Szukaj: w


recenzje

Collateral Beauty (Ukryte piękno)



Możecie się ze mną zgodzić lub nie, ale dla mnie Will Smith, to aktor wybitny. Za cokolwiek się nie weźmie, to od razu podnosi rangę projektu. I takim właśnie skromnym przedsięwzięciem (po całkiem hucznym Legionie samobójców) był dramat Ukryte piękno (Collateral Beauty). Film Davida Frankela opowiada o człowieku sukcesu – Howardzie – który w wyniku choroby i śmierci swojej córki traci sens swojego życia. Odsuwa się w cień, próbując poradzić sobie z trapiącym go żalem. Sytuacją zmartwieni są jego współpracownicy, którzy za pomocą inscenizowanych sytuacji i wynajętych ku temu aktorów, starają się postawić Howarda do pionu. Nie jest to jednak takie proste, a podjęte przez trójkę ambitnych handlowców działania, okazują się terapią dla nich samych. Wydawać by się mogło, że tak świetnie zapowiadającej się historii nie sposób zmarnować. Ale oglądając dzieło Frankela nie sposób nie odnieść wrażenia, że potencjał stojący za tak doborową obsadą nie został w pełni wykorzystany. Jak zwykle prawie stuprocentową uwagę przykuwa tutaj Will Smith, który bezbłędnie steruje emocjami widza. Odmierzona od linijki, hollywoodzka formuła, prowadząca nas do pozornie zaskakującego finału, pod wieloma względami przypominać może inne dzieło w dorobku aktora - Siedem dusz. Niestety analogicznych podobieństw nie uświadczymy w warstwie muzycznej...

Dawno nie odczuwałem podobnej irytacji muzyką, oglądając tak nasycony emocjami film. Ścieżka dźwiękowa stworzona przez Theodore Shapiro, zdaje się robić wszystko, tylko nie dostrzegać tytułowego piękna ukrytego w kadrach i chemii panującej między aktorami. Uszyta na miarę współczesnych trendów i schematów w kreowaniu poczucia straty, wydaje się machinalnie skonstruowaną, anonimową oprawą, obok której większość widzów przejdzie z obojętnością. Ci bardziej wyczuleni na melodykę z pewnością opuszczą sale kinowe z estetycznym kacem wywołanym licznymi inspiracjami amerykańskiego kompozytora. W gruncie rzeczy, Ukryte piękno to idealny przykład koncertowego zmarnowania potencjału stojącego za całym przedsięwzięciem. Potencjału pozwalającego nie tylko rozwinąć się w tematycznej treści, ale i szeroko pojętej narracji. Zamiast tego otrzymujemy zestaw randomowych utworów, postrzegających film przez pryzmat poszczególnych scen, a nie opowiadania jako całości. Jedynym punktem zaczepienia wydają się tutaj nieśmiało dokonywane eksperymenty z utrzymaną w duchu retro, elektroniką – tak modną ostatnimi czasy. Cóż z tego, skoro muzyka skutecznie spychana jest przez dźwiękowców na dalszy plan filmowego miksu. Czy zatem istnieje jakakolwiek szansa, że statystyczny odbiorca zapała chęcią sięgnięcia po album soundtrackowy?

Najwyraźniej wydawcy z WaterTower Music doskonale zdawali sobie sprawę z miałkości tego tworu, skoro rzeczony soundtrack opublikowali tylko w wersji elektronicznej. Choć wydaje się krótki, bo zajmuje nam niespełna trzy kwadranse naszego czasu, to jednak potrafi wzbudzić poczucie znużenia już u progu wertowania albumowej zawartości. Być może problem leży tu na płaszczyźnie wykonawczej, tudzież w wykorzystanych środkach muzycznego wyrazu. Zamiast bowiem tradycyjnej, orkiestrowej narracji, która świetnie poradziłaby sobie z wszechogarniającą melancholią, otrzymujemy kliszowy zestaw pulsujących sampli wpisujący się w ambientowy nurt. Symfonika stanowi tu tylko subtelne tło wypełniające aranżacyjne luki smyczkowymi frazami.


I takim właśnie oszczędnym w środkach prologiem (Introducing Howard Inlet) rozpoczynamy naszą przygodę z albumem soundtrackwoym. Jeżeli miałbym szukać tu porównania, to zwróciłbym się w kierunku twórczości Thomasa Newmana. Oczywiście kolejne utwory odsłaniają przed nami następne źródła inspiracji. I tak oto do amerykańskiego kompozytora dołączają jeszcze między innymi Alexandre Desplat, Cliff Martinez oraz Hans Zimmer. Obecność pierwszych trzech nie powinna tutaj dziwić, wszak zarówno warsztatowo, jak i stylistycznie poruszają się oni na zbieżnej z filmową treścią orbicie. Outsiderem wydaje się natomiast Hans Zimmer, którego echa wybrzmiewają w motywie głównego bohatera. Po raz kolejny więc jesteśmy świadkami generalizowania wątku upływającego czasu, sprowadzając wszystko do zaczerpniętych z Incepcji schematów. Najprościej się o tym przekonać słuchając takich utworów, jak The Dream and the Letters, Leaving the Boardroom, czy The Bridge. Najbardziej razi jednak beznamiętne operowanie tymi idiomami. Kompozytor zdaje się skupiać bardziej na istocie dźwięku, na tworzeniu jak najbardziej subtelnych struktur, a zapomina o funkcjonalnym aspekcie swojej pracy. Ścieżka dźwiękowa pełni tutaj rolę zwykłej kalki, przez którą odbijane są emocje bohaterów. Nie daje nic z siebie, nie próbuje ingerować w treść, a o „sterowaniu” widzem nie wspominając.

Tym trudniej doszukać się tutaj jakiejś zwartej historii w oderwaniu od filmowego kontekstu. Zbiór melodii i sampli (pozornie zbieżny pod względem stylistycznym), nie ma zbyt wielu argumentów na przyciągnięcie uwagi odbiorcy. I tak na dobrą sprawę najbardziej charakterystycznym i rzucającym się „w ucho” elementem tej pracy, jest śladowo wykorzystywana muzyczna akcja. To ona właśnie wyrywa ścieżkę dźwiękową Shapiro z okrutnego marazmu, pojawiając się głównie w dynamicznych montażach przemieszczającego się po mieście Howarda. O jej znikomych walorach estetycznych najwięcej mówią: Oncoming Traffic lub segment Whit and Amy/Time Visit #2. Troszkę więcej wigoru wnoszą również sceny spotkań Howarda z adresatami swoich listów. Ale nawet i one nie sprawią, że po wysłuchaniu wirtualnego krążka zechcemy w najbliższym czasie do niego powrócić. Tym bardziej, że czterdziestominutową wycieczkę po fabryce mainstreamowych dźwięków kończymy remiksem popularnego szlagiera grupy One Republic, Let's Hurt Tonight.

Nie będę ukrywał, że Ukryte piękno totalnie mnie zawiodło od strony muzycznej. Theodore Shapiro, to kompozytor, którego stać na więcej. Udowodnił to między innymi oprawą do Sekretnego życia Waltera Mitty, gdzie niewybredna melodyka łączyła się z pasją wykonania. Spoglądając na ten projekt w szerszym ujęciu, można odnieść wrażenie, że jest on takim niechcianym i na siłę „zmajstrowanym” dzieckiem. Nie mam wątpliwości, że świat szybko o nim zapomni, tak jak ja zapomniałem zaraz po pierwszym odsłuchu. Warto więc ewentualnie zarezerwowane fundusze przeznaczyć na wyprawę do kina na film Frankela.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Introducing Howard Inlet (1:04)
  • 2. The Dream and the Letters (2:36)
  • 3. Oncoming Traffic (0:32)
  • 4. Whit Follows Amy (1:34)
  • 5. Death Visits Howard (1:01)
  • 6. Whit’s Plan (2:45)
  • 7. Grief Group (2:19)
  • 8. Time Visit #1 (1:39)
  • 9. The War Is Over (1:19)
  • 10. Love Visit #1 (1:04)
  • 11. Like Being in the Movies (1:09)
  • 12. Collateral Beauty (2:47)
  • 13. Whit and Amy/Time Visit #2 (3:04)
  • 14. Death Rides the F Train (1:57)
  • 15. Love Visit #2 (1:23)
  • 16. Boardroom (4:53)
  • 17. Leaving the Boardroom (1:01)
  • 18. Blink of an Eye (2:11)
  • 19. They Go Through You (1:19)
  • 20. Simon Pays Brigitte (0:54)
  • 21. Olivia (5:43)
  • 22. The Bridge (2:09)
  • 23. Let’s Hurt Tonight (Collateral Beauty Mix) – OneRepublic (3:21)
Czas trwania: 47:44
Komentarze
Mefisto 2017-01-27
17:21
W sumie zgoda - miałkie to i kompletnie nic nie zostaje w pamięci. Niech będzie jednak dwója z połówką - choćby za piosenkę.

Collateral Beauty (Ukryte piękno)

Kompozytor:

  • Theodore Shapiro

Wydawca:

  • WaterTower Music (2016)

Producent:

  • Theodore Shapiro

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl

 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2017 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie