Szukaj: w


recenzje

Belly of an architect, the (Brzuch architekta)


Gdy w XVI wieku zaczęły powstawać pierwsze gabinety osobliwości, ich twórcy do opisywania gromadzonych rzeczy ukuli termin bizzarro, co znaczy tyle co coś dziwnego, nietypowego, ekstrawaganckiego, łączącego w sobie częstokroć przeciwstawne siły. O ile w sztuce dawnej pojęcie bizzarro było symbolem złego smaku, rzeczy która fascynuje poprzez swoją nietypowość i godna jest jedynie zamykania w owym świecie milczącego curiosità, o tyle po rehabilitacji manieryzmu, jaka dokonała się w początku wieku XX bizzarro stało się modne, zaczęto je cenić. Co więcej nie tylko artyści malarze i rzeźbiarze składali hołd temu terminowi, swoje trzy grosze wrzucili też filmowcy, twórcy surrealistyczni i awangardowi. W zakresie sztuki filmowej chyba najpełniejszą realizację terminu odnjadziemy w twórczości artysty wielce nietypowego, człowieka który medium filmowe traktuje jako wielką ikonograficzną alegorię, gdzie narracja jest jedynie przedmiotem wariacji, a to co najbardziej się liczy to mnożenie zagadek i ciągów znaczeniowych. Mowa oczywiście o Peteru Greeneway'u.

Twórca wielokrotnie w swoich filmach udowadniał, iż mimo skrajnie różnej tematyki swoich obrazów właściwie cały czas krąży wokół tych samych zagadnień, wokół życia i śmierci, cielesności i fizyczności, makabry i rozkładu. To właśnie te motywy tropi w dziełach wielkiej sztuki europejskiej, w rysunku ("Kontrakt rysownika"), malarstwie (choćby "Dzieciątko z Macon"), w architekturze ("Brzuch architekta") w literaturze ("Księgi Prospera"). Jego filmy dla przeciętnego zjadacza chleba to grafomański wybryk, katalog pustych form, jednak każdy, kto wejdzie w głąb "dziwacznego świata" Greenewaya, porzuci myślenie o obrazie jako o opowiadanej historii, i zacznie go rozważać w kategoriach stricte alegorycznych, odkryje świat pełen dyskursu, świat prawdziwej sztuki.

W filmach Petera Greenewaya poza genialnymi zdjęciami Sacha Vierny'ego (które kreują malarskie kadry) ogromną rolę odgrywa muzyka, która bardzo często pełni znacznie większą rolę niźli jedynie tło i rytmizacja akcji, sama stając się symbolem, a często wręcz nawet kluczem do zrozumienia całości filmu ("Kontrakt rysownika"). Można chyba powiedzieć, że to właśnie filmy Greenewaya ujawniły pełne możliwości jakie stwarza muzyka minimalistyczna. To bowiem właśnie ten reżyser dla świata kina odkrył Michaela Nymana, który to współpracował z Anglikiem aż przy 11 filmach.

Jednym z nielicznych wyjątków, kiedy to Greeneway zrezygnował z usług Nymana, był film "Brzuch Architekta", specyficzna wariacja na temat idealnej architektury skontrastowana z cielesnym banałem – bólem brzucha. Wybór kompozytora nie powinien dziwić. Wim Mertens to podobnie jak Nyman minimalista, eksperymentujący z muzyką, odkrywający jej możliwości, jednocześnie tworzący dzieła na tyle dziwaczne by mogły się idealnie wpasować w pełen bizzarro świat Greenewaya. Lektura filmu dostarcza jeszcze kilka motywów, dla których reżyser skorzystał z usług zdobywającego uznanie Belga. W mojej opinii można bowiem wysnuć dosyć czytelną paralelę pomiędzy unoszącym się nad całym obrazem duchem wielkiego architekta Etienna Louisa Boulle a minimalistycznym kompozytorem. Muzyka Mertensa, tak jak utopijna sztuka wielkiego farncuskiego wizjonera, dąży do maksymalnej prostoty, lecz w odróżnieniu od tkwiącego w tradycji Nymana (mistrza barokowych pastiszów), zrywa z wzorcami minionych epok. Jest ona, podobnie jak nigdy nie zrealizowane projekty Boullego, modelem wszechświata, przeżyciem na wskroś magicznym, zupełnie nietypowym (dla niedowiarków polecam improwizowane koncerty Mertensa, słuchając których ma się wrażenie obcowania z magią w czystej postaci).

Muzyka Mertensa zawarta na płycie nie jest w całości oryginalnym dziełem napisanym na potrzeby filmu. Twórca wraz z reżyserem dokonali wyboru z bogatego dorobku Belga zostawiając jedynie miejsce na dwa motywy Birds for the Mind / The Victor Emanuel oraz And with Them/Caspasian. Mimo to Greeneway'owi brakowało mrocznej muzyki odpowiedniej do ostatnich scen filmu. Dlatego zdecydował się zwrócić o pomoc do awangardowego gitarzysty Glenna Branci, który to dzieło Mertensa uzupełnił specyficznym, niemal "horrorowym" underscorem (utwory 1, 10-14).

Płyta podobnie jak i film ma w sobie wiele smaczków i ikonograficznych kruczków, paralel z obrazem, będących ciekawym przykładem ikonografii muzycznej. Już sama minimalistyczna technika powtarzalności krótkich motywików (The Aural Trick / Foro Italico, 4 Mains / Etienne-Louis Boulle) jest swoistym odbiciem obsesji głównego bohatera Stourley'a Karcklite'a, który porażony bólem brzucha wpada w szał multiplikowania obrazów brzuchów. Kracklite tworzy simulakra organów, Mertens tworzy simulakra motywów, tym samym zadając pytanie o istotę kopii. Pytanie jak najbardziej retoryczne i obrazowo, i muzycznie. Drugim ważnym elementem słyszalnym w muzyce, a mającym znaczenie dla obrazu, jest sztuczność. Choć partyturę wykonują żywe instrumenty, to jednak słuchający ma wrażenie ich sztuczności, specyficznej teatralizacji dźwięku. Tak jakby oto owe pojedyncze motywiki były sznurkami, które ciągną kończyny lalek jakimi są płascy bohaterowie filmu. Uważny widz dostrzeże, iż to nie przypadek, że film jest właśnie taki, pełen specyficznego antynaturalistycznego wysmakowania, które burzy banalna cielesność.

Z mojego opisu nieznający partytury czytelnik może wywnioskować, że oto mamy do czynienia z jakimś wysoce awangardowym dziełem, nie nadającym się zupełnie do słuchania. Owszem tak dzieje się może wypadku fragmentów napisanych przez Brancę. To jednak co stworzył Mertens, to doskonale słuchalna, pełna magii muzyka, która wyraźnie wyróżnia się w kinie (można mieć tylko żal do Greenewaya, że czasami traktuje ją po macoszemu, nie dając jej odpowiednio wybrzmieć – scena awantury przy kolacji na Piazza dell Rotonda). Nie zmienia to jednak faktu, że "Brzuch architekta" jest niemal idealną realizacją parafrazy antycznego powiedzenia, iż architektura jest niemą muzyką. To co napisał Mertens to nic innego jak architektura. Architektura która brzmi.



Autor recenzji:  Łukasz Wudarski
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
Czas trwania: 33:54
Komentarze
Thedues 2007-06-11 14:46
Nie rozumiem tego gromu na słowo "słuchalny" W potocznej mowie to słowo jest używane często. Czy żeby wszystkich zadowolić trzeba zmieniać nasze przyzwyczajenia, które sprawiają kłopot pojedyńczej jednostce(aa i jak zawsze redaktorowi s.pl)? Czy ktoś tego słowa nie rozumie? Trzeba je jakoś wyjasniać? sorry... nie wpadajmy w skrajności. Czy mamy teraz wszyscy się czepiać o słownictwo w recenzjach;)?? dajcie panowie troche na wstrzymanie, to nie są poematy, wiersze sonety;P Często czytając różne felietony kręce głową jak czytam jakiś wyciągnięty z głowy wyraz przez redaktora;) ale mi to tak bardzo nie przeszkadza jak wam:P
Bob 2007-06-11 14:55
Babuch... Muzyka filmowa ma swój język. Jeśli posłuchasz rozmowy między dwoma kompozytorami to z łatwością zauważysz masę neologizmów, kolokwializmów i branżowego żargonu. Ale to język kompozytorów i ludzi zajmujących się tworzeniem muzyki filmowej. Dziennikarz jest ostatnią osobą, która ma prawo posługiwać się żargonem muzyki filmowej, dlatego że odbiorcą jego tekstu jest zwykły czołwiek. Podstawowym narzędziem każdego dziennikarza jest język polski, za pomocą którego kontaktuje się z potencjalnym czytelnikiem. Ty nie piszesz recenzji, dla kompozytora w jego języku, ale dla zwykłego czytelnika, który nie musi znać języka branżowego. Odsyłanie kogoś do słownika, jest szczytem nadęcia i kompletną ignorancją. Co to za recenzja, którą trzeba czytać ze słownikiem? Te wszystkie neologizmy i amerykanizmy, które uważasz za "metajęzyk" są kompletnie niepotrzebne człowiekowi, który wie jak z głową posługiwać się jezykiem polskim. I tego Wam wszystkim życzę.
Thedues 2007-06-11 15:01
yyy jesteś pierwsza bodaj osobą, która skarży się na używanie takich słów;) Myśle, że babuch odsyłal Ciebie do słownika, który istnieje na naszej stronie;) a jeśli nie ma takiego słowa to wystarczy poprosić aby któs mógł napisać do niego definicje. Poza tym mylisz pojęcia. My nie jesteśmy dziennikarzami;) za takowych tutaj się nikt nie uważa. To jest po prostu hobby;) nie pobieramy prowizji za teksty. Czepialstwo jest według mnie bardzo przesadzone. Łukasz ma warsztat słowny a to, że się posługuje żargonem nikomu nie szkodzi;) Wszystkim człowiek nie dogodzi. BTW mi to nie przeszkadza więc jest REMIS;P
Babuch 2007-06-11 15:22
Bobuś a czemu nie czepiasz się underscore? Albo action score, albo track by track, albo soundtrack, score, i masę innych rzeczy??? Nie róbmy z czytelników debili. Słuchalność jest pojęciem popularnym i dosyć jasnym, a jeśli ktoś nie wie z czym się je, to odsyłam do słownika i nie dlatego, że jest to szczyt zadufania czy impertynencji, lecz uważam że po to ktoś się napracował tworząc zbiór tych rozsianych po naszych tekstach pojęć, aby służył ludziom którzy po raz pierwszy zetknęli się z muzyką filmowa. Nie wiem czy pamiętacie wielką batalię jaka jakiś czas temu rozpętała się na soundtracks.pl Czytelnicy chcieli słownik ale zaraz pojawiły się głosy negatywne (niekoniecznie ze strony redaktorów) że tworzenie czegoś takiego to jednocześnie hermetyzowanie środowiska. Ze jest bez sensu, bo redaktor powinien pisać prosto i dla każdego. Otóż moi drodzy tak się nie da. Nie da się pisać dla każdego. Kto choć raz próbował sztuki recenzowania wie o tym doskonale. Koniec końców na soundtracks.pl słownik powstał i chyba wszyscy są zadowoleni, a środowisko wcale się bardziej nie zhermetyzowało od tego.

PS I znów dyskutujemy w sumie nie na temat recenzji.
Olek Dębicz 2007-06-11 16:30
Ale po co się tak oburzać? :) Chciałbym zauważyć, że słowo "słuchalność" pojawia się wyłącznie w polskich portalach o muzyce filmowej, ktoś w naszym "środowisku" je sobie wymyślił. I nie ma co odsyłać do słownika, bo to nie jest żaden PWM.
Babuch 2007-06-11 16:57
PWN a nie PWM jak już :) [troche złośliwości nikomu nie zaszkodzi, co nie Olek ;)] W języku angielskim istnieje słowo "listenable" co znaczy tyle co "przyjemny dla ucha". Jest ono używane również przez recenzentów muzyki filmowej i jego zakres znaczeniowy jest bardzo zbliżony do naszej słuchalności, choć oczywiście polska słuchalność to termin szerszy, ale czy to źle? Wszak Polacy nie gęsi i swoją słuchalność mają :)
Olek Dębicz 2007-06-11 17:33
Bynajmniej nie PWN, lecz właśnie PWM - Polskie Wydawnictwo Muzyczne, które redaguje m.in. Encyklopedię Muzyczną i Słownik Terminów Muzycznych :)
Babuch 2007-06-11 17:42
To zwracam honor :)
Tomasz Goska 2007-06-11 17:47
Śmiem twierdzić (przecinek) że ponieważ (przecinek) aczkolwiek (przecinek) bynajmniej z powodu nieobecności określenia (cudzysłów)słuchalność(cudzysłów) w jakimkolwiek słowniku terminologicznym nie oznacza to (przecinek) że nie możemy tworzyć tutaj (przecinek) tych no (trzykropek) neologizmów dla osiągnięcia konsensusu z własnymi myślami (kropka)
Babuch 2007-06-11 17:53
A btw po chu... j est ta dyskusja?

Do tej recenzji istnieje jeszcze 6 komentarzy. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
Belly of an architect, the (Brzuch architekta)

Kompozytor:

  • Wim Mertens

Muzyka dodatkowa:

  • Glenn Branca

Dyrygent:

  • Paul Daniel

Orkiestrator:

  • Wim Mertens

Soliści:

  • Peter Cooper - fidola

Wydawca:

  • Les Disques du Crepuscule (1987)

Producent:

  • Colin Callendar
    Walter Donohue

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie