegoś ludzkiego, transcendentalnego pierwiastka. Na tę okazję Balfe skonstruował liryczny, ujmujący temat, któremu bardzo blisko do analogicznej melodii, jaka powstała na potrzeby piątej odsłony Terminatora. Nie oszukujmy się, liryka w tej oprawie muzycznej tworzona była na słowo honoru – tak samo, jak aranżacje kultowego motywu Kenji Kawai z oryginalnego Ghost in the Stell. Cała ilustracja jest więc umiejętnie przeprowadzoną fuzją elementów twórczości Balfe z fragmentami koncepcji, jakie pierwotnie wprowadził Mansell do kinowego GitS. Czy wpływa to w znaczącym stopniu na odbiór całości?

Podsumuję to w sposób następujący: Jeżeli postrzegamy muzykę filmową przez pryzmat kreatywności ich twórców, to praca Lorne Balfe nie jest warta nawet funta kłaków. Jeżeli jednak zamkniemy tę furtkę i skupimy się na funkcjonalności oraz pracującej w tle magii atmosferycznego grania, skłaniającej do poszukiwania indywidualnego kontaktu z taką oprawą, to trzeba przyznać, że zarówno Balfe, jak i Mansell dopięli tu swego. Stworzyli muzykę, bez której film Sandersa byłby uboższy na pewno o jakąś cząstkę szeroko pojętego klimatu. I szkoda, że jako miłośnik muzyki filmowej i szary popcornożerca nie mogę skonfrontować tego doświadczenia z indywidualnym odsłuchem ścieżki dźwiękowej w domowym zaciszu. Zakradający się tylnymi drzwiami Balfe ze swoją porcją precjozów jest tylko połowicznym rozwiązaniem tego problemu. Z kolekcjonerskiego punktu widzenia nawet żadnym. Pozostaje więc tylko żałować, że zwykły konsument jest w całym tym wielkim biznesie stawiany na szarym końcu.



Wszystkich utworów skomponowanych przez Lorne Balfe można za darmo posłuchać na jego oficjalnym kanale Youtube.

Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Shelling (4:35)
  • 2. Shelling (Alternate) (5:08)
  • 3. Major On Site (1:16)
  • 4. Hanka Robotics (1:15)
  • 5. Glitch (1:24)
  • 6. Deep Dive (1:51)
  • 7. Lost (2:07)
  • 8. Street Gun Fight (1:02)
  • 9. Skinny Man Chase (1:13)
  • 10. My Mind Is Human (2:05)
  • 11. Arrested (1:47)
  • 12. Confined (2:13)
  • 13. What's Your Name (1:47)
  • 14. Ambush (2:21)
  • 15. Tank Battle (3:38)
  • 16. I Give My Consent (4:20)
  • 17. Motoko (2:06)
  • 18. Reborn (1:53)
  • 19. Major Motoko (2:29)
Czas trwania: 44:52
Komentarze
Koper 2017-09-30
22:29
Film też miał jakiś special release że ocena za muzę w filmie 4? :P Bo w zwykłej wersji to 3 to max i to naciągane.
Tomasz Goska 2017-09-30
22:52
Nie wiem jak na kopiach cyfrowych, ale w kinie muza robiła świetną robotę. :)
Mystery 2017-10-01
18:30
Tapetka i jednorazówka, że też miał być Mansell...
ZawiszaTheBlack 2017-10-01
18:56
Dla mnie większość utworów z filmu ma rację bytu poza filmem i z przyjemnością ich słucham w domowym zaciszu. Nigdy nie przejmowałem się oryginalnością danej ścieżki dźwiękowej czy w ogóle muzyki - albo coś mi się podoba, albo nie i tyle. Co do Mansella, to czytałem, że jego muzyka nie przypadła do gustu ludziom na zamkniętych pokazach, a zwłaszcza scena otwierająca film i dlatego usunięto jej lwią część. Mansell do sceny zwanej przez fanów "shelling sequence" postanowił stworzyć coś zupełnie nowego, co w żaden sposób nie będzie nawiązywało do "Making of Cyborg" Kenjiego Kawai. Utwór ponoć w większości opierał się na syntezatorach i to nie przypadło widzom do gustu (info od osoby, która była na takim pokazie). Balfe postanowił naprawić ten błąd i tak oto mamy "Shelling", które na seansie kinowym wywołało u mnie łzy wzruszenia.

Ghost in the Shell (2017 Promotional Release)

Kompozytor:

  • Lorne Balfe

Muzyka dodatkowa:

  • Max Aruj
  • Steffen Thum

Wydawca:

  • Promo (2017)

Producent:

  • Lorne Balfe

R E K L A M A







NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl

 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2017 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie