Szukaj: w


recenzje

Indiana Jones and the Temple of Doom (Indiana Jones i świątynia zagłady)


Po gigantycznym sukcesie "Poszukiwaczy" kontynuacja była nieuchronna. Tym razem oto Indy przemierza Daleki Wschód i z gangsterskiego Szanghaju trafia pod strzechy zapomnianej wioski w Indiach, którą nawiedzają tajemnicze złe siły... "Indiana Jones i świątynia zagłady" nie miał tak dobrej prasy jak poprzednik. Zauważalny był brak poważnego tonu "Raiders..." a nawet sam Spielberg po latach nie jest zadowolony z tego obrazu. Zamiast poważnego tonu i ironicznego humoru więcej jest infantylności, nieprawdopodobnych zdarzeń, "popołudniowej" przygody jak i przerażających ofiar z ludzi... Krytycy krytykami a oczekiwania widowni oczekiwaniami, jednak po prawdzie "Świątynia zagłady" to definitywny film przygodowy z akcją pędzącą do przodu na złamanie karku i z cała masą zabawy, gdzie dwie godziny przeżywamy jak małe dzieci, którym wręczono cukierka. Na kompozytorski stołek powraca John Williams, już po zakończeniu trylogii "Star Wars" oraz Oscarze za "E.T." i z pewnością nie idzie (jak praktycznie nigdy w swej karierze...) w kontynuacjach na łatwiznę. "Świątynię zagłady" łączy z "Poszukiwaczami" właściwie tylko główny temat archeologa, którego nieobecności nie można byłoby chyba sobie wyobrazić... Hasło promujące film brzmiało: "jeśli przygoda ma imię, to jest nim Indiana Jones!". Równie dobrze można byłoby je zastąpić takim: "jeśli Indiana Jones był kiedykolwiek powołany do życia, to głównie za sprawą tematu Johna Williamsa!". Prawda?

Podobnie jak w przypadku części I, płytowe wydanie omawianej ścieżki dźwiękowej jest obecnie białym krukiem. Na dodatek zawiera zaledwie 40 minut oryginalnej kompozycji Amerykanina. Oznacza to, że na wydanie czeka ponad godzina wcześniej nie publikowanej oficjalnie muzyki! Wydanie owo, jakkolwiek nie krytykując jego długości, przedstawia nam jednak prawdziwą esencję muzyczną z przygód Indiany w złowrogiej świątyni Kali. Utwory ułożono nie chronologicznie (podobnie jak większość płyt Williamsa) i biorąc pod uwagę autonomiczność kolejno każdego z nich, zyskuje to z pewnością na lepszym odbiorze płyty. Powód tego może być chyba tylko jeden - film w pierwszej połowie jest zdecydowanie spokojniejszy niż w drugiej, której towarzyszy wręcz bezustanna akcja.

W "Indiana Jones i świątynia zagłady" trwa nadal prawdziwy popis williamsowskiej wyobraźni muzycznej dla świata archeologa z lat 30-ych. Podobnie jak część pierwszą, opiera na silnej pracy tematycznej, zupełnie różnorodnej a przez to niebywale interesującej. Jednocześnie to zupełnie nowe tematy, nie ma mowy o wtórności i chodzeniu na skróty. Każe to patrzyć na ambicje Williamsa jako artysty (a jakże!), który nawet do filmu przygodowego na sobotnie popołudnie wkłada tyle inwencji i pracy. Centralną kompozycją 'flagową' drugiej części "Indiany" jest marsz - krucjata dzieci-niewolników (sam tytuł obliguje do pobudzenia wyobraźni, nieprawdaż?). Jest to marsz pasjonujący i zarazem emocjonalny w swej wymowie, ubrany w masywną orkiestrację oraz znakomitą rytmikę a jego finałowe takty przy użyciu wojskowego werbla sugerują nam jedno - "oni idą na wojnę!". Fragment ten znalazł się na wielu kompilacjach kompozytora i trudno zrozumieć, dlaczego w dzisiejszej dobie tak słabo jest pamiętany i niedoceniony. Oprócz tego, Williams popisuje się tutaj kilkoma naprawdę skomplikowanymi sekwencjami akcji. Fragmentami, które z pewnością były dużym wyzwaniem dla orkiestry studyjnej wykonującą partyturę. Bardzo skomplikowane, ekspresowe orkiestracje na flety, smyczki i dęte królują tak w muzyce pod słynny pościg wagonikami w kopalni jak i w muzycznej demolce (co za tempo!) z Death Trap, kiedy to orkiestra po wrzuceniu zdawałoby się piątego biegu przy powtarzaniu prostej progresji, implikuje jeszcze turbo-doładowanie, gdy na ekranie fajtłapowata Kate Capshaw raz jeszcze wciska dźwignię zapadni... Każdy z tych utworów charakteryzuje inna melodyka, spontaniczność, spojrzenie, struktura, nie są absolutnie podobne. Różnorodność to z pewnością znak firmowy tej filmowej serii!

Co z pozostałymi tematami? Egzotyczne lokacje filmu pozwoliły Williamsowi dokonać delikatnych stylizacji w kulturowych "kierunkach" muzyki. Taka jest chwytliwa melodia, temat małego Short Rounda. I mimo że troszkę banalna to i tak będziemy ją gwizdać podczas golenia ;). Zastosowano tu stylizacje chińskie i nie wywodzą się one bynajmniej z użycia chińskich instrumentów. Twórca przedstawia ów temat razem z epickim 'temat podróży', bez wątpienia wzorowanym na dokonaniach Jarre'a w kinie Davida Leana. O taką też ilustrację prosił sam reżyser, z uwagi na to, że sceny wędrówki kręcono właśnie tam gdzie powstawał jeden z filmów brytyjskiej legendy reżyserii. Spielberg wyraża się o nim jako swoim ulubionym 'temacie podróży'. Chińskie stylizacje posiada również otwierający obraz, surrealistyczny numer musicalowy Anything Goes, autorstwa Cole'a Portera a zaaranżowany przez Williamsa. Śpiewająca w chińskim dialekcie Kate Capshaw, stepowanie plus fantastyczne big-bandowe tempo w stylu retro lat 30-ych tworzą razem unikalne, radosne doznanie. Gdy tylko przyjmiemy warunki konwencji, będziemy się bawić pysznie. Biorąc pod uwagę inne 'etniczne' wpływy nie można zapomnieć o tajemniczej muzyce hinduskiej, której na wydaniu płytowym jest ledwie kilkanaście sekund, aczkolwiek pojawiającej się dłużej w samym filmie - robiącym szczególne wrażenie niskim chórem ze scen z wioski. Czymś zupełnie szalonym, dzikim i niemal demonicznym jest sekwencja z rytuału w tytułowej świątyni. Zmierzymy się tu z odrealnionymi, złowrogimi śpiewami w wymarłym sanskrycie (kompozytor powróci do niego 17 lat później przy okazji Duel of the Fates) a aerofony i gigantyczne uderzenia w kotły budują niezwykłą atmosferę muzycznego. Ten utwór to coś unikalnego a zarazem szokującego jak na karierę Johna Williamsa, któremu przypisuje się tak często bezsensowną łatkę 'kompozytora infantylnego'. Mówiące wiele o pracy jaką włożył w powstanie tej partytury. Z kronikarskiego obowiązku należy wymienić także parodystyczny temat gangstera Lao Che (Fast Streets of Shanghai) jak i zadziorny 4-nutowy motyw sług Mola Ramy ścigających bohaterów.

Nie mogło także zabraknąć nowego tematu miłosnego, który jest niestety słabszy od tego z "Raiders", choć na swój sposób uroczy. Kolejny z pewnością hołd złożony Złotej Erze, ale jakże mógłby być inny skoro akcja filmu rozgrywa się dokładnie w tym okresie! Szkoda, że w pełnej wersji możemy go wysłuchać dopiero na napisach końcowych. Muzycznych napisach końcowych, które zostały w perfekcyjny sposób zaaranżowane przez Williamsa (ach te przenikanie się tematów!), a rozpoczynających się spektakularnym wykonaniem tematu Indiany Jones'a, kto wie czy nie najlepszym w całej trylogii. Jak widzimy różnorodność tematyczna i kompozycyjna w przypadku "Indiana Jones and the Temple of Doom" przyprawia o ból głowy. A to jeszcze nie wszystko. Dużą część w/w nieopublikowanej oficjalnie partytury odnaleźć można na bootlegach krążących po sieci. Najbardziej boli pominięcie sensacyjnej ilustracji pod scenę kradzieży kamieni Sankary (tutaj do wysłuchania fragment), z genialnym zastosowaniem tryumfalnego chóru, powodującego przejście ciarek po plecach.... Brakuje również dynamicznego, perkusyjnego podkładu pod finałową batalię na wiszącym moście, dramatycznej muzyki (wykorzystującą ponownie wspaniałe chóry) ze starcia głównych antagonistów i wręcz osadzonej w klimacie fantasy fanfary dla zwycięskiego herosa w kapeluszu (do posłuchania tutaj). Dlaczego tak się stało - nie jest mi wiadome, widocznie Williams uznał, że muzyka ta nie pasuje do koncepcji płyty. Niestety jakość tych wydań pozostawia trochę do życzenia i pozostaje nam żywić nadzieję, że po niemal ćwierćwieczu oczekiwania ktoś wreszcie się zlituje i wyda kompletną partyturę...

Partytura z "Indiana Jones i świątyni zagłady" zdaje się nie mieć wielu fanów. Nie potrafię stwierdzić czy jest jednoznacznie słabsza od ścieżki z "Poszukiwaczy". Z pewnością pod względem muzycznym jej dorównuje, jeżeli nie przewyższa. Troszkę słabiej może być ze słuchalnością tak potężnej dawki brawurowej akcji jak i kilku niezbyt przekonujących fragmentów (utwory 3 i 5), ale czyż i takich wad nie posiada płyta z części I? Myślę, że za ścieżką dźwiękową ciągnie się cień mniejszej popularności filmu jak i koszmarnie ciężkiej dostępności samej płyty. A to wysoce niesprawiedliwe, ponieważ John Williams skomponował tą partyturę wkładając w projekt dużo serca, co czuć w muzyce, w jej awanturniczym charakterze, jej bezkompromisowości w kreowaniu kolejnej i kolejnej fantastycznej przygody i atrakcji (oczywiście w muzycznym sensie) jak i niepodrabialnej, niemalże magicznej otoczce lat 80-ych. Jego wysiłek zauważyła przynajmniej oscarowa Akademia, przyznając mu nominację. Score z drugiej części Indiana Jones z pewnością nie zachwyci wszystkich. Swoboda i entuzjazm, jaki tu panuje przebija nawet dokonania twórcy w "Poszukiwaczach zaginionej Arki", choć brakuje trochę dostojnego, religijnego charakteru zawartego u protoplasty serii. Z pewnością zadowli fanów wielkiego, spontanicznego orkiestrowego grania, które nie jest jedynie środkiem samym w sobie, a misternie przygotowaną ucztą, "przypichconą" tematyczną brawurą, wykonaniami i kompozycją na najwyższym poziomie. Jednym słowem: radocha. Tylko niech proszę ktoś wreszcie wyda raz jeszcze soundtrack. Może w przyszłym roku, z okazji premiery czwartej części? Oby.



Autor recenzji:  Tomek Rokita
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
Razem: (39:33)
Komentarze
Marek 2007-11-09 11:09
Ta część to dla mnie muzyka akcji - jedna z najbardziej ekscytujących, jakie w swojej karierze Williams napisał. Taki The Mine Car Chase to po prostu istna perła:) Natomiast jeśli chodzi o całość, to już abstrahując od długości albumu (słucha się go bardzo fajnie, ale pozostaje niedosyt), to niestety widać pewien wpływ filmu i ten lżejszy ton nie zawsze Williamsowi wychodzi (oj, nie przepadam za tematem Short Rounda:P) - co oczywiście nie znaczy, że muzyka nie jest bardzo dobra, ale jednak do rozmachu i potęgi części pierwszej trochę jej brakuje (nie tyle w kwestiach technicznych, bo jest głośno i intensywnie, ale bardziej artystycznych). Tak czy siak - świetna pozycja, do polecenia każdemu.
Mefisto 2007-11-10 23:54
Dla mnie nieco przykrótki ten album. No i nie umywa się jednak do pozostałych dwóch pozycji. Mimo to i tak ocena wysoka.
Marcin 2010-07-21 17:29
z pewnościa nie jest to score dla każdego, mnie sie nie podoba ale to ogólnie nie w moim stylu orkiestry williamsa mi nie leżą żeby to sie podobało trzeba ten styl lubieć, wole od tego czajkowskiego prokofiewa itp nuży nie porywa nie zachwyca nie wciąga pozdr
mateusz 2010-11-17 07:42
dla mnie fajny jest indiana jones lubie go
abc 2011-06-20 22:46
Świetna płyta. Zdecydowanie jeden z lepszych Williamsów oraz moja ulubiona partytura do filmu o Indianie Jonesie. Świetne tematy - Slave Children's Crusade czy Short Round's Theme (perełki), oraz kapitalna muzyka akcji - The Mine Car Chase czy Slalom on Mt. Humol (też perełki). Osobowiście wolę wydanie 40-minutowe.
artur 2011-10-21 11:24
Klasyka. I to wszystko co mam do powiedzenia"-)
mike 2012-01-03 17:07
Jak nazywa się ten chiński instrument pod koniec Anything Goes - a konkretnie w 2:38?
dziekan 2012-01-03 17:33
Wyraznie slychac w tym utworze,że orkiestra potyka się o własne instrumenty. Niezbyt spójna kolaboracja okraszona etnicznymi,nic nie wnoszącymi do harmonii dźwięku instrumentami,które w pewnym stopniu mogły zepsuc ogólne wrażenie tej orkiestracyjnej jazdy bez trzymanki .Obawiam się,że Williams w latach 70 był jeszcze niekompletnym kompozytorem muzyki filmowej,szukającym własnego wyrazu,własnej tożsamości.
mike 2012-01-03 17:41
Co ty dziekan bredzisz? Jakie potykanie? Zresztą pytałem się tylko o nazwę tego instrumentu. A ścieżka jest z '84, tak na marginesie.
dziekan 2012-01-03 20:52
Żartowałem :)
mike 2012-01-03 20:55
No ja myślę :D Ale co to za instr. to się pewnie tutaj nie dowiem :(
Tomek 2012-01-04 17:53
Mi to brzmi na jakiś instrument strunowy. Może erhu?
michal 2012-01-04 17:59
wtedy co powiedziałeś wchodzą klarnety, mają specyficzne brzmienie bo grają na pentatonice, do tego w takim bardzo typowym rytmie. jeśli mówimy o tym samym fragmencie to raczej nie ma tam erhu :P ale z drugiej strony posłuchałem tego na youtube na bardzo słabej wersji, mimo wszystko jak dla mnie są to klarnety w wysokim rejestrze :)
dziekan 2012-01-04 18:14
To ty chyba nie wiesz jak brzmi erhu Tomek bo to na 100% nie jest erhu :D Erhu brzmi jak pogłos ludzki ;)
Tomek 2012-01-04 19:10
michal - nie wiem, nie jestem muzykiem ani nie mam wykształcenia muzycznego. Z tym erhu strzelałem trochę. Czyli rozumiem (albo i nie rozumiem :-), Williams "zaadaptował" brzmienia klarnetów, tak by imitowały jakiś instrument chiński?
michal 2012-01-04 20:31
wsłuchałem się w to w lepszej wersji i teraz słyszę w tej melodyjce pizzicato na smyczkach, klarnety i flety - z pewnością jakieś dęte drewniane instrumenty. Nie znam wschodniego instrumentu dętego który miałby takie brzmienie więc wydaje mi się, że raczej żadnego etnicznego instrumentu tam nie ma, choć tak jak mówię - mogę się mylić, musiałby się wypowiedzieć znawca dalekowschodniej etniki :) Wydaje mi się, że można takie brzmienie osiągnąć typową instrumentacją, wprawdzie faktycznie wydaje się, że coś dodatkowo tam jest, ale ja to "coś" słyszę jako pizzicato skrzypiec. Myślę, że Williams nie chciał tutaj imitować jakiegoś brzmienia, skojarzenia raczej wynika ze skali, to raczej taka imitacja stylowa. Coś jak w Alladinie Menkena, gdzie europejskie oboje i rożki angielskie dzięki zastosowanym skalom arabskim brzmią, jakby były stworzone do arabskiej etniki.
abc 2012-01-04 20:31
Erhu na pewno nie. Klarnet chyba też.
michal 2012-01-04 20:41
zapomniałem dodać, że jak już miałby mi się jakiś etniczny instrument z tym kojarzyć, to byłby to dizi :)
Mieszko 2014-02-21 01:36
O ile z oceną za "Raiders of the Lost Ark" miałem zawsze duży kłopot (3 bądź 3,5 - finalnie druga nota), o tyle z "The Temple of Doom" już tak nie jest. Całość gorsza od poprzedniej części (wyraźnie!). Nie dotrzymuje jej kroku, mimo iż tamta także nie była czymś wybitnym (za to bardziej słuchalnym). Co na plus? Jakby wyłączyć temat Indiany Jonesa, to melodia z utworu nr 4, fragmenty w 3. i 9. tracku oraz kawałek ostatni (robiący za podsumowanie). Ogółem zostawiłbym jedynie "Finale and End Credits". Zawiera to, co na krążku najlepsze.

Indiana Jones and the Temple of Doom (Indiana Jones i świątynia zagłady)

Kompozytor:

  • John Williams

Dyrygent:

  • John Williams

Orkiestrator:

  • Herbert W.Spencer
  • Alexander Courage

Wydawca:

  • Polydor (1984)

Producent:

  • John Williams
    Bruce Botnick

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2021 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie