Szukaj: w


recenzje

Cure For Wellness, a (Lekarstwo na życie)



Gore Verbinski – to nazwisko jeszcze kilka lat temu budziło respekt w branży filmowej. Twórca tak dochodowych i świetnych widowisk, jak Piraci z Karaibów, czy Krąg, w pewnym momencie zaczął powoli rozmieniać się na drobne. Pompując w wydumane projekty setki milionów $, szybko odpłynął w zbytnim przywiązaniu do sfery wizualnej. Ot paradoks, ponieważ przez te wszystkie lata właśnie sfera wizualna i sposób prowadzenia narracji stały się najmocniejszymi stronami jego warsztatu. I nie da się tego nie zauważyć oglądając najnowszy film Verbinskiego - Lekarstwo na życie (A Cure For Wellness). Historia Lockharta, młodego rekina finansowego, który wyrusza w podróż do alpejskiego sanatorium w celu odnalezienia CEO swojej firmy, była tylko wymówką do rzucenia widza w objęcia niezwykle klimatycznych zdjęć i świetnie asystującego im montażu. Obrazki idyllicznego życia pacjentów położonego w malowniczej scenerii ośrodka, mieszają się utaj z nutką grozy, jaka kryje się za tą fasadą błogostanu. A prawda kryjąca się za tytułowym lekarstwem jest tak oczywista, że szkoda się o tym szerzej wypowiadać. Nie znaczy to, że czas spędzony przy widowisku Verbinskiego jest czasem zmarnowanym. Sam obraz potrafi urzec swoim klimatem i sprawnym przemieszczaniem się między wątkami, ale monstrualny czas trwania zapewne w niejednym odbiorcy wzbudzi poczucie znużenia. Niektóre puste w treści sceny można było sobie spokojnie darować. I jakby się uprzeć, to równie dobrze można było sobie darować wycieczkę do kina, bo film Verbinskiego absolutnie nic nowego mi nie objawił. Zresztą statystyki box office dobitnie pokazują, że widownia znudzona jest takimi schematycznymi fabułami. Szkoda, bo wiele płaszczyzn tego przedsięwzięcia zasługiwać może na uwagę nie tylko wymagających koneserów.

Jednym z elementów filmowego Lekarstwa, który zwraca na siebie uwagę w sposób szczególny, jest ścieżka dźwiękowa w wykonaniu Benjamina Wallfischa. Jego angaż był dla miłośników muzyki filmowej sporym zaskoczeniem, ponieważ Verbinski od lat współpracował z Hansem Zimmerem. Ostatecznie zlecenie powędrowało na ręce Wallfischa, który w machinie produkcyjnej RCP był jak do tej pory mało znaczącym trybikiem. Czy Lekarstwo na życie ma potencjał permanentnie zmienić ten stan rzeczy? W świetle finansowej klapy filmu Verbinskiego nie spodziewałbym się wielkiego zainteresowania ze strony rekinów branżowych, choć sam kompozytor i reżyser całkiem dobrze wspominać będą proces współpracy. Rozpoczął się on jeszcze na rok przez premierą filmu, kiedy Wallfisch zobligowany został do stworzenia walczyka mającego posłużyć za materiał źródłowy do sceny balu. Przy okazji skonstruowany został wstępny szkic tematyczny, odwołujący się do dwóch kluczowych postaci całej historii – Hannah oraz Volmera. Reszta była tylko formalnością…

Przyznam, że ścieżka Wallfischa zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Po sztandarowym rzemieślniku okupującym najniższe szczeble RCP nie spodziewałem się tak klarownej i świetnie działającej w obrazie ilustracji. Ilustracji co prawda czerpiącej pełnymi garściami z ikonicznych prac gatunku, ale z drugiej strony potrafiącej stworzyć swoją własną formułę na płynną narrację. Motorem napędzającym te chwile zachwytu są wspomniane wcześniej dwa tematy, które idealnie wpisują się w tajemniczy charakter uzdrowiska – całe jego ideologiczne zaplecze oraz historyczne brzemię, które na pewnym etapie zaczyna dawać o sobie znać. Charakterystyczna „kołysanka” przypisana do intrygującej postaci, Hannah, jest z jednej strony odwołaniem do wielkiego klasyka Krzysztofa Komedy skonstruowanego do filmu Romana Polańskiego, a z drugiej nie sposób nie zauważyć tu pewnych warsztatowych koneksji ze współczesnym mistrzem kina grozy – Christopherem Youngiem. Te subtelne smaczki są tylko odskocznią od rdzennego warsztatu brytyjskiego kompozytora. Warsztatu tak głęboko zanurzonego w zimmerowskim sposobie ilustracji. Lekarstwo na życie nie ogranicza się bynajmniej do dzielenia przestrzeni pomiędzy te dwa muzyczne światy. Do tego dochodzą również eksperymenty z szeroko pojętą elektroniką i sonoryką rozszerzającą zakres form muzycznego wyrazu. Kończąc przygodę z filmem można więc odnieść wrażenie, że Benjamin Wallfisch niejako ożywił ten odmierzony od linijki, wizualny majstersztyk. Ale czy na tyle skutecznie, aby zaszczepić w odbiorcy chęć sięgnięcia po album sondtrackowy?


Mnie przekonało. Od razu po seansie sięgnąłem po wydany przez Milan Records krążek. Jego największym atutem jest dobra selekcja materiału przy optymalnym, niespełna 50-minutowym czasie trwania całości. Niestety zdecydowanie gorzej prezentuje się na tym tle układ treści. Nie do końca jestem w stanie zrozumieć tak dziwnego sposobu umieszczenia materiału na krążku, gdzie po tematycznej introdukcji stawiane są przed nami utwory z filmowego finału. Dopiero po serii bardziej absorbujących, dynamicznych kawałków, zanurzani jesteśmy w ilustracji towarzyszącej nam podczas pierwszych kilkudziesięciu minut oglądania filmu. Z jednej strony można zrozumieć chęć „sprzedania” najbardziej melodycznych fragmentów partytury już na wstępie, aczkolwiek nie wiem, czy nie lepszym rozwiązaniem byłoby zupełne odejście od jakiejkolwiek chronologii.

Jedno nie ulega natomiast wątpliwości. Wallfisch stworzył atrakcyjny i ciekawy soundtrack, do którego chce się powracać. I to nie tylko do klarownie zarysowanej tematyki w utworze Hannah and Volmer. Kojarzące się z Dzieckiem Rosemary wokale, będą dosyć częstym towarzyszem dalszej części ścieżki dźwiękowej, choć instrumentalna inkarnacja tejże melodii nie wydaje się wcale gorszym rozwiązaniem (Magnificent, Isn't It lub Nobody Ever Leaves). Kompozytor nie zrywa tutaj ze standardowymi zabiegami angażowania do środków muzycznego wyrazu solowego fortepianu oraz instrumentów smyczkowych. Ostinatowa forma niektórych wykonań może przypomnieć fragmenty ścieżki dźwiękowej do Kręgu, co w przypadku nazwiska zleceniodawcy nie wydaje się wielkim zaskoczeniem. Wielkim zaskoczeniem nie jest również specyficzna, minorowa konstrukcja tematu Volmera zanurzona w zimmerowskim sposobie interpretowania grozy. Najlepszym tego przykładem jest utwór The Rite ewoluujący z mrocznego underscore'u do dostojnego walczyka opatrzonego nutką grozy. Kontynuacją tej systematycznie podkręcanej dramaturgii jest Feuerwalzer. Nasycony dramaturgią walc ustępuje miejsca dynamicznej muzyce akcji, świetnie radzącej sobie z ilustracją płonącej sali balowej. I właśnie tym fragmentem obalany jest ostatni bastion fascynacji brzmieniem starokontynentalnych tworów. Zimmerowskie dęciaki w odmierzonym od linijki miksie sprowadzają tę pracę na grunt statystycznego everyscoru z amerykańskiej Fabryki Snów. I jakby potwierdzeniem tego wszystkiego jest analogiczne granie w Actually I'm Feeling Much Better oraz Lipstick, którym już tylko krok od Incepcji.

Na szczęście kanonada ukłonów w kierunku niemieckiego mistrza przerywana jest tak szybko, jak szybko powracamy do fragmentów z pierwszego aktu widowiska. A tutaj na szczególną uwagę zasługują ambientowe Volmer Institut i zanurzone w retrosynthach, początki Our Thoughts Exactly. Wszystko oczywiście przy stałym akompaniamencie odpowiednio dawkowanej tematyki. Przygodę z soundtrackiem kończymy natomiast piosenką I Wanna Be Sedated, którą mieliśmy okazję wysłuchać w zwiastunie filmu Verbinskiego. Może nie do końca pasuje ona do konwencji całego score, ale klimatycznie nie odcina się od tego, co mogliśmy wcześniej usłyszeć.

W takim więc nieco minorowym, smętnym nastroju, kończymy przygodę z soundtrackiem. Z płytą, która ma szansę sprawić odbiorcy wiele satysfakcji, ale której konstrukcja wymagałaby troszkę większej rozwagi ze strony wydawcy. Na chwilę obecną materiał ten nie jest dostępny w naszym kraju i biorąc pod uwagę miażdżące dane ze statystyk box office, chyba nic nie wskazuje, aby ktokolwiek zainteresował się wydawaniem soundtracku do tak spektakularnej porażki finansowej. Szkoda, bo to jedna z ciekawszych prac w dokonaniu Benjamina Wallfischa. Jeżeli nie wierzycie, to sięgnijcie po film. Pozwólcie się porwać tej wizualnej maestrii i spróbujcie ocenić wkład brytyjskiego kompozytora w całość widowiska. A moim zdaniem był on całkiem spory.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Hannah and Volmer (04:34)
  • 2. Nobody Ever Leaves (01:49)
  • 3. Bicycle (01:59)
  • 4. The Rite (03:42)
  • 5. Feuerwalzer (03:44)
  • 6. Magnificent, Isn't It (02:11)
  • 7. Actually I'm Feeling Much Better (01:59)
  • 8. Clearly He's Lost His Mind (02:49)
  • 9. Our Thoughts Exactly (01:04)
  • 10. Volmer Institut (03:02)
  • 11. Terrible Darkness (03:18)
  • 12. Lipstick (04:21)
  • 13. Waiting (00:56)
  • 14. Zutritt Verboten (03:38)
  • 15. There's Nothing Wrong With You People (01:25)
  • 16. Lockhart's Letter (02:12)
  • 17. Volmer's Lab (03:32)
  • 18. I Wanna Be Sedated [wyk. Mirel Wagner] (03:38)
Czas trwania: 49:53
Komentarze
Wawrzyniec 2017-03-01
16:36
Naprawdę podobał mi się najnowszy film Gore'a Verbinskiego. Taki dobry klasyczny horror ze świetnymi zdjęciami i scenografią. Tak jak na początku martwiłem się brakiem Hansa Zimmera, muszę przyznać, że Benjamin Wallfisch spisał się bardzo dobrze jako zastępca. Wiadomo muzyka mało oryginalna z inspiracją Komedy na czele, ale bardzo mi ta muzyka pasowała w filmie, a i poza nim daje mi dużo radości. Posiada parę ładnych smaczków ze świetnym walcem (tylko ja go doceniam) na czele. Może oryginalność mała, ale to naprawdę dobry score to dobrego filmu.
Zibi 2017-05-18
19:29
Kompozytora nie znam a tu proszę całkiem zacnie się spisał. Mnie akurat na myśl przychodzą inspiracje Kilarem i Kaczmarkiem. Jak widać u Verbiński'ego muzyka musi być nietuzinkowa. Będę szczodry 3,5 :)
Mystery 2017-07-13
09:29
Dobra oprawa horroru, jakich ostatnio niewiele, równa, bogata, dobrze się słuchająca, z konkretną tematyką i klimatem i co ważne, charakterystyczna w filmie, 4-.

Cure For Wellness, a (Lekarstwo na życie)

Kompozytor:

  • Benjamin Wallfisch

Dyrygent:

  • Gavin Greenaway

Orkiestrator:

  • David Krystal
  • Benjamin Wallfisch
  • Matt Dunkley

Soliści:

  • Mary Laey, Sebastian Exall (wokal)
  • Tom Bowes (skrzypce)
  • Owen Gurry (gitary)

Wykonawcy:

  • The Chamber Orchestra of London
  • Crouch End Festival Chorus & Trinity School Boys Choir

Wydawca:

  • Milan (2017)

Producent:

  • Benjamin Wallfisch

R E K L A M A







NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl

 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2017 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie