Your browser is not supported! Update your browser to improve your experience.
Thomas Newman

WALL·E

(2008)
-,-
Oceń tytuł:
Marek Łach | 24-07-2008 r.


Pixar znów przeskoczył ideał, chociaż wydawało się, że po zeszłorocznym Ratatuju nie sposób już będzie ustanowić nową jakość w gatunku cyfrowej animacji pełnometrażowej. A jednak, wraz z premierą Wall-E gatunek ów został wyniesiony na zupełnie nowy poziom, przy perypetiach małego robocika blednie bowiem cała konkurencja i kto wie, czy w kategoriach scenariusza, reżyserii i konstrukcji postaci (bo pod względem technicznym – z całą pewnością), nie jest to najambitniejszy film animowany, jaki dotąd w Hollywoodzie powstał. Co najciekawsze, przy całym graficznym splendorze tego obrazu, zahaczającym o fotorealizm, tym co czyni najmłodsze dziecko Pixara obrazem wyjątkowym są subtelności, które z cudowną elegancją i wyczuciem budują niezwykłą, „robocią” love story. Mimo że animowany, film ten emanuje emocjami, a między dwojgiem głównych bohaterów czuć… chemię. W momencie pisania tej recenzji jestem już po dwóch seansach tego obrazu i zapewne na tym się nie skończy…

Poza tym, że Pixar od lat wyznacza kierunki rozwoju cyfrowej animacji, nie ulega wątpliwości, że w XXI wieku taką samą rolę pełni, jeśli mowa o muzyce filmowej pisanej na potrzeby tego gatunku. Podczas gdy konkurencja, produkując shreko-podobne komedie, nie daje kompozytorom zbyt dużego pola do popisu (casus Harry Gregson-Williamsa czy coraz mniej odkrywcze prace Johna Powella), Pixar współpracując z Thomasem i Randym Newmanem, a także ze wschodzącą gwiazdą, czyli Michaelem Giacchino, odniósł i na tym polu szereg sukcesów: 3 nominacje w kategorii Original Score, 1 nominacja dla Aut za najlepszą piosenkę i przede wszystkim długo oczekiwany Oscar dla Randy’ego Newmana za Monsters, Inc.. Konkurencja została zatem daleko w tyle, a muzyczna przyszłość kina animowanego leży teraz w rękach tej właśnie wytwórni, nie tylko skupiającej najzdolniejszych kompozytorów, ale i pozwalającej im rozwinąć skrzydła. Wiele wskazuje na to, że Wall-E’ego wyróżnienia również nie ominą.

Po roku milczenia (Nothing Is Private swoją oficjalną premierę ma dopiero na jesień 2008, o wydaniu ścieżki dźwiękowej na chwilę obecną nic nie wiadomo) na scenie pojawia się znów Thomas Newman i wraz z Indianą Jonesem Johna Williamsa jest to chyba najważniejszy z tegorocznych powrotów, tym bardziej że wielu fanów zastanawiało się, jak kompozytor ten poradzi sobie w stylistyce SF, zwłaszcza w pełnoorkiestrowych klimatach space opery. Efekt jest ciekawy, choć na dobrą sprawę, znając newmanowskie brzmienie, można go było przewidzieć; z jednej strony autor eksploatuje dalej rytmiczne, barwne tekstury muzyczne, z których tak dobrze jest znany, z drugiej zaś – gra z konwencją kina SF, parafrazując Williamsa, Goldsmitha i Odyseję kosmiczną. Te mrugnięcia okiem, dowcipne aluzje łatwo zauważyć: goldsmithowski posmak ma akcja w The Spaceship, brawurę twórcy Gwiezdnych wojen imituje epicki EVE Retrieve, zaś The Axiom to swoista krzyżówka Star Treka, Also Sprach Zatatustra Straussa i majestatycznego tematu planety Krypton z Supermana. Dla miłośnika gatunku prawdziwa uczta i zabawa w odkrywanie kontekstów, tym bardziej że Newman fenomenalnie rozpisuje swoje tematy na modłę symfoniczną – epika jest tu tak oszczędna w środkach, a jednocześnie tak sugestywna, jakby wykonywana była przez całą 100-osobową orkiestrę. Niektórzy mogliby się od niego uczyć, jak efektywnie wykorzystywać dostępne środki…

Całość kompozycji jest oczywiście znakomicie napisana i zaaranżowana, trudno jednak pozbyć się wrażenia, po seansie zarówno filmu, jak i po przesłuchaniu płyty, że nie wszystko funkcjonuje tu do końca tak jak powinno. W ramach kinowej narracji Wall-E oferuje kilka błyskotliwych momentów (harfa w 2815 A.D. w bardzo piękny sposób akcentująca samotność i opuszczenie robota na bezludnej i spowitej chmurami Ziemi), niemniej trudno oprzeć się wrażeniu, że show „kradną” mu dwie piosenki z musicalu Hello Dolly, integralnie zakorzenione w fabule obrazu. Mają one tak duże znaczenie dla historii Wall-E’go, że tak naprawdę stanowią podstawową muzyczną identyfikację i głos filmu Stantona, a w bardziej tradycyjny sposób funkcjonująca ilustracja Newmana traci na ich rzecz swoją pierwszoplanową rolę. W rzeczywistości bowiem po wyjściu z kina w pierwszej kolejności pamięta się – wybornie zresztą przez twórców obrazu wykorzystane – numery Michaela Crawforda, śpiewającego ”Out there, full of shine and full of sparkle…”, dopiero zaś w drugim rzędzie nieco w ten sposób skrzywdzony score Newmana.

Odnoszę w ogóle wrażenie, że kompozycja ta jako filmowa ilustracja funkcjonuje bardziej jako suma części niż jako całość. Analizując bowiem poszczególne sceny, nietrudno dostrzec mistrzostwo, z jakim Newman opisuje ekranowe wydarzenia, w jego komentarzu czuć rękę twórcy A-klasy. Ładny, choć trochę sztampowy temat miłosny w filmie wykorzystany jest w doprawdy doskonałym stylu (EVE, The Axiom, Define Dancing), kompozytor pozwala sobie również tu i ówdzie na typowe dla siebie i jak zwykle interesujące eksperymenty brzmieniowe (March of the Gels), czy nawet na muzyczny żart (stylizowany na nieco kiczowatą, europejską muzykę filmową lat 60-tych First Date) – niemniej owo bogactwo pomysłów nie układa się w szczególnie powalającą całość. Muzyce tej brakuje tak silnej ekspozycji, jaka charakteryzowała Ratatouille Giacchino i która przyczyniła się do tak dużego sukcesu tamtej ścieżki; Newman to kompozytor o wiele subtelniejszy, ale w przypadku Wall-E subtelności te – zwłaszcza w drugiej połowie obrazu Stantona – gdzieś giną, i czwórka za funkcjonalność w filmie, widniejąca pod recenzją, jest zatem efektem nie tyle ogólnego wrażenia wywołanego tą ilustracją, a rozebrania jej na czynniki pierwsze.

Wall-E cierpi nieco z powodu gigantycznych oczekiwań, jakie stawiane są każdej kolejnej kompozycji Newmana, zwłaszcza po jego krótkim rozbracie z kinem dużego formatu. Mając w pamięci znakomite Finding Nemo sprzed paru lat, wielu oczekiwało tym razem arcydzieła; a takowym score ten, mimo swoich walorów, z pewnością nie jest. Jego przystępność dla osób na co dzień nie mających do czynienia z muzyką Newmana, dodatkowo ogranicza, jak zwykle w przypadku tego kompozytora, kiepsko skrojony album, który gdzieś w połowie, choć wciąż ma do zaoferowania wiele ciekawych pomysłów, powoli przestaje angażować słuchacza. Po obiecującym początku nietrudno o pewne rozczarowanie takim obrotem spraw. Z drugiej jednak strony, jest to kompozycja filmowa wysokiej próby, miejscami wyróżniająca się na tle innych tegorocznych ścieżek dźwiękowych i ambitniejsza niż ostatnie dokonania Johna Powella w ramach gatunku animacji. Zważywszy na znakomitość filmu i sympatię Akademii dla Newmana, Wall-E może zwiększyć imponującą liczbę wyróżnień, jakie twórca ten ma już na swoim koncie. A kto wie, może i Peter Gabriel na kilka z nich się załapie, za współpracę przy całkiem udanej swoją drogą piosence Down to Earth.

Najnowsze recenzje

Komentarze