Szukaj: w


recenzje

Kong: Skull Island (Kong: Wyspa Czaszki)



MonsterVerse.
Brzmi strasznie... Raczej groteskowo, ale niestety teraz każdy większy gracz filmowy w Fabryce Snów pragnie wypromować własne, rozbudowane uniwersum filmowe. Ekranizacje komiksów najwyraźniej nie wystarczyły do budowania stabilnej sytuacji finansowej studia Warner Bros., bo postanowiono sięgnąć po kolejny oręż – ikoniczne stwory, które od dziesięcioleci budziły grozę wśród amerykańskiej i japońskiej widowni. Zaczęło się niewinnie – od kolejnej inkarnacji Godzili, ale decydenci szybko nabrali wiatru w żagle, wprowadzając kolejnego bohatera –Konga. W przeciwieństwie jednak do „mhrrrocznego” filmu Garetha Edwardsa, tym razem postawiono na soczystą rozrywkę.

Monstrualny budżet superprodukcji Kong: Wyspa Czaski daje się odczuć w każdym kadrze. Ten wizualny majstersztyk, poza olbrzymią porcją popcornowej akcji, serwuje również sporą dawkę lekkiego humoru i wiadomej grozy. Wszak akcja przenosi się na słynną Wyspę Czaszki – ostatniego niezbadanego jeszcze przez człowieka miejsca na Ziemi. I choć twórcy usilnie starają się nawiązywać do tradycji, co rusz wyciągając pewne smaczki z klasyka lat 30., to nie liczmy na to, że dzieło Jordana Vogt-Robertsa będzie się starało dotrzymać mu kroku. W kwestii fabularnej, Kong również nie przedstawia się jakkolwiek spektakularnie. Oto bowiem mamy grupkę naukowców, którzy przy wsparciu wojska wyruszają na ekspedycję badawczą. Już od pierwszych minut wiadomo, jak to się wszystko skończy. Wiadomo również, że wśród dołączonych do ekipy wojaków, znajdzie się jeden na tyle ambitny, by postawić bezpieczeństwo wszystkich ludzi na szali swoich chorych ideałów. Nie brakuje również pięknej kobiety, dla której tytułowa małpa wskoczyłaby w ogień. Ale w tym przeładowanym CGI przedsięwzięciu, to właśnie Kong wydaje się najbardziej realną postacią zdolną najszybciej rozpalić w widzu sympatię. Szkoda tylko, że o samej produkcji zapomina się tak szybko, jak szybko wychodzi się z sali kinowej. Dwugodzinna rozrywka nie bierze tu zakładników i nie rozpala chęci na mierzenie się z kolejnymi odsłonami. A to kiepski prognostyk dla kolejnych odsłon tzw. MonsterVerse.

Niezbyt dobrze wróżyła również informacja o angażu Henry’ego Jackmana na stanowisko kompozytora. Środowisko miłośników muzyki filmowej, mówiąc delikatnie, dalekie było od optymizmu. Zbiegało się to z wielkim zawodem, jaki sprawił sequel Jacka Reachera w jego wykonaniu. Ponadto ogólna świadomość, że seria wywodząca się z klasyki kina powędruje na ręce szeregowego rzemieślnika Remote Control Productions nie dawała wielkich nadziei na finezyjną strukturę partytury, tematyczny geniusz oraz tradycyjne wykonanie. A fakt, że już w założeniach miał to być film ukierunkowany na rozrywkę, budził słuszne obawy o sprowadzenie całego zaplecza muzycznego do sztandarowych zestawów ostinat, rytmicznych perkusjonaliów i akcentujących to wszystko fraz, potocznie zwanych „horns of doom”. Wszystko to znalazło swoje odzwierciedlenie w finalnym produkcie, jakim była ścieżka dźwiękowa. Ale na pewno nie w takim stopniu i intensywności, w jakiej się tego spodziewano.


Jeżeli jest jakaś płaszczyzna w tej oprawie muzycznej, która może budzić zdziwienie, to właśnie intensywność. Wydawać by się mogło, że lekki, niezobowiązujący ton produkcji wyzwoli w kompozytorze chęć wysunięcia się na front. Że spróbuje sprzedać nam kilka może niezbyt wydumanych, ale chwytliwych melodii. I tak też się dzieje, ale tylko w wybranych scenach – w momentach kiedy kamera pokazuje piękno tego zakazanego świata. Kiedy jednak atmosfera zaczyna się zagęszczać, a akcja nabiera tempa, ścieżka dźwiękowa momentalnie odsuwa się w cień, ograniczając swoją rolę do stricte funkcjonalnego, motoryczno-melodycznego zestawu. Zresztą ilustracja muzyczna dosyć często rewidowana jest przez wykorzystane w filmie piosenki – szczególnie w pierwszym jego akcie. Reżyser zbyt honorowo potraktował czas i miejsce toczącej się akcji, próbując stworzyć analogiczny miszmasz, jaki trzy dekady temu świetnie sprawdził się w filmie wojennym Czas apokalipsy. I takie same pobudki kierowały autorem oryginalnej oprawy muzycznej, który specjalnie przez wzgląd na epokę w jakiej osadzona została fabuła, rozszerzył swój aparat wykonawczy o psychodeliczne dźwięki gitarowe. Jak nie trudno się domyślić, zostały one skojarzone z popadającym w obłęd pułkownikiem Packardem. I choć na ekranie prezentuje się to całkiem interesująco, to już w oderwaniu od filmowej rzeczywistości budzi pewne obiekcje, przede wszystkim natury estetycznej. Kiedy do rzeczonego zestawu dorzucimy jeszcze gitarowy fuzz oraz solidną porcję perkusyjnych sampli siejących spustoszenie w niektórych scenach akcji, wtedy cała ideologiczna otoczka epokowych stylizacji bierze w łeb.

Nie inaczej jest w kwestii tematycznej, która tylko symbolicznie zarzuca pomost między klasyką, a współczesnością. To właśnie paleta tematyczna wydaje się przysłowiową piętą achillesową partytury Jackmana. I nie chodzi bynajmniej o ilość proponowanych melodii, bo na tle poprzedniego filmu MonsterVerse, Kong prezentuje się całkiem okazale. Głównym zarzutem kierowanym w stronę kompozytora jest brak wyraźnej kontekstowości struktury tematycznej. Idealnym przykładem jest patetyczną fanfara, jak żyw przypominająca analogiczny fragment z Man of Steel. W jednej chwili kojarzony jest z heroizmem członków ekspedycji, by po kilku minutach dać sobie przypiąć łatkę ornamentu pięknych ujęć miejsca toczącej się akcji. Podobnych problemów dostarcza temat przypisany tytułowej małpie. Co prawda kompozytor dokonuje tutaj umownych stylizacji na steinerowski klasyk – tak w konstrukcji (rozbudowany, wielonutowy) jak i na samej płaszczyźnie dramaturgicznej. Pomijam fakt, że tej melodii bliżej do melodramatu aniżeli grozy i powagi należnej gatunkowi monster movie. Najbardziej zastanawiającym jest totalny brak rozgraniczenia sfery melodycznej między tytułowego bohatera, a czyhających na niego drapieżców. Tak sformułowany przekaz muzyczny nie ma prawa identyfikować się z konkretnymi postaciami, bohaterami i miejscami toczącej się akcji. Jest po prostu pasywnym tłem wypełniającym przestrzeń w sposób umowny – jak najbardziej zgodny z podręcznikami hollywoodzkiego mainstreamu i takowoż obchodzący się z kwestią narracji. Umownie dawkowana etnika oraz militarystyczne fragmenty żywcem wyjęte z Wojny bohaterów są tylko potwierdzeniem braku pomysłu na tę ilustrację muzyczną.

Ale nawet i tak mało inspirujący twór ma swoje mocniejsze momenty. Warto ich szukać w pierwszych aktach filmowej przygody. Liczne sceny ukazujące majestat i grozę Wyspy Czaszki całkiem schludnie potraktowane zostały wspomnianym wcześniej, heroicznym motywem. I to właśnie one pozostaną w pamięci widza po opuszczeniu sali kinowej. Nie fragmenty akcji, które nie dość, że brzmią dosyć anonimowo, to na dodatek giną w natłoku efektów dźwiękowych. I jak w takiej konfiguracji wzbudzić w sobie chęć sięgnięcia po album soundtrackowy?

Gdyby nie fakt, że miałem już styczność z soundtrackiem od WaterTower Music jeszcze na długo przed premierą filmu, prawdopodobnie nie zawracałbym sobie nim głowy po seansie. Tym bardziej, że na naszym rynku nie jest on w żaden sposób dostępny. Może to i dobrze, bo niespełna godzinne słuchowisko jest mało inspirującym doświadczeniem muzycznym. Po jego zakończeniu pozostaje tylko konsternacja wywołana licznymi zapożyczeniami oraz niemrawą paletą tematyczną, niezdolną wzbudzić w odbiorcy chociażby cień zainteresowania. Co prawda kolejne odsłuchy, a przede wszystkim kontekst filmowy, rzucają odrobinę światła na stronę koncepcyjną partytury, ale nie rozgrzeszają jej z licznych przewinień względem potężnej spuścizny muzycznej i tradycji stojącej za tytułowym bohaterem. Mamy więc pewnego rodzaju paralele w wymowie filmu Vogt-Robertsa i samej ścieżki dźwiękowej. Oba twory ocierają się o solidną, ale tanią rozrywkę i o obu zapomnimy błyskawicznie. Smutne to, ale podobny los czekać może kolejne produkcje MonsterVerse, o tyle, o ile zapleczem muzycznym Warner Bros. w dalszym ciągu będzie Remote Control Productions.


Inne recenzje z serii:
  • Godzilla

    Autor recenzji:  Tomek Goska
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    • 1. South Pacific (0:35)
    • 2. The Beach (1:27)
    • 3. Project Monarch (2:02)
    • 4. Packard’s Blues (1:14)
    • 5. Assembling the Team (1:48)
    • 6. Into the Storm (2:44)
    • 7. The Island (1:16)
    • 8. Kong the Destroyer (3:43)
    • 9. Monsters Exist (2:27)
    • 10. Spider Attack (1:39)
    • 11. Dominant Species (2:00)
    • 12. The Temple (5:47)
    • 13. Grey Fox (2:33)
    • 14. Kong the Protector (1:49)
    • 15. Marlow’s Farewell (2:37)
    • 16. Lost (1:27)
    • 17. The Boneyard (1:52)
    • 18. Ambushed (2:21)
    • 19. The Heart of Kong (2:11)
    • 20. Man vs. Beast (2:31)
    • 21. Creature from the Deep (2:44)
    • 22. The Battle of Skull Island (5:46)
    • 23. King Kong (2:42)
    • 24. Monster Mash (Bonus Track) (1:27)
    Czas trwania: 56:42
    Komentarze
    Roman 2017-03-15
    13:00
    Jak długo te lamy z RCP będą zatrudniani przez tych głuchoniemych producentów? Dawać Arnolda do takich filmów! I nie ważne czy się już skończył, czy zacząl i czy jest już na emeryturze. Przynajmniej chłop umie tworzyć melodie i action score. I na pewno lepiej się tego słucha, niż Zimmerowskie walenie w gary.
    Adam Krysiński 2017-03-15
    13:21
    No more Remote Control shit composers!
    Mystery 2017-03-16
    17:13
    Jak zwykle, nic tylko się podpisać, score straconej szansy.
    Wawrzyniec 2017-03-21
    20:50
    Coś tam niby w poszczególnych fragmentach było, ale w sumie to nic z tej muzyki nie pamiętam. Trochę szkoda, że King Kong, który zarówno muzycznie i filmowo jednak zawsze był wielkim wydarzeniem i produkcje były czymś, tym razem stał się takim McFilmem i McScorem. :/
    Zibi 2017-05-18
    19:21
    Niestety słabiutko, oj słabiutko... Tylko momentami jest nieźle. 2,5 i nic więcej mimo całego szacunku do wielkiej małpy ;)

  • Kong: Skull Island (Kong: Wyspa Czaszki)

    Kompozytor:

    • Henry Jackman

    Muzyka dodatkowa:

    • Alex Belcher
    • Halli Cauthery
    • Stephen Hilton

    Dyrygent:

    • Gavin Greenaway
    • Ben Parry

    Orkiestrator:

    • Stephen Coleman
    • Andrew Kinney
    • Gernot Wolfgang
    • Jonathan Beard
    • Henri Wilkinson
    • Edward Trybek

    Soliści:

    • Tori Letzler (wokal)
    • Pedro Eustache (flet)
    • Alex Belcher (gitary)
    • Bob Dolman (harmonijka)

    Wykonawcy:

    • London Voices

    Wydawca:

    • WaterTower Music (2017)

    Producent:

    • Henry Jackman

    R E K L A M A







    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl

     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2017 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie