Szukaj: w


recenzje

Casa bruciata, la


Amazońska dżungla, katolicka misja, zakonnik starający się pomagać Indianom... a do tego wszystkiego ścieżka dźwiękowa Ennio Morricone. Czyżby Misja? Tym razem nie, gdyż mowa tu o włoskiej telewizyjnej produkcji z 1998 roku, której akcja w przeciwieństwie do pięknego filmu Rolanda Joffe rozgrywa się w czasach współczesnych. Analogie z The Mission narzucają się jednak same i nie mógł ich nie dostrzec także kompozytor, który tym bardziej przyłożył się do upodobnienia rodzimej dlań produkcji do obrazu, który przyniósł mu tyle nagród i wyróżnień. Są bowiem w partyturze maestro do La casa bruciata liczne momenty takie, że dosłownie możemy odnieść wrażenie, że albo omyłkowo włożyliśmy do odtwarzacza soundtrack z Misji, albo że nakręcono sequel a to jest jego ścieżka dźwiękowa. Zanim jednak przypniemy Morricone łatkę selfplagiatora na miarę Jamesa Hornera i odrzucimy La casa bruciata w kąt, warto przyjrzeć się tej partyturze nieco bliżej.

Zaczyna się bardzo "misyjnie". Najpierw fletnie zagrają melodię żywcem wyjętą z Falls, za chwilę dołączą do nich egzotyczne bębny, a następnie właściwy temat zostanie przedstawiony na instrumencie dętym drewnianym. Tym razem nie będzie to jednak obój (Gabriela) ale flet, a i melodia będzie wszak inna, choć równie śliczna, nieskomplikowana i chwytliwa zarazem. Nie miną 2 minuty a słyszymy kolejne podobieństwa, bo oto wraz z pojawieniem się chóru (z początku dziecięcego) otrzymujemy coś na kształt On Earth as it is in Heaven, a żeby nikt nie miał wątpliwości, samo zakończenie będzie identyczne jak we wspomnianym utworze. Powiedzieć, że Włoch w tym fragmencie nawiązał do swego 12 lat wcześniejszego dzieła, to mało. On w tym jednym "Sia fatta la tua volonta" wykorzystał w zasadzie najważniejsze i najbardziej charakterystyczne elementy kompozycji do The Mission. Można być lekko zniesmaczonym takim brakiem oryginalności, ale jednego nie można tu Morricone odmówić - niezwykłej urody tego utworu. I choć wiemy, że to zżynka mistrza niegodna, to jednak chętnie do tego fragmentu wracamy i mamy ochotę na więcej.

Dalej jest już podobnie miło dla ucha a przy tym nieco bardziej oryginalnie, choć niewątpliwie duch Misji będzie unosił się nad partyturą już do samego końca albumu. Wynika to jednak nie z jakichś jeszcze kolejnych perfidnych zapożyczeń, ale z samego charakteru ilustracji, z przyjętego przez Morricone stylu. Mamy w fabule amazońską dżunglę, a więc kompozytor znowu sięga po wszelakie tam-tamy, oraz egzotycznie brzmiące flety czy fletnie Pana (m.in. świetny fragment w końcówce czwartej ścieżki). To one, wraz z klasycznym brzmieniem orkiestry Włoskiej Akademii Muzycznej intonować będą temat główny, oraz kilka równie udanych pobocznych, takich jak przyjemny temat tytułowy z utworu drugiego, powtarzany potem w nieco zmienionej aranżacji w Tony e il ragazzo. Zdecydowanie rzadziej w dalszej części soundtracka, niestety dość repetetywnego jeśli chodzi o zaprezentowany materiał, słyszeć będziemy partie chóralne. Kompletnym nowum będą za to skoczne fragmenty zakorzenione w indiańskim i latynoskim folku, jak Un grande bambino, czy wybitnie już taneczne, wyrzucone niemal na koniec ścieżki 1a danza i 2a danza, stanowiące w samym filmie pewnie muzykę źródłową.

La casa bruciata z całą pewnością nie ma klasy Misji i generalnie jest partyturą dużo lżejszego kalibru. Muzyka zdaje się być nie tylko bardziej pogodna (choć mamy i nieliczne fragmenty trochę mrocznego suspensu, gdy Morricone sięga po smyczki i bębny, uzyskując efekty podobne do analogicznych fragmentów Jaguara Vladimira Cosmy) ale jednocześnie bardziej przystepna dla słuchacza. Nie znajdziemy tu żadnych atonalnych, eksperymentalnych fragmentów, które w score z The Mission stanowiły tak irytujące przerywniki, nie ma też utworów o wybitnie liturgicznym charakterze, również nie do końca komponujących się z dramatyczno-folkową osią morricone'owskeigo klasyka. Wszystko, poza może dwoma tańcami u końca płyty, trzyma jeden ton i styl. Score byłby to niewątpliwie ceniony i dziś klasyczny, gdyby nie jedno "ale". Gdyby w roku 1986 Roland Joffe nie nakręcił nie bez powodu bez przerwy przywoływanej przeze mnie w tym tekście Misji a Włoch jej nie zilustrował. A tak... Trudno się zachwycać niewątpliwie stanowiącymi wielką radość dla uszu połączeniami południowoamerykańskiej etniki z chórami i orkiestrą, wiedząc że to tylko uproszczona wersja arcydzieła. Mimo wszystko cieszę się, że Rai Trade wydało tę płytę (co ciekawe dopiero 7 lat po premierze telewizyjnego obrazu) i że mogłem jej wysłuchać, a nawet momentami ulec jej czarowi. I choć czar ten szybko pryśnie, a ja wkrótce w poszukiwaniu tego typu muzyki znów powrócę do jedynej i prawdziwej Misji, to soundtrack z polecam. I bynajmniej nie żebyście mogli się przekonać, jak to Morricone potrafi być jak Horner, ale żeby nacieszyć się trochę muzyką. Lekką, łatwą, przyjemną. Niezobowiązującą. A że niezbyt oryginalną? Czy to aż takie istotne?

Autor recenzji:  Łukasz Koperski
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
Czas trwania: 46:51
Komentarze
Marek 2008-01-12
23:16
Taka Misja odarta z ambicji i wyrafinowania. Niezobowiązujące, acz przyjemne słuchadełko, ale w pewnym momencie człowiek zaczyna odnosić wrażenie, że każdy kolejny utwór brzmi tak samo, jak poprzednie. Generalnie więc średniak, którego mógłby napisać niejeden włoski twórca.
Babuch 2008-01-13
15:13
Oryginalne to to nie jest, ale jakby ten score Ennio napisał w tym roku to sądzę że i tak znalazł by się wśród lepszych partytur i zapewne jakąś tam nagrodę (albo chociaż nominację by wywalczył, mam na myśli np IFMCAA). Cóż to chyba o czymś świadczy
Koper 2008-01-13
19:23
No, o marnocie na polu soundtracków, ale masz rację. A Marek Ty jej nie masz, pisząc że nie jeden włoski twórca mógłby to napisać. :P To jest zbt morricone'owe. :P:)
Marek 2008-01-13
22:10
W tym roku nawet do 20 by się nie złapał:P Z tego prostego powodu, że chociaż A.D. 2007 nie urodził chyba nic naprawdę wybitnego, to miał sporo po prostu dobrych, porządnych score'ów i był rokiem stosunkowo równym pod tym względem. Już prędzej wybrałbym tegoroczne właśnie Tutte Le Donne Della Mia Vita niż tego epigona Misji:P Koprze - ale to tylko stylistyka, którą zresztą bardzo łatwo jest podrobić (popatrz co robi Tyler w rozmaitych sequelach albo Debney). A jakość w tym przypadku to poziom osiągalny dla wielu twórców...
Koper 2008-01-14
00:37
Na pewno tak łatwo? Tyler już raz miał na warsztacie egzotyczne instrumentarium i co wyszło? :P Totalnie bezpłciowa i nudna kompozycja. Gdyby Tyler chciał podrobić "Misję"... ojej... nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. ;):D
Babuch 2008-01-14
14:28
A jakby wyszła Misja w wydaniu Steviego. Strach się bać. HMMM może kiedyś nas uraczy takim czymś (Tyler to chociaż ma jakies pojęcie o warsztacie, natomiast Stevie.... no comment)
Marek 2008-01-14
16:53
Gdyby Tyler chciał podrobić Misję... to wyszłoby właśnie coś na kształt La Casa Bruciata. Brian to sprawny imitator, oczywiście zawsze to będzie tylko imitacja, ale LCB to też nic więcej tylko podróbka. I w sumie nie widzę jakiejś dużej przepaści między tym a Partition (które w ogóle jest inną bajką, bo tam Tylerowi nie kazano stylizować się na kogokolwiek). Myślę, że to akurat brzmienie Morricone byłoby dość łatwo podrobić.

Casa bruciata, la

Kompozytor:

  • Ennio Morricone

Dyrygent:

  • Ennio Morricone

Orkiestrator:

  • Ennio Morricone

Wykonawcy:

  • Accademia Musicale Italiana

Wydawca:

  • Rai Trade (1998/2005)

Producent:

  • Enrico de Melis

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie