Szukaj: w


recenzje

Duel in the Sun (Pojedynek w słońcu)



Kiedy równo rok temu rozpoczynałem kilkumiesięczną podróż po klasykach muzyki filmowej, sądziłem że o czasach Złotej Ery w Hollywood wiem całkiem sporo. Guzik prawda. Dziesiątki historii poznawanych przy okazji zagłębiania się w proces powstawania poszczególnych partytur dały do zrozumienia, że lekko nie było. Już na wczesnym etapie rozwijania kinematografii, została ona brutalnie wyrwana z artystycznych korzeni, stając się narzędziem w walce o kolejne miliony. Konkurencja rosła z roku na rok, ale wśród dziesiątków mniej lub bardziej charyzmatycznych postaci, szczególnie wartą uwagi wydaje się David O. Selznick. Czemu o nim mówię? Wyobraźcie sobie, że większość absolutnych klasyków lat 30. i 40. łączy postać charyzmatycznego producenta, którego starania powołały do życia Rajskiego ptaka, King Konga, Przeminęło z wiatrem, czy Rebekę. Lata pracy Selznicka dla RKO były bardzo produktywne, ale i późniejszy okres, kiedy działając na własną rękę pod szyldem Vanguard Films, Inc., ustawicznie dawał o sobie znać intrygującymi produkcjami. Jedną z nich był Pojedynek w słońcu (Duel in the Sun).

Początki powstawania tego melodramatu były trudne. Z zamiarem adaptacji bestsellerowej powieści Nivena Buscha nosiła się bowiem wytwórnia RKO, widząc w roli głównej Johna Wayne’a. Ostatecznie prawa autorskie trafiły w ręce Selznicka, który postanowił sięgnąć po mało znanego wówczas Gregory’ego Pecka oraz Jennifer Jones. I tutaj zaczęły się piętrzyć problemy. Selznick niezadowolony z pracy stojącego za kamerą Kinga Vidora, co rusz zarządzał dokrętki, uciekając się również do angażowania ludzi z zewnątrz do pracy za plecami Vidora. Atmosfera w kuluarach była podła, ale po wielu trudach udało się zamknąć cały projekt, wypuszczając Pojedynek w słońcu pod koniec grudnia 1946 roku. Sześciomilionowy budżet został zwrócony prawie dwudziestomilionowym przychodem z samych Stanów Zjednoczonych. Krytyka nie pozostawiała jednak na dziele Selznicka suchej nitki. Obok leniwej narracji punktowano między innymi obsceniczność niektórych ujęć z Jones w roli głównej. Zresztą słynna stała się później afera seksualna, której bohaterami była rzeczona aktorka i znany producent.

Litania kontrowersji uwzględniała również historie związane z powstawaniem muzyki do tego filmu. Selznick wpadł bowiem na szalony pomysł, aby zorganizować wśród znanych mu kompozytorów swoistego rodzaju casting. Do TOPowych wówczas kompozytorów wysłał prośbę o skonstruowanie oprawy muzycznej do wybranej sceny, za którą mieliby dostać regularną, dwutygodniową pensję. Zwycięzca miał otrzymać angaż na cały projekt. Miklos Rozsa uznał to za obrazę i oznajmił, że od tej pory nie zamierza mieć z tym producentem nic do czynienia. Odważny pomysł ostatecznie upadł, a angaż powędrował na ręce Dymitra Tiomkina, który również niezbyt przyjemnie wspominał tę filmową przygodę. Słynne były wręcz opowieści o licznych wezwaniach do biura Selznicka, po których kompozytor wychodził w fatalnym humorze. Ciągłe utarczki doprowadziły do porządnej awantury, z której Tiomkin wyszedł zwycięski. No prawie, ponieważ sporo forsowanych przez Selznicka pomysłów ostatecznie trafiło na karty finalnej wersji partytury. A warto podkreślić, że zachowane zapiski nutowe, to istny bajzel mówiący aż nadto o chaosie panującym w procesie postprodukcji. Partytury spoczywające w archiwach studia, czy innych instytucji nijak mają się do filmowej wersji, ponieważ sporo poprawek nanoszono również podczas sesji nagraniowych. Na takowych zarejestrowano łącznie dwa razy więcej muzyki aniżeli sugerował czas trwania filmu.

Mimo tego, żaden z tych utworów nie trafił na album soundtrackowy, wydany na winylu przez RCA. Pomysł promowania Pojedynku za pomocą muzyki zrodził się w głowie Selznicka jeszcze na długo zanim zwerbował Tiomkina do stworzenia oryginalnej ilustracji. Zatrudnił on wówczas Allie Wrubel do stworzenia chwytliwej piosenki Gotta Get Me Somebody To Love, która przez wiele miesięcy brylowała na listach przebojów – a wszystko to jeszcze przed premierą obrazu. Zarówno ten kawałek, jak i utwory Tiomkina wykonane przez Boston Pops Orchestra znalazły się na półgodzinnym LP. Dosyć pionierskim jeżeli weźmiemy pod uwagę dopiero raczkującą ideę konstruowania i publikowania soundtracków. Pomijając okolicznościowo nagrywane i wykonywane suity tematyczne oraz reedycje wspomnianego wyżej winylu, to przez całe dekady praktycznie nic się nie działo pod względem wydawniczym Pojedynku. Trzeba było czekać ponad 70 lat, aby pomysł resuscytacji tej kultowej partytury trafił na podatny grunt. Zadania tego podjął się pasjonat klasyków muzyki filmowej, James Fitzpatrick, który wraz ze sprawdzoną ekipą praskich filharmoników przystąpił do prac. Zadanie nie było łatwe. Pomijając ograniczoną dostępność do oryginalnych zapisów nutowych, największych trudności dostarczał fakt wielkiego zróżnicowania w zakresie treści poszczególnych kopii. Zweryfikowanie „jedynie słusznej” i ostatecznej wersji graniczyło wręcz z cudem, więc posłużono się tutaj kluczem estetycznym. Fitzpatrick postawił na wyeksponowanie pierwotnej, całościowej wizji ścieżki dźwiękowej nakreślonej przez Tiomkina na początkowym etapie prac. Idee te wzbogacono o niezbędne zmiany, mające na celu poprawę walorów odsłuchowych. Rekonstruowana partytura nie jest więc do końca ani filmową, ani koncepcyjną wersją ścieżki dźwiękowej. Czymś pośrednim, co miałoby zapewnić odbiorcy komfort odbioru. Czy udało się osiągnąć te zamierzenia?

Pod wieloma względami jak najbardziej. Muzyka zawarta na dwóch krążkach wydanych nakładem Prometheus Records / Tadlow Music zdaje się płynąć nurtem zwartej narracji, unikając jak ognia wszelkiej maści kilkunastosekundowych wstawek znanych z filmu. Chronologiczny układ treści również daje poczucie przynależności do określonych wątków, choć na albumie znajdziemy jej więcej aniżeli ostatecznie wybrzmiało w obrazie Selznicka. Niespełna dwugodzinny czas prezentacji to jednak za dużo dla przypadkowego odbiorcy – dla słuchacza tylko przygodnie sięgającego po klasykę muzyki filmowej okresu Złotej Ery. Specyficzny, sceniczny sposób interpretowania filmowej rzeczywistości tworzy barierę, którą nie każdy będzie w stanie przeskoczyć. Wrażenia te potęgować może warstwa tematyczna częściowo ukierunkowana na utylizację doskonale znanych nam melodii. Ale po kolei…


Chcąc zrozumieć efekt końcowy jakim jest oprawa muzyczna do Pojedynku w słońcu warto cofnąć się o dwie dekady i przypomnieć sobie pierwociny warsztatu Dymitra Tiomkina. Mimo gruntownego, rosyjskiego wykształcenia muzycznego, kompozytor nie przemawiał tylko i wyłącznie baletowo-scenicznymi formami komunikowania się z odbiorcą. Lata spędzone w Stanach Zjednoczonych bardzo zbliżyły go do tego, czym operował w filmie Max Steiner. Różnica między nimi polegała na tym, że Tiomkin bardzo dużą wagę przywiązywał do struktury i strony technicznej swojej muzyki, podczas gdy dla Steinera liczyło się głównie odczytywanie emocji. Rozpoczynał swoją pracę już na etapie scenariusza, tworząc wstępne szkice tematyczne. Dopiero później odwiedzał plan, aby wsłuchać się w tembr głosu aktorów. Było mu to potrzebne do optymalnego doboru symfonicznych barw. Więc tak jak Horner, Tiomkin postrzegał film jako swoistego rodzaju pejzaż, na który powinno się nakładać odpowiednie odcienie dźwięków. To one kreować miały ton i warstwę emocjonalną dzieła, czego nie sposób nie odnotować wsłuchując się w zrekonstruowany Pojedynek. Muzyka Rosjanina mieni się ogromną ilością muzycznych barw, które miotają odbiorcę od sielankowej wręcz beztroski, poprzez romantyczną atmosferę, podniosły patos, a na chwilach grozy skończywszy. Muzyka jest praktycznie nieodłącznym elementem pierwszego i ostatniego aktu filmu. Jedynie odarte z emocjonalnego wydźwięku dialogi pozostawiane są tutaj bez muzycznego komentarza. Można by powiedzieć, że standardowo w przypadku ilustracji tworzonych w czasach Złotej Ery. Mimo tego, w przeciwieństwie do wielu kolegów z branży, Tiomkin w centrum uwagi stawiał tematykę, obudowując wokół niej całą narrację. Nie byle jaką tematykę, tylko taką, z którą widz pozostawał jeszcze na długo po seansie. I nie inaczej było w przypadku Pojedynku, który przez wielu uważany jest za jedno z wybitniejszych dzieł muzyki filmowej.

Trzeba mieć sporo pokory i samozaparcia, aby do materiału tu opisywanego przypiąć łatkę dobrego słuchowiska. Czas trwania jednak robi swoje. Żadnych wątpliwości nie pozostawia natomiast wykonanie, bo Nic Raine i The City of Prague Philharmonic Orchestra po raz kolejny stanęli na wysokości zadania. Ponad 90-osobowy skład doskonale poradził sobie z szalenie trudnymi orkiestracjami, a unikatowy miks stylizujący sposób, w jaki nagrywało się w latach 40. stworzył idealne warunki do wniknięcia w melodyczno-aranżacyjne akrany tego klasyka.

Ogromne wrażenie robi skonstruowane z rozmachem preludium i uwertura, ale im dalej w las… Tym więcej smyczkowej dramaturgii zbaczającej w kierunku tak lubianych przez Tiomkina baletowych form. Odraczają one co prawda w czasie kolejną porcję chwytliwych momentów, ale związany z tym żal rekompensuje bogactwo orkiestracyjne, ukazujące w detalach jak wielką wyobraźnię miał twórca tej partytury. Ale nawet i w tej konfiguracji stylowego, lirycznego grania, Tiomkin nie pozostawia nas na pastwę losu piskliwych instrumentów. Całość spinana jest dwoma charakterystycznymi motywami przypisanymi Jesse i Lewtowi – braciom rywalizującym o piękną Pearl. Pierwszy, dosyć prosty w konstrukcji, o lekko patetycznym wydźwięku, to pozostałość po analogicznym temacie stworzonym na potrzeby Obywatela Johna Doe. Natomiast melodia Lewta okraszona jest bardziej swobodniejszą instrumentacją, często odwołującą się do „zawadiackiego” saksofonu. Co ciekawe, stojąca w centrum wydarzeń Pearl nie otrzymuje od Tiomkina żadnego motywu, będąc tylko narzędziem w ścieraniu się ze sobą tych dwóch wyżej wspomnianych. Ciężko zrozumieć drogę, jaką obrał tu kompozytor, ale po części racjonalizować może to sama końcówka filmu, kiedy pojawia się osobna figura eksponująca dramat kochanków.

Odskocznią od tego dramatycznego, nierzadko ujmującego grania, jest muzyka przypisana miejscom toczącej się akcji i drugoplanowym bohaterom. Najbardziej charakterystyczna wydaje się iście coplandowska, patetyczna fanfara skojarzona nie tyle z senatorem Tiltem McCalnes, co jego rozległymi posiadłościami Spanish Bit. Dzielona na dwie części melodia rozpoczyna się majestatycznym wstępem, by chwilę później puścić uwolnić całą gamę dźwiękowych kolorów. Jakby przedłużeniem tego coplandowskiego sposobu interpretowania amerykańskich osadników jest melodia „Beautiful Dreamer”, która w Pojedynku pełni funkcję tematu Laury Belle McClanes. Żona Tilta jest spoiwem łączącym Pearl z bogactwem i przepychem Spanish Bit, dlatego też senny, idylliczny wręcz wydźwięk tego tematu wydaje się dosyć sztampowym rozwiązaniem. Pamiętajmy jednak, że zaaranżowanie konkretnie tej melodii było życzeniem samego Selznicka. Tiomkin nie miał więc okazji aby się wykazać na tym polu.

Wykazał się natomiast dbając o wszelkie detale orkiestracyjne i estetyczne. W przeciwieństwie bowiem do ścieżek dźwiękowych Maxa Steinera, partytury Tiomkina świetnie radzą sobie poza wizualnym kontekstem. Przysługują się temu nie tylko chwytliwe melodie, licznie angażowane do treści przygrywki o charakterze ludowym, walczyki i podniosłe marsze wyrywające nas z ciasnych objęć hiperdramaturgii. Oczywiście nie zabraknie i tutaj piskliwych smyczków, zabiegów dźwiękonaśladowczych, czy też wspomnianych wyżej uproszczeń tematycznych. Przyswajalności nie ułatwia monstrualny czas trwania całości. Niemniej jednak trudno Pojedynek w słońcu nazwać kolejną, typową dla epoki w której powstała, ścianą dźwięku. Partytura Dymitra Tiomkina to po prostu uczta dla uszu wszystkich tych, którzy w muzyce filmowej szukają czegoś więcej poza nienagannym słuchowiskiem wspartym klarowną melodyką i odpowiednim zapleczem wykonawczym. Trudno stawiać tę pracę na równi z wielkimi klasykami w dorobku Tiomkina, ot chociażby takimi, jak Upadek Cesarstwa Rzymskiego, Alamo, czy Rio Bravo. Nie wytrzymuje ona takich porównań, przede wszystkim ze względu na objętość, intensywność, wybitność tematów i czas poświęcony na realizację. Ogniwem łączącym tę ilustrację z „rasowymi” evergreenami Tiomkina jest mocarna końcówka eksponująca cały potencjał twórczy tego artysty. Zagęszczenie faktury przy jednoczesnym wzroście dynamiki daje w efekcie szalenie atrakcyjny finał. Tylko żeby do niego dotrwać trzeba się przeprawić przez całe połacie mniej absorbującego materiału. Moim zdaniem warto, szczególnie, że na końcu czeka nas pięknie rozpisana suita koncertowa.


Na koniec warto pokreślić jeszcze jedną kwestię. Pojedynek w południe można nazwać niejako przełomową partyturą w twórczości Tiomkina. Była bowiem jednym z pierwszych westernów, jakie wziął na siebie ten kompozytor. Dało to cenne doświadczenie przy tworzeniu takich ścieżek, jak Rzeka Czerwona czy W samo południe. Ot taka klasyka na pół gwizdka, do której warto od czasu do czasu powracać.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
CD 1 (53:38):
  • 1. Prelude (9:37)
  • 2. Overture (2:15)
  • 3. Selznick Logo / Main Title / Legend (2:35)
  • 4. El Balero (0:50)
  • 5. Casino Dance (4:10)
  • 6. Pearl’s Humiliation / Border Town Jail (5:26)
  • 7. Stage Arrival / The Buggy Ride (2:44)
  • 8. Arrival at Spanish Bit / Beautiful Dreamer / Laura Belle’s Room / Beautiful Dreamer / Minnehaha (5:21)
  • 9. Smoke Rings (3:01)
  • 10. Horse Tricks / The Runaway / The Ride Back (4:56)
  • 11. Round Up (0:58)
  • 12. The Sump (3:03)
  • 13. Sid’s Message / Riding Cavalcade (1:32)
  • 14. Cavalry to the Rescue (2:53)
  • 15. Returning Cavalcade / Jess’ Discovery / Pearl’s Transition (4:10)
CD 2 (57:11):
  • 1. Sump Fever (2:15)
  • 2. Cowboy’s Dream (1:35)
  • 3. Frolicking Colts / Sam’s Proposal (4:07)
  • 4. Jesse and Helen (1:28)
  • 5. Sam’s Burial / Hilltop Rendezvous (2:51)
  • 6. A Risky Visit / Sheriff Visits Laura Belle / Sheriff’s Close Shave (5:42)
  • 7. Mrs. McCanles’ Death (3:29)
  • 8. Laura Belle’s Letter / Grand Hotel /The Lonely Senator (7:12)
  • 9. Helen Meets Pearl (2:36)
  • 10. Trek to the Sun / Squaw’s Head Rock (2:34)
  • 11. Duel and Transfiguration / Love Is Eternal / Finale (7:29)
  • 12. Exit Music (3:20)
  • 13. Duel in the Sun – Concert Suite (12:26)
Czas trwania: 110: 49
Komentarze

Duel in the Sun (Pojedynek w słońcu)

Kompozytor:

  • Dimitri Tiomkin

Dyrygent:

  • Nic Raine

Orkiestrator:

  • Patrick Russ

Soliści:

  • Pavel Dreser (akordeon)
  • Steve Lockwood (harmonijka)
  • Ales Hustoles (klarnet i saksofon)

Wykonawcy:

  • The City of Prague Philharmonic Orchestraand Chorus

Wydawca:

  • Prometheus / Tadlow (2017)

Producent:

  • James Fitzpatrick

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl

 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2017 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie