Szukaj: w


recenzje

Angela's Ashes (Prochy Angeli)


Nagrodzona Pultizerem na poły autobiograficzna powieść Franka McCourta pt. "Prochy Angeli" jest chyba najbardziej znaną obok "Wyznań Gejszy" literacką inspiracją Johna Williamsa. W 1999 roku książkę sfilmował Alan Parker, reżyser wielu ważnych we współczesnej kinematografii światowej dzieł ("Fame", "Ptasiek", "The Wall", "Harry Angel"). Historię irlandzkiej rodziny powracającej z powodu finansowych problemów z Ameryki do Irlandii, jej wzloty i upadki, trud i życiowy znój, zaklął w ubrudzone, realistyczne zdjęcia Michaela Seresina oraz wsparł emocjonalną muzyką Williamsa. Partytura ta wpisuje się do grupy ciężkich kompozycji dramatycznych maestro, pokroju "Urodzonego czwartego lipca" i "Listy Schindlera". Napisana została również w okresie przeobrażenia twórczości Williamsa ku muzyce bardziej wysublimowanej emocjonalnie i restrykcyjnej. "Prochy Angeli" są również jedną z mniej znanych pozycji w dyskografii Williamsa, mimo że ścieżka ta była nawet nominowana do Oscara.

Kompozycja ta, mimo swoich niepodważalnych, muzycznych zalet, uwidacznia na wydaniu płytowym niestety również i wady, być może decydujące o trudnym odbiorze akurat tej partytury Williamsa oraz jej małej popularności. Z pewnością najbliżej jej do mroczno-dramatycznych i trzymających w napięciu "Uśpionych", niemniej rola muzycznego napięcia została w tym przypadku zastąpiona przez refleksję, a momentami przez ciepło i wysublimowane piękno. Praca sprytnie złożona jest (świadcząc o wysokim warsztacie twórcy) z przynajmniej trzech głównych melodii/mikro-tematów. Główny temat stanowi emocjonalnie szarmancka i zdecydowanie najpiękniejsza melodia, oparta o szerokie brzmienie orkiestry, często w asyście delikatnego fortepianu. Drugi mikro-temat zbudowany jest z wznoszącej skali i przeważnie akcentuje dramatyczne wejścia pozostałych tematów. Temat główny nr 3 jest wizytówką muzyki dramatycznej, wsparty intensywnością smyczkowego zastępu i przypomni nam z pewnością melodie typu adagio znane z "Urodzonego(...)" jak i "Siedem lat w Tybecie" czy "Monachium". Każdy z osobna pełni funkcję autonomiczną, wykorzystywany na całej długości soundtracka, jak i razem bezbłędnie się przenikając, tworząc zgrabne kombinacje na przestrzeni utworów. W końcu, idealnie skompilowane zostały pod dwie znajdujące się na albumie suity w formie wykonań koncertowych (utwór pierwszy i ostatni). I jednocześnie są to również dwa najlepsze, podsumowujące wydanie fragmenty, choć nie można nie wspomnieć o takich hitach jak Angela's Prayer bądź walcowy, momentami pasjonujący Plenty of Fish and Chips in Heaven

Poza wspomnianymi aranżacjami koncertowymi i kilkoma silnymi prezentacjami tematów, score Williamsa jest smutny i skryty. Pod płaszczem nostalgicznego underscore'u uwagę zwrócą tematyczne rozwinięcia, na przemian zaaranżowane na partie solowe. Williams skorzystał tutaj z talentu wykonawców, z którymi wcześniej współpracował chociażby w swoich klasycznych przedsięwzięciach. Swoisty "kwartet" stanowią wiolonczela Steve'a Erdody'ego, obój Johna Ellisa (z tą dwójką kompozytor będzie współpracował później przy "Monachium"), harfa JoAnn Turovsky oraz stały jego kompan - pianista Randy Kerber. Podobać się może zarówno klasyczny, wywołujący chłód i nostalgię fortepian jak i ocieplające smutny wydźwięk muzyki, piękne brzmienia oboju i harfy, przywołujące wspomnienia "E.T." czy spokojnych momentów "Far and Away". Co najbardziej istotne, instrumenty te nigdy nie giną pod natłokiem orkiestrowego tła. Williams daje im czas oraz prominentne miejsce w dźwiękowej przestrzeni partytury (zasługujący na pochwałę montaż nagrania). Co zrozumiałe - z zyskiem dla słuchacza.

Solówki zdają się być bardzo jasnym punktem "Prochów Angeli" a w czym tkwią jej problemy? Mimo, że muzyka skomponowana przez Amerykanina z technicznego punktu widzenia stanowi sobą klasę światową, jej prezentacja na albumie niestety nuży... Problemem jest monotonia. Prawie każdy z utworów działa jako kolejna aranżacja tematu, tyle że w trochę innej formie i kombinacji instrumentalnej. Wydaniu brakuje momentów, w których muzyka mogłaby się oderwać od swojej przewidywalności w postaci kolejnych prezentacji ociekających smutkiem i melancholią, tych samych wciąż tematycznych rozwinięć. Takimi nielicznymi przykładami są zabawne pizzicato w My Dad's Stories, typowo williamsowskie scherzo z Delivering Telegraphs czy impresja na harfę w The Lanes of Limerick. Muzyka jest stale mega-poważna, meandrująca, by nie powiedzieć przygnębiająca. Zawsze dramatycznie i emocjonalnie piękna i zaangażowana, ale efekt jest taki, że całość zaczyna się zlewać w jedno, zaczynając niebezpiecznie uciekać w stronę tapety, gdy nie ma zbytniej różnorodności pomiędzy kolejnymi fragmentami. Znacznie cięższa gatunkowo "Lista Schindlera" posiadała tą różnorodność, w "Prochach Angeli" jej troszkę brakuje. Dodatkową przeszkodą w tym kontekście może być także długość albumu sięgająca godziny, a szczególnie druga jego połowa, gdzie przeważać zaczyna muzyka bardzo subtelna, nad którą trzeba się dość dobrze skupić, w przeciwieństwie do początku albumu, bardziej naszpikowanego dramatycznymi punktami kulminacyjnymi.

Nie chciałbym aby zmyliła Was drodzy czytelnicy ta wiązanka wad, którą powyżej przedstawiłem - "Prochy Angeli" to score niewątpliwie niebanalny, wspaniale zagrany i emocjonalnie angażujący. Jest miejsce na wszystkie elementy wysokiej klasy muzyki dramatycznej i tego w istocie podważyć nie można. Praca Williamsa jest bardzo dojrzała, elegancka, z wieloma przebłyskami geniuszu. Z pewnością nie jest to muzyka na każdą okazję i ‘działała’ będzie skuteczniej przy odpowiednim nastroju słuchającego. Absolutnie nie można jej słuchać w tle, bez skupienia, bez poświęcenia uwagi przynajmniej świetnemu nagraniu i znakomitym partiom solowym. Muzyka to do smakowania, a jak wiemy, w czasie posiłku nie powinno się zaprzątać uwagi niczym innym jak nim samym... . Soundtrack został wydany po obu stronach Atlantyku w dwóch wersjach. Możemy chyba nazwać się szczęściarzami, ponieważ nasi koledzy z zachodniej jego strony otrzymali muzykę, nad którą nagrano czytane przez Andrew Bennetta fragmenty powieści McCourta. W wydaniu europejskim nic takiego nie zagłusza na szczęście partytury Williamsa. Istnieje również wydanie z okładką z chłopcem wystawiającym język (taką wersję właśnie posiadam). Znalazły się też tutaj, troszkę w stylu albumów Thomasa Newmana, dwa króciutkie fragmenty piosenek źródłowych (ze specjalnym „przyszumieniem”), które są zgrabnym dodatkiem i z pewnością nie psują odbioru tego bardzo klasycznie popełnionego dzieła.



Autor recenzji:  Tomek Rokita
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Theme from Angela's Ashes (6:18)
  • 2. My Story (2:19)
  • 3. Angela's Prayer (4:47)
  • 4. My Dad's Stories (1:55)
  • 5. Lord, Why do You Want the Wee Children? (4:03)
  • 6. Plenty of Fish and Chips in Heaven (3:41)
  • 7. The Dipsy Doodle Nat Gonella & His Georgians (1:30)
  • 8. The Lanes of Limerick (3:37)
  • 9. Looking for Work (3:31)
  • 10. Pennies from Heaven - Billie Holiday (2:11)
  • 11. My Mother Begging (3:46)
  • 12. If I Were in America (2:34)
  • 13. Delivering Telegrams (2:23)
  • 14. I Think of Theresa (1:50)
  • 15. Angels Never Cough (2:38)
  • 16. Watching the Eclipse (3:00)
  • 17. Back to America (2:38)
  • 18. Angela's Ashes Reprise (6:16)
Czas trwania: 58:50
Komentarze
Marek 2008-03-18
22:12
Piękny to score, na poziomie właściwie nieosiągalnym 99% twórcom gatunku - ale niepozbawiony wad. Ta główna, to właśnie to o czym Tomek wspomniał: monotonia. O ile jednak na albumie nie jest ona dla mnie takim problemem (wynagradza mi ją maestria, z jaką wszystko jest tu napisane, z jaką Williams prowadzi dramaturgię), to w filmie moim zdaniem silnie daje się we znaki - tematu głównego jest tam tak dużo, że za n-tym razem zaczyna już wkurzac i jak znakomity by nie był, w końcu ma się ochotę wyłączyc głos. Dlatego za film trójeczka ode mnie, natomiast za płytkę... no niemalże pełna piątka;)
Radek Bołtuć 2008-05-03
23:00
Ja jednak pokuszę się o trochę wyższą ocenę. Bądź co bądź, to kawał naprawdę poruszającej muzyki. Miejscami zbyt monotonnie, trochę jednostajnie, ale ogólnie robi duże wrażenie. Bardzo charakterystyczne brzmienie dla Williamsa, dramatyczna orkiestra, wyszukane, delikatne brzmienie fortepianu. Jest co posłuchać.
Mefisto 2010-07-28
00:34
Sam temat główny chyba nawet lepszy od Listy. Ale cała reszta, to ostra zżynka z filmografii Williamsa (nawet temat z Bliskich spotkań jest - i to deczka w deczkę niemalże!), w dodatku zwyczajnie nudna po jakimś czasie (powtarzanie jednego tematu do usranej śmierci już pomijam). Jak na wielkiego Johna to tak sobie.
Mieszko 2014-03-20
01:00
Artystyczna dojrzałość, piękno, emocje, intymność, refleksja, elegancja, klasa wykonania. Gdyby tylko muzyka była troszkę mniej jednostajna... Kto wie... Może by była najwyższa nota.

Angela

Kompozytor:

  • John Williams

Dyrygent:

  • John Williams

Orkiestrator:

  • John Neufeld

Soliści:

  • Steve Erdody (wiolonczela)
  • John Ellis (obój)
  • JoAnn Turovsky (harfa)
  • Randy Kerber (fortepian)

Wydawca:

  • Decca Records (1999)

Producent:

  • John Williams

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2021 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie