Szukaj: w


recenzje

PotC 2: Dead Man's Chest (Piraci z Karaibów 2: Skrzynia umarlaka)


Piraci z Karaibów Gore'a Verbinskiego to znakomita komedia przygodowa wyprodukowana przez samego Jerry'ego Bruckheimera. Odniosła wielki sukces, więc postanowiono zrealizować sequel. Zgodnie z popularną ostatnio regułą Matrixa dwa sequele kręcono jednocześnie. Wróciła cała ekipa, Verbinski, autor zdjęć Dariusz Wolski, a przede wszystkim aktorzy, świetny Johnny Depp jako kapitan Jack Sparrow (chyba jedna z jego najlepszych ról, sądząc po pierwszej części), Orlando Bloom jako Will Turner i Keira Knightley jako jego ukochana Elizabeth. Rozważano powrót Geoffreya Rusha jako Barbossy, ale chyba załamały się negocjacje i nowy czarny charakter w Skrzyni umarlaka zagrał Bill Nighy (Barbossa wróci w części trzeciej). Tym bohaterem jest Davy Jones. W ciągu pięciu dni od premiery kosztujący 225 milionów dolarów film zwrócił się w ponad połowie, zarabiając 132 miliony i przekraczając przy tym rekord Spidermana Sama Raimiego, który w pierwszym tygodniu zarobił 114 miliony. Wielki sukces, zwłaszcza jak na sequel.

Partyturę do pierwszej części miał skomponować Alan Silvestri. Mocno się zdziwiono, bowiem producent Jerry Bruckheimer ma określone preferencje, co do muzyki w swoich filmach. Oczekiwania były duże, ale na kilka tygodni przed premierą dowiedzieliśmy się, że Silvestri został zwolniony i zastąpili go Hans Zimmer i Klaus Badelt. Ostatecznie ilustracja została skomponowana przez Badelta, któremu pomogło przy tym 7 dodatkowych kompozytorów i czterech orkiestratorów. Dlatego powszechnie sądzi się, że młody twórca był tylko koordynatorem całego projektu. Zimmer zaś "nadproducentem" całości, który, jak sam mówi, stworzył jednak 90% tematów. Ostatnie poprawki poczyniano w dzień premiery (!). Ostateczny efekt wywołał wielkie kontrowersje od lamentów nad upadkiem muzyki filmowej (jak tak można zilustrować film o piratach...) po zachwyt (świetna rockowa muzyka, nowoczesna i przebojowa), co świetnie w swojej recenzji opisał Mariusz Tomaszewski. Film odniósł sukces, do sequeli zaangażowano twórcę tematów, który jest wielce ceniony zarówno przez Verbińskiego (z którym współpracują od Ringa) jak i Bruckheimera, Hansa Zimmera. Tym razem Niemiec miał większy budżet i orkiestrę, co słychać w ostatecznym produkcie.

Nim przejdę do samej partytury, myślę, że warto byłoby zastanowić się nad samą piracką konwencją. Mimo, delikatnie mówiąc, surowej oceny muzyki do poprzedniej części Piratów, nie jestem wielkim tradycjonalistą. Konwencja tzw. swashbucklerów, jak powszechnie określa się kino płaszcza i szpady zwłaszcza w jego marynistycznym wydaniu, chociaż tak można mówić i się mówi o Masce i Legendzie Zorro Martina Campbella (tu raczej tradycyjna muzyka Hornera), datuje się na lata trzydzieste, a za jej twórcę uważa Austriaka, ucznia Gustava Mahlera, Ericha Wolfganga Korngolda. Prawie, że etatowy ilustrator klasycznych filmów Errola Flynna (Przygody Robin Hooda i Sea Hawk) stworzył brzmienie, do którego kompozytorzy odnoszą się do dziś. Przykładem takiej ścieżki dzisiaj jest klasyczna już Wyspa piratów, skądinąd świetna partytura Johna Debneya. Mówiąc w skrócie, jest to muzyka pełnoorkiestrowa o bardzo wysokiej jakości technicznej, inspirująca, w przypadku Korngolda jednak mocno ilustracyjna (tzw. mickey-mousing), przez co, jak sądzę, brzmienie to dzisiaj się dobrze nie zachowało. Kompozytorzy aż tak bezpośrednio się do Austriaka nie odnoszą, może z wyjątkiem Johna Williamsa (który swashbucklerem uczynił wczesne Gwiezdne wojny, Korngoldowska jest także trylogia o Indianie Jonesie). Sam Hans Zimmer twierdzi, że nigdy nie cenił tego twórcy (I never cared for Korngold), mimo to w dość umiejętny sposób połączył swój styl z konwencją w Muppetowej wyspie skarbów. W Piratach, zapewne na bezpośrednie żądanie samego Bruckheimera, postanowił się od niej totalnie odciąć. Czy to dobrze, czy źle? Trudno ocenić. Osobiście należę do milośników konwencji (z wyjątkiem samego Korngolda, który odstręczył mnie mickey-mousingiem Sea Hawka), sądzę, że ma wiele do zaoferowania zarówno pod względem ilustracyjnym, jak i emocjonalnym, a Wyspę piratów Debneya uważam za jedną z najlepszych prac ubiegłej dekady. Nie można jednak nie zrozumieć chęci aktualizacji, czy nawet jej zmiany, chociaż nie wiem, czy akurat rockowy styl byłej grupy Media Ventures (można powiedzieć, muzycznofilmowej grupy trzymającej władzy) jest najlepszym kierunkiem rozwoju. Jeden z najbardziej zatwardziałych tradycjonalistów na Zachodzie dokonał nawet analizy semantycznej słowa swashbuckling. Sprawdził otóż jego znaczenie w słowniku (zapewne internetowym) i doszedł, że znaczy to tyle, co flamboyantly adventurous (awanturniczo przygodowe). Samo flamboyant oznacza nie tylko awanturniczość, ale także richly colored, czyli o dużym kolorze. Jego zdaniem, tego brakuje u Zimmera. Skądinąd słusznie, bowiem za dużą część koloru w orkiestrze odpowiada sekcja dętych drewnianych, o której powiem niżej.

Album zaczyna chyba najbardziej przygodowy temat w karierze Niemca, Jack Sparrow. Nieco "pijany" początek zapowiada wcale niezłą zabawę, a także coś, czego brakowało pierwszej partyturze, pewien wymiar awanturniczości. Nie chodzi o to, że muzyka jest "kolorowa", ale o samo wykonanie orkiestry, które, obok Kodu da Vinci należy zaliczyć do czołowych w karierze Niemca. Wkrótce wraca jeden z najlepszych tematów z pierwszej części, prosty motyw na wiolonczelę, tutaj mocno i świetnie rozwinięty i zorkiestrowany. Właśnie tego było mi trzeba. I chyba tylko na tyle mógł sobie Zimmer pozwolić, biorąc pod uwagę "przywiązanie" Bruckheimera do konwencji, a także preferencje brzmieniowe (przez to tak samo brzmią Piraci z Karaibów jak historia o rycerzach Okrągłego Stołu i thriller o buncie na okręcie podwodnym). Można to chyba zestawić z fatalnymi często orkiestracjami Peacemakera, tylko po to, by zobaczyć, co tak naprawdę oznacza przełom w jego twórczości w 1998 roku. Drugim utworem jest The Kraken. Już słyszę lamenty tradycjonalistów. Otóż mamy tutaj nic innego, tylko orkiestrowy rock, niewiele różniący się w stylistyce od Led Zeppelin czy Deep Purple, od tego pierwszego zespołu Niemiec skradł nawet motyw. Muszę powiedzieć, że ten kawałek jest najzwyczajniej w świecie cool i łączy w sobie hard rock z barokowymi organami. Wbrew pozorom wypada to całkiem spójnie, a sam temat na organy jest naprawdę bardzo dobry. Słuchając Krakena należy zupełnie zapomnieć o Korngoldzie, Silvestrim, Debneyu czy Kaperze. Trzeba potraktować tę partyturę jako zupełnie inny byt, mieszczący się w innej konwencji. Trzecim tematem jest Davy Jones, prawie kołysanka na pozytywkę, którą należy zaliczyć do najpiękniejszch melodii kompozytora w ostatnich kilku latach. Szkoda tylko, że w drugiej połowie twórca ją tak zbrutalizował.

Po prezentacji nowego materiału tematycznego w formie suit przechodzimy do właściwej ścieżki ze Skrzyni umarlaka. Tutaj należy się zgodzić z krytykami, co do problemu oryginalności. Cieszy fakt, że stare tematy wracają w formie orkiestrowej, co na przykład słychać w I've Got My Eye on You, niestety zaraz po dość słabej przeróbce Peacemakera. Mocno perkusyjne Dinner is Served zawiera na końcu świetny wiedeński walc, który należy do najlepszych fragmentów partytury. Zorkiestrowane w pełni stare tematy zyskują wiele, chociaz można by się kłócić, że cała partytura straciła na przebojowości. Na pewno jest dużo poważniej i dramatyczniej, mimo bardzo zabawnego tematu Sparrowa. Na albumie jest także mniej akcji. Szkoda, że wrócono do konwencji wokalnej z Gladiatora. Przekomiczne są dwa hornpipe'y (tańce celtyckie) skomponowane przez Skipa Hendersona do scen w Tortudze. Mamy też obowiązkowy powrót do znanych nam już skądinąd smyczkowo-wiolonczelowych elegii, które nie przekonują już tak jak 8 lat temu w Księciu Egiptu czy w 3 lata późniejszym Hannibalu (ciekawe, że udało mu się ich uniknąć w Cienkiej czerwonej linii).

Znakomitą zabawą jest jednak moim zdaniem Wheel of Fortune. Mamy tu coś, czego na pewno brakowało nie tylko w Klątwie czarnej perły, ale i w ogóle w większości twórczości akcji kompozytora Twierdzy. Pełną orkiestrę. Dzięki temu całość stała się dużo bardziej ekscytująca, a nawet przygodowa (tego wbrew pozorom można a nawet trzeba odmówić dotychczasowym pracom trzymającym się mocno stylu Media Ventures, takim jak Twierdza czy Karmazynowy przypływ). Widać ewidentną zabawę zespołem (wersja tematu Czarnej Perły na pizzicato). Poza starymi tematami, które dopiero przy tej aranżacji zyskują odpowiednią ekspresję, mamy także powrót do tematu Jacka Sparrowa. Dzięki Bogu Zimmer przestał zastępować orkiestry elektroniką, jak chociażby w Królu Arturze czy nawet w Gladiatorze. Mix jest dużo bardziej suchy, dzięki czemu można poszczególne elementy rozpoznać. Przy mówieniu o pełnej orkiestrze trzeba wziąć pod uwagę zastrzeżenia, jakie przyjęliśmy na początku, mówiąc o braku sekcji dętych drewnianych. Otóż jest jednym z ważniejszych elementów konwencji awanturniczej. Kompozytorzy często stosują ją tam w utworach humorystycznych, a także zwiększają nią wyraz (charakterystyczne wykorzystanie piccolo) fragmentów wzniosłych. Jerry Bruckheimer niestety nie znosi brzmienia tych instrumentów i z małymi wyjątkami (obój w Davy Jonesie, flet w Jacku Sparrow'ie i I've Got an Eye on You) nie mógł jej wykorzystać, a szkoda.

Dwa ostatnie utwory partytury mocno rozczarowują niestety. Oba są wyjątkowo poważne. Za największy grzech You Look Good, Jack uznaję jednak powrót do beznadziejnego tematu Swords Crossed z pierwszej części, tematu, który w dużej mierze odpowiada u mnie za najniższą możliwą ocenę dla całości tamtego "dzieła". Reszta mogłaby się spokojnie znaleźć w pierwszym lepszym filmie akcji. Hello Beastie, mimo świetnego wykonania kilku tematów jest najzwyczajniej w świecie nudne. Wydaje mi się, że po raz kolejny po Królu Arturze Zimmer próbuje tu kopiować Władcę Pierścieni Shore'a. Niestety kompozytor niebezpiecznie się zbliża do tamtej słabej pracy. Dopiero teraz staje się dość pretensjonalny. Zgodzę się z krytykami, że taka dramatyczna neoklasyczna elegia (jakich Niemiec stworzył przecież bardzo wiele) zupełnie może nie pasować do kina awanturniczej przygody, jakim, choć w nowej wersji, próbują być Piraci. Potem otrzymujemy coś, co nie za bardzo rozumiem, czyli Chevaliers de Jack Sparrow, bo inaczej tego fragmentu określić chyba nie można. Dziesięciominutowy moloch niestety męczy. Nie jest to zadowalające zakończenie dotychczasowej, dość dramatycznej, ale i czasem zabawnej partytury. Brakuje tu nowych tematów, chciałbym np. usłyszeć fragmenty Jacka Sparrowa. Wraca natomiast na chwilę temat He's a Pirate, ale tylko na chwilę i znowu w wolnym tempie. Na koniec zaś otrzymujemy, coś, czego chcieliśmy przez 10 minut. Fragment tematu Jacka w pełnoorkiestrowej aranżacji.

Zupełną pomyłką, obniżającą poważnie jakość albumu jest remix He's a Pirate. Tiesto to nie Paul Oakenfold niestety. Drugim problemem jest także brak porządnej melodii przez pół utworu. Nawet jak pojawia się wreszcie temat Zimmera i Badelta, ledwo go słychać. Szkoda, że w ten sposób kończy się rozczarowujący, ale trzymający jednak o klasę wyższy poziom niż poprzednia partytura, album. Ogólnie, jest lepiej i gorzej jednocześnie. Dlaczego lepiej? Przede wszystkim dzięki większej orkiestrze, zróżnicowaniu muzycznym i ogólnie włożeniem w tę partyturę jakichkolwiek emocji. Dlaczego gorzej? Bo jednak pierwsza partytura była, tu się zgodzę z Łukaszem Wudarskim, w jakiś sposób przebojowa. To była czysta akcja, niestety fatalnie zorkiestrowana, fatalnie wydana, ale jakimś cudem wyjątkowo dopasowana do filmu. Mimo wszystko daję wyższą ocenę Zimmerowi. Właśnie przez zróżnicowanie, orkiestracje i emocje. W kilku przypadkach w tej pracy mamy to, czego ja osobiście chciałem od stylu Media Ventures, czyli jego pełnoorkiestrową wersję. Orkiestracje są wyjątkowo dobre, jak na ten styl i jak na samego Niemca. W pierwszej części mi tego brakowało. Mimo tych zalet jest to partytura ze wszechmiar średnia, co w porównaniu z poprzednią pracą Klausa Badelta i tak jest dużą poprawą.





Inne recenzje z serii:
  • Pirates of the Caribbean: Curse of the Black Pearl
  • Pirates of the Caribbean 3: At World's End
  • Pirates of the Caribbean 4: On Stranger Tides
  • Music from the Pirates of the Caribbean Trilogy

    Autor recenzji:  Paweł Stroiński
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    • 1. Jack Sparrow (6:06)
    • 2. The Kraken (6:55)
    • 3. Davy Jones (3:15)
    • 4. I've Got My Eye on You (2:25)
    • 5. Dinner is Served (1:30)
    • 6. Tia Dalma (3:57)
    • 7. Two Hornpipes (Tortuga) (1:14) - Skip Henderson
    • 8. A Family Affair (3:34)
    • 9. Wheel of Fortune (6:45)
    • 10. You Look Good Jack (5:34)
    • 11. Hello Beastie (10:15)
    • 12. Bonus: He's a Pirate (Tiesto Remix) (7:02)
    Czas trwania: 58:32
    Komentarze
    Mefisto 2006-07-18 02:02
    Hmm...dla mnie obie partytury bardzo podobne, klimat ten sam właściwie, jednak bardziej cenię część pierwszą pod względem muzycznym.
    Ludi 2006-07-18 12:55
    Zgadzam się z recenzentem, piraci w tym roku pod wzgledem muzycznym wyjątkowo mizerni. Lepiej wrócić do ciut lepszej jedynki.
    Koper 2006-07-18 22:49
    Kicha :P A film kosztował 225 mln dolarów?? Co oni zrobili z tą forsą? Pół pacyfiku wynajęli na potrzeby zdjęć? :D
    Paweł Stroiński 2006-07-18 23:39
    Hmm, biorąc pod uwagę obsadę, pewnie sami aktorzy to 50 milionów (z czego Depp 25 :D), poza tym scena walki z kołem. Kręcono na wybudowanym statku, to tez coś kosztowało.
    Tomasz Goska 2006-07-19 00:33
    Nie sądziłem że kiedyś to powiem, ale wolę starego dobrego Badelta... No może nie tak dobrego, ale przynajmniej nie robiącego sobie takich cyrków jak Zimmer u utworze The Kraken. Korngold i Kaper w grobie się przewracają słysząc ten muzyczny kmiot. Rozumiem, że film jest jak najbardziej na luzie, ale ilustrowanie go syntetycznymi organami, ostrymi wstawkami gitarowymi oraz bezczeszczeną kopią motywu z piosenki "Come With Me" Puff Daddy'ego to skandal. Nie mniejszym skandalem jest ten żałosny mix na końcu albumu. Cóż pozostaje? Wheel of Fortune? Za mało by marnować godzinę na słuchanie tego gniota. Wielkie rozczarowanie po dobrym DVC. Oj wielkie.
    Babuch 2006-07-19 09:39
    To nie "Come with me" P. Daddiego... Tylko słynny Kashmir - Led Zepellin... PD wykorzystał tylko riff z tej świetnej piosenki. Co do reszty. Ja też wolę Badelta... Za przebojowość. Nie mam pretensji do Hansa że wykorzystał takie a nie inne instrumentarium. Pamiętajmy że Piraci to nie typowy film o piratach. To film fantasy zmiksowany z przygodą. Kompozytor tworząc typowego "swashbucklinga" złamał by decorum. Kaper brzmiałby w tym filmie źle. Dlaczego. Bo to Bruckheimer. I koniec. Ale czemu jest gorszy Zimmer od Badelta? Bo paradoksalnie nie jest przebojowy. Nie ma tu łatwych, banalnych tematów. Czegoś co wbiłoby w ziemie laika. POTC 2 to taki ni pies ni wydra. Właściwie nie wiem dla kogo jest ten score. Miłośnicy banału Badelta będą zawiedzeni, miłośnicy klasycznych pirackich scorów spod znaku Wyspy Piratów też nie będą pocieszeni. Więc mamy do słuchania kolejny średni soundtrack i tyle.
    Tomek 2006-07-19 11:54
    Problem jest taki Łukasz, że styl Zimmera ewaluował w takim kierunku, że nie jest już zdolny zaskoczyć niczym świeżym i nowym w gatunkach o lżejszym "kalibrze" - jak ta tu przygodówka. Dlatego bezsensownie wpiernicza tutaj ten swój emocjonalny, klimatyczny "głos", który uprawia w ostatnich latach w dramatch - i tego powinien się trzymać. I dlatego też tuszując swoje wypalenie w gatunku takim jak ten czy kino akcji, tak bardzo cholernie pragnie zaskoczyć jakimiś sztuczkami jak organy, hornpipe, walc, solowa wiolonczela w 'Jack Sparrow' czy w końcu słusznie podany "Kashmir" Led Zeppelin, swoisty prekursor rock-symfoniki.

    Wszystko to jest OK ale tak jak mówisz, laik będzie zdezorientowany, ktoś kto siedzi w muzyce filmowej przyjmie to za "dziwadło"... W tym kontekście ten album będzie prawdopodobnie porażką, bo nie ukrywajmy, że jego marekting został nastawiony na odniesienie sukcesu szczególnie wśród nie zorientowanej w temacie muzyki filmowej gawiedzi. Tak jak mówi Tomek Goska - należy zapomieć o tym, a zapamiętać dobre wspomnienia Kodu Da Vinci...
    Renfri 2006-07-19 15:05
    szczerze mówiąc po tych komentarzach zaczynam się zastanawiać do jakiej grupy się zaliczam- myślałam, że do laików, ale zdezorientowana nie jestem, przeciwnie to "dziwadło" całkiem przypadło mi do gustu, a przybajmniej zagadzam się z recenzją. Organy są hmmm.. jak by to określić.. "w porządku"=] "piraci.." Badelta znudzili mnie znacznie bardziej, jakoś nie dostrzegłam tej "przebojowości" (chyba, że w entuzjastycznych komentarzach co poniektórych słuchaczy). dla mnie ta płyta nie jest genialna, ale lepsza od pierwszej. Pomijając ostatni kawąłek, zywcem skopiowany z "Króla Artura" (oprócz końcowych minut, wśród któłrych zanlazło się około 40 sekund bardzo dobrej muzyki- mówię o samej końcówce). Słucha się tego rzeczywiście z lekkim zdziwieniem, ale całkiem dobrze- w koncu są wakacje, lato... Na takie upały jest świetna.
    Koper 2006-07-19 18:19
    Co do tego "słucha się tego dobrze" to rzecz jansna jest kwestią gustu - jak niemal wsyzstko: jedni lubią Mozarta, inni grupę Vader... :) Dla mnie Piraci część 2 to hałaśliwy gniot i zgadzam się z Tomkiem Goską, że Badelt był przynajmniej lżejszy. Piratów Zimmera przesłuchałem raz i nie mam ochoty do nich wracać. Mam nadzieję, że film okaże się dużo ciekawszy.
    Mefisto 2006-07-21 15:27
    "Niniejsza recenzja zostanie uzupełniona po obejrzeniu filmu" - to ja dodam od siebie, że muzyka w filmie spisuje się bardzo dobrze, a więc tak na 4,5-5 gwiazdek czy innych ocen. A sam film chyba nawet śmieszniejszy od 1.
    Kraken 2006-07-23 11:23
    Muzyka w filmie jest rewelacyjna i o wiele lepiej spisuje się niż w pierwszej części filmu.
    Marecki 2006-07-24 08:08
    Budżet jest tak wysoki, bo produkowali dwie cześci naraz. Piraci z Karaibów to kolejna hoolywodzka trylogia, która ma za zadanie jak to zywkle bywa wycisnąć każdego centa z kieszeni fanów części pierwszej.
    Majka 2006-07-28 13:10
    Hmm....250 tys....kosztowały 2 i 3 część
    Thedues 2006-07-28 14:15
    za 250 tyś;) to można kupić Cadillaca w Polsce a nie nakręcić film w stanach:D
    Marta 2006-07-29 22:20
    Powiem tak- muzyka razem z filmem jest ok, ale już samodzielnie niestety się nie sprawdza. Ratuje ją według mnie jeden utwór DAVY JONES!!!Po prostu odlot, niesamowite połączenie spokojnej pozytywki i demonicznych organów, jest to utwór niezwykle dramatyczny, dlatego też bardzo mi się podoba. Reszta natomiast tak jak powiedziałam- tylko z filmem. Co do remixu ech...szkoda gadać:/Co za pomysł z tym techno...:/
    Słowik 2006-08-01 20:16
    Oceniam tak samo jak pierwszą część.Zrówno w filmie jak i poza nim obie ścieżki dostarczają po prostu masę zabawy.Powiedzmy sobie szczerze- kto się spodziewał wielkich dzieł ten był naiwny.Ja dostałem to, co chciałem!
    Thedues 2006-08-01 20:31
    Myslałem, że tego nigdy nie wypowiem... ALe tęsknie za BADELTEM:( szkoda, że on nie dostał kontynuacji a Zimmer oprawy do Poseidona:) może wtedy mielibyśmy pociechy z obu panów a tak jest tylko dobrze to aż za duża pochlebstwo jak dla tego score'u. Jednak szanuje ludzi(szczególnie laików), którym POTC2 bardzo sie spodobało w każdym bądź razie może sięgną po inne prace Zimmera:)
    luksik 2006-08-03 21:20
    Muzyka "taka sobie" do słuchania z płyty ale za to rewelacyjna w filmie, odważę się na stwierdzenie, że w filmie wypada lepiej niż muzka z 'Da Vinci Code', która w filmie jest fatalna a na płycie w domu rewelka. Mimo wszystko polecam może nie jest to najleopsza partytura Hansa jednak w filmie wypada całkiem pozytywnie
    Marek 2006-08-09 16:02
    Jasne, że score Zimmera jest lepszy niż twór Badelta; niestety POTC2 to sinusoida: od fragmentów niezłych po wyjątkowo słabe. Ów osławiony Kraken niestety w filmie sprawdza się (poza wejściem organów) koszmarnie, mimo że słychac go dosc słabo -nietrudno sobie wyobrazic 15 innych wersji tego utworu, które działałyby o niebo lepiej. W filmie tak na dobrą sprawę w pełni dobrze funkcjonują Jack Sparrow i Dinner is Served. Pierwszy dzięki swej lekkości, ale nie dosadności, a drugi... hmmm, drugi to jedna z ciekawszych ilustracji, jakie widziałem od dobrych paru lat. Prawdziwy ubaw i dowcip na przyzwoitym poziomie. Davy Jones niestety prezentuje się nierówno - przede wszystkim mam tu na myśli Zimmerowską łupankę w połączeniu z organami. Przerost formy nad treścią. Z drugiej strony utwory tak słabe jak Hello Beastie (zwłaszcza w scenie pojedynku Sparrowa z Krakenem - żenada), czy nawet Wheel of Fortune, które jest właściwie sztucznym zlepkiem kilku tematów i tego typu żonglerka nie robi na mnie wrażenia. Ostatecznie zatem muzyka w filmie zasługuje gdzieś na trzy gwiazdki, w porywach trzy i pół. Ale i tak wolę ją niż Klausa...
    Babuch 2006-08-09 18:07
    O ile zazwyczaj zgadzam się z Markiem niemal w 100 % tym razem mam nieco inne odczucia niż szanowny kolega redaktor. W mojej opinii ciężko jednoznacznie ocenić, która ścieżka jest lepsza. Czy jedynka czy dwójka (rozmyślnie nie pisze Badelt i Zimemr gdyż sądzę że w obu przypadkach największa zasługa leży po stronie Hansa który to wydaje się być odpowiedzialny za to co najważniejsze czyli za tematy). Tak jak pisał Paweł POTC 1 to przebojowość. Co z tego że żenująco nagrane, co z tego że nieoryginalne, skoro fajne tematycznie (czyli ma w sobie coś czym nie może się pochwalić większość współczesnych hollywoodzkich produkcji). Z kolei dwójka to całkiem niezła jak na Hansa instrumentacja, dobre nagranie (nie chce się wyć przy słuchaniu wiolonczel), no ale za to brak (przynajmniej na soundtracku) doskonałej przebojowości. Dopiero na sam koniec filmu w end creditsach otrzymujemy pełen miodek, a mianowicie główny temat z jedynki wzbogacony i rozszerzony, a do tego nagrany z należytym powerem. Zatem sadzę że mimo wszystko oba soundtracki są do siebie jakościowo podobne. Nie zgodzę się tez z Markiem w sprawie brzmienia The Kraken w filmie. Uważam że jest to kawał na serio porządnej roboty i nie wyobrażam sobie żadnej orkeitrowej papki typu Hregson Williams (Sindbad), Alan Silvestri (Mumia), że już o dziadkach typu Korngold (Sea Hawk), Kaper (Bunt na Bounty) nie wspomnę. To by była dopiero katastrofa jakby Hans zilutrwoał to taką muzyką. Tutaj mamy świetną (rockową!) akcję. Wiem że wielu taka ilistracja razi, że uważają coś takiego za złamanie zasad. No ale przecież Piraci z Karaibów to właśnie łamanie zasad. I w zakresie scenariusza i w zakresie muzyki. Dla mnie Kraken to wzór świetnej muzyki akcji, i wierzcie mi nie piszę tego z pozycji admiratora dokonań Zimmera. Uważam jednak że takie łączenie dwóch odmiennych (przynajmniej teoretycznie) światów sprawia sprawia że muzyka filmowa rozwija się, idzie na przód. Nie wiem czy Zimmer pisząc Krakena miał gdzieś w głowie teledysk Page i Puff Dadiego z Godzilli (muzykę opartą na riffie ze słynnego Kaszmiru Led Zeppelinów). Faktem jest że Kraken ma w sobie ogromną symfoniczną monumentalność, która w filmie brzmi świetnie. Zgodzę się natomiast co do zakończenia i walki z bestią (Hello Beastie). To jest dopiero żenada. Zupełna pomyłka ilustracyjna która na dobrą sprawę rzutuje na cały film, ograbiając całość z tej autoironii, waloru który sprawiał iż Piraci nie byli jedynie durnym filmem lecz rozrywką na całkiem przyzwoitym poziomie. Tymi ostatnimi minutami produkcji Zimmer i Verbinski podważają niejako całe swoje dokonanie, robiąc z Death Men's Chest rozrywkę dla 10-latków.
    Marek 2006-08-09 21:02
    Łukaszu, w sprawie przebojowości nie dogadamy się akurat, bo jej formy w POTC nie uważam wcale za wartosc. Ale to już kwestia subiektywna. Zatem co do Krakena: w przypadku tego utworu jestem w kropce. Otóż nie miałem na myśli, że sprzeciwiam się profilaktycznie wręcz eksperymentowi tego typu. Powiem więcej - sądzę, że Kraken jest bardziej wartościowy niż cały POTC1, nie tylko dzięki oryginalności i pomysłowości, ale również dzięki pojawiającym się tu i ówdzie prawdziwym emocjom (właśnie wspomniany przeze mnie temat organowy). Obawiałem się jednak od początku, że w kontekście obrazu będzie to koszmar i w dużym stopniu moje obawy sprawdziły się - duża częśc Krakena (zwłaszcza pierwsze dwie minuty, które jednak wolałbym w wykonaniu Silvestriego) działa niestety na zasadzie przejętej wprost z poprzedniego filmu, mianowicie ogranicza się do budowy rytmu i do swojej złowieszczej, a przez to konwencjonalnej wymowy. Ten utwór, podobnie jak cały niemal score Badelta, nie ma właściwie żadnej treści i funkcjonuje dla mnie głównie dzięki synchronizacji z wizją. Brakuje mi przekonującego wyjaśnienia dla tego hałasu (bo intepretacja Hansa brzmi raczej mętnie). To jest dla mnie główny problem. Dlatego uważam ten eksperyment w obecnej formie za zupełnie zbędny, szkodliwy wręcz dla filmu. Generalnie jednak Zimmer w sferze emocji i treści pozostawia - dzięki co prawda kilku tylko utworom - poprzednią ścieżkę w tyle. Pozdrawiam:)
    Paweł Stroiński 2006-08-10 00:17
    Pozwolę się wtrącić z pytaniem, czy Korngold nie jest konwencjonalny? Drugie dużo bardziej frapujące pytanie, czy na pewno muzyka do Piratów z Karaibów miała nieść ze sobą coś więcej niż tylko realizację podręcznikowego dopasowania do filmu. Zdaję sobie sprawę z tego, ze to się może nie podobać. Ba, mi też pozbawienie muzyki w filmie głębszego znaczenia się zdecydowanie nie podoba. Dlatego tak protestuję przeciwko Badeltowi. Filmu jeszcze niestety nie widziałem.

    Generalnie musimy przyjąć to co mamy, jak to mówią Anglicy "at face's value". Może się nam to nie podobać, ale potraktujmy to obiektywnie i bez uprzedzeń, bo przyznaj się, że twoje zamiłowanie do konwencji mogło wpłynąć na odbiór stylu MV w filmie o piratach.
    Marek 2006-08-10 13:43
    Najpierw co do funkcji muzyki. Nie chodzi mi o to, że score ten powinien wykraczac poza ustalone standardy. Cutthroat Island czy Bunt na Bounty (Kapera) nie wykraczają, a mimo to sprawdzają się świetnie. Chodzi o to (co zresztą, jak się okazuje, w swojej recenzji wspomniał Southall), że Zimmer i spółka pokazują, jak płytka może byc muzyka filmowa - skoro jedno brzmienie pasuje do wszystkich filmów od The Rock, poprzez Samuraja, aż po film o piratach, i w dodatku na jakimś tam poziomie funkcjonuje ono, to znaczy, że jakakolwiek artystyczna inwencja nie jest potrzebna, a oryginalnośc można sprowadzic do dowcipów w stylu właśnie Krakena. Rozumiem, że mamy postmodernizm i zabawa konwencją, eklektyzm, są dopuszczalne, wręcz cenione, ale sam Paweł mówiłeś, że gitarowe riffy w filmie o piratach to nieco za wiele. Nie twierdzę, że całośc tej muzyki nie działa, przeciwnie, funkcjonuje to zaskakująco nieźle (choc moim zdaniem to wyłącznie zasługa owej synchronizacji), ale z drugiej strony mamy kwiatki takie jak Swords Crossed. Oczywiście że Korngold jest konwencjonalny (w końcu sam wymyślił schematy dla kina, a lejtmotywy to w muzyce nic nowego), ale zauważ, że Zimmer w swoich eksperymentach próbuje wymieszac wszystko co się da, nadac temu ów konwencjonalny charakter (Kraken) i na samej wymowie utworu (nie biorąc pod uwagę strony technicznej) próbuje oprzec ilustrację. Równie dobrze mógłby tu użyc jazzu. Dla mnie jest to potworny przerost formy nad treścią, zupełnie nieartystyczny - a skoro już eksperymentujemy, to można założyc, że w celu wzbogacenia dzieła o walory artystyczne. Jestem konserwatystą i po prostu dostrzegam różnicę między klimatem The Rock a klimatem filmu korsarskiego. A sam Depp (bo Bloom i Knightley są przecież raczej konwencjonalni) nie uprawnia do całkowitego zignorowania realiów opowieści.
    Paweł Stroiński 2006-08-10 15:12
    Tylko, że cały czas oskarżamy Zimmera, a nie producenta, który oczekuje właśnie takiego brzmienia. Moim zdaniem jesteś trochę niesprawiedliwy mówiąc, że to jego, nie Bruckheimera, wina. Hans Zimmer jest zatrudniony ze względu na to, że jest Hansem Zimmerem i, by stworzyć coś nowego, trzeba zapomnieć o tym, co było wcześniej. Zwróć uwagę, że Zimmer bodaj 3 razy przepracowywał swój język. Raz, jak dostał pierwsze projekty akcji, drugi raz przy Crimson Tide, tam dopracowując tzw. styl MV ostatecznie, ostatnio przy The Thin Red Line. Zapomina się o projektach pokroju An Everlasting Piece czy nawet ostatnim Weather Manie. Moim zdaniem trzeba pamiętać, że nie ma co liczyć na jakąkolwiek kreatywność w przypadku Bruckheimera. Jego zamiarem było stworzenie epickiej historii pirackiej, która brzmi tak samo jak film o królu Arturze i o wyzwalaniu Alcatraz. Jack Sparrow i Davy Jones stawiają sobie za cel nadanie ścieżce czegoś, czego nie dał Badelt w żadnym razie, czyli osobowości. I właśnie, poza emocjami, ale bardziej je czuję w Davym Jonesie niż Krakenie, osobowość jest największym wkładem Zimmera w Piratów 2. Więcej się nie dało, bo nie pozwoliłby na to Jego Królewska Mość imć Bruckheimer.
    Neptune 2006-08-10 17:25
    Nie widziałem jeszcze filmu, ale muzyka na płycie zdecydowanie rozczarowuje. Jest jednak kilka bardzo dobrych tematów. Mam na myśli "Jack Sparrow" ze świetnymi solówkami na wiolonczelę Martina Tillmana, "Davy Jones" z refleksyjnym początkiem i fantastycznym wejściem organów oraz "Tia Dalma" z ładnym brzmieniem chóru. Lubię słuchać także "Tortuga", ale już druga część płyty zlewa mi się w jedną, zupełnie nieciekawą całość. Muzyka akcji jest wyjątkowo nudna. Nie może się równać z wcześniejszymi, dynamicznymi brzmieniami Zimmera. Według mnie cały soundtrack zawiera bardzo mało treści, która skłaniałaby do jakiegokolwiek zastanowienia. Nawet w potężnym "The Peacemaker" jest znacznie więcej wzruszających momentów. Doceniam jednak walory orkiestracyjne, które drugą część stawiają wyżej od pierwszej. Nie spodziewam się też niczego wielkiego po części trzeciej. Pewnie będzie bardzo podobna do tego, co już otrzymaliśmy. W tym roku Zimmer potwierdził, że potrafi tworzyć wielką muzykę. Mam nadzieję, że w przyszłości będziemy dostawać od niego ścieżki na miarę "Kodu Da Vinci", którą uznaję za jedną z najlepszych kompozycji ostatnich lat. W powyższym komentarzu przeczytałem: "Zimmer i spółka pokazują, jak płytka może być muzyka filmowa - skoro jedno brzmienie pasuje do wszystkich filmów od The Rock, poprzez Samuraja, aż po film o piratach". Szczerze mówiąc, to nie rozumiem. Jedno brzmienie w The Rock i Ostatnim Samuraju? Może jeszcze w Hannibalu, Black Hawk Down i Spanglish?
    Tomek 2006-08-10 17:48
    Jestem chyba podobnym konserwatystą jak Marek. Owszem lubię nowinki, ale w Piratach 2 nie ma nic nowego, ten sam recycling styli i form, sprzed 10 lat. O tym wspólnym brzmieniu i płytkości muzyki MV mówi się już nie od dziś - jak to recenzent MovieWave znakomicie zauważa - McScore :-D. Chyba jednak doszukujecie się za głębokich prawd w całej muzyce Zimmera czy Badelta czy 10 innych z hordy Remote Control. To papka. Rozrywkowa ale papka i nie ma się co doszukiwać głębszych znaczeń i jakości w tego typu muzyce. Co do jakości nagrania Łukasz - zdecydowanie się z Tobą nie zgadzam. Fatalnie wyprodukowany dźwięk - osobiście wolę słyszeć wszystko czysto, wyraźnie i wyeksponowane. Hollywood Studio Symphony w wykonaniu zimmerowskim brzmi jak jeden wielki syntezator.

    Paweł - masz rację, ale Zimmer jest swego rodzaju osobowością i to, że robi to co robi daje mu pełne rozgrzeszenie. Co mnie jako słuchacza/klienta obchodzi, że Bruckheimer mu kazał? Muzyka jest do bani i to się liczy. Co mnie to za dwa lata będzie obchodziło, mam rozpamietywać jakiegoś Bruckheimera? Można pochwalić Zimmera za to a tamto, ale za akurat to należy zbesztać. Chcąc być obeiktywnym trzeba spojrzeć tylko i wyłącznie na końcowy rezultat. Poza tym Bruckheimer twierdzi, że to nie jest film o piratach :)
    Neptune 2006-08-10 18:24
    Papka? Jakie konkretnie soundtracki są według Ciebie papką?! Wybacz, ale takie komentarze są poniżej wszelkiej krytyki. Brakuje słów...
    Paweł Stroiński 2006-08-10 20:07
    Co jest papką? Ja odpowiem na to pytanie. The Island Steve'a Jablonsky'ego, Rekrut Badelta, Basic tegoż, pierwsi Piraci z Karaibów, z Zimmera w dużej części Peacemaker, trochę Twierdzy, chyba jednak Spirit: Stallion of the Cimarron, pół kariery Nicka Glennie-Smitha, Król Artur. Remote Control reprezentuje sobą to, czego w muzyce filmowej można się niestety bać. Z nielicznymi wyjątkami większość nie-Zimmerowskiej twórczości grupy to właśnie nic innego tylko nic nie znacząca papka (wyjątki - dramatyczne prace Badelta, Steamboy Jablonsky'ego).

    Jestem gotów także częściowo poprzeć Marka w sprawie Samuraja właśnie. Jak bardzo lubię (choć dawno nie słyszałem) ten score, akcja to jest styl MV w stanie czystym, nawet jeśli w swoim wykonaniu dużo bardziej dramatyczna. Bądźmy obiektywni. Można krytykować Zimmera za jakość ilustracji, a Piraci z Karaibów są pracą naprawdę średnią i krytykę rozumiem. Sądzę jednak, że krytykowanie przyjętej konwencji jest niesprawiedliwe, ponieważ tutaj niestety Zimmer zrobił co mógł.
    Neptune 2006-08-10 21:09
    John Powell i Harry Gregson Williams też wyszli ze stajni Hansa Zimmera. Ich rozwój i dokonania także określicie jako mierna "papka"? Widzę, że Tomek ma rzecznika prasowego. Nie wiedziałem, Paweł:-) Powiem wam szczerze, że dokonania takiego Jamesa Hornera są równie "papkowate", co większość samodzielnych prac młodych kompozytorów Media Ventures. Tyle.
    Tomek 2006-08-10 21:13
    Paweł odpowiedział już na moje pytanie w sposób wyczerpujący :). Może źle sprecyzowałem zdanie pisząc "w muzyce Zimmera i Badelta" - tutaj chodziło mi o serię POTC, nie całość ich dokonań (absolutnie nie to miałem na myśli - tylko McScore'y jak POTC albo King Arthur). I nie wiem dlaczego brak słów - czy ja napisałem coś obraźliwego na Hansa "Long Johna" Zimmera? Po prostu uważam w chiwili obecnej zjada własny ogon w projektach związanych z kinem komercyjnym, poza tym nie cieprię taniej imitacji jego stylu. Produkt, tak zwany McScore czasami może bardzo rozrywkowy, ale to produkt. Zamawiany hurtowo i robiony na szybko.Z pewnością wiesz i orientujesz się jak wygląda proce powstawania muzyki, na którą zamówienia są składane w studiu Zimmera. Epitetu "horda" też nie wymyśliłem jakby co - użyli go już realizatorzy filmiku ZDF :-P. Nie zrozum mnie źle, uwielbiam większość dokonań (i znam naprawdę kupę jego rzeczy), ale to co tutaj stworzył jest wielką średniawą w jego karierze i na tle dokonań wypada naprawdę kiepsko (tak samo jak przereklamowany Król Artur). Tak samo jak Marek, nie potrafię przyjąć takiej konwencji ani w filmie przygody, historii ani fantasy. Paweł broni Zimmera Bruckheimerem, oczywiście, tylko jak napisałem, mało to interesuje mnie :) Od jakiegoś już czasu powtarzam, że Zimmer tworzy na bardzo wysokim poziomie prawie wyłącznie w kinie dramatycznym - czego dowodem jest tegoroczny Da Vinci Code i tego przede wszystkim powinien się trzymać. Przez ostatnie lata, co czuć w jego stylu, wykonał pewną ewolucję, przekształcając się z kompozytora na prawo i lewo robiącego kino akcji w twórcę z wyczuciem, klasą oraz z pewną dojrzałością kompozycyjną i emocjonalną. Niestety jakgdyby zatracił iskrę właśnie w robieniu muzyki lekkiej, swobodnej i niezobowiązującej. Wcale z tego powodu nie płaczę, bo tak naprawdę styl MV jest bardzo hermetycznie zamkniętym stylem - niestety oni (jego koledzy/jak i on sam/jak i filmowcy) tego nie rozumieją. Dlatego tak strasznie mierzi mnie to jak ktoś próbuje wrzucić prostacką, banalną estetykę tego stylu do opowieści o piratach albo rycerzach , gdy marne sample próbują imitować orkiestrę. A Zimmer potrafi pisać na orkiestrę. Dlatego też wolę po stokroć bardziej Cutthroat Island albo First Knight. Bo nie brzmią jak imitacje...
    Marek 2006-08-10 21:16
    W przypadku Samuraja chodziło mi właśnie o to, o czym wspomniał Paweł: The Way of the Sword, no i jeszcze niesławne The Final Charge. A co do Bruckheimera: taka niestety przypadłośc muzyki filmowej, ale z drugiej strony można w tym miejscu przywołac relację z Rozbitka, w której Łukasz Waligórski przytacza opowieśc o niemiłych przygodach Hornera w czasie pracy z Malickiem. Tam też w dużym stopniu, jak się okazuje, ostateczna konwencja score została wymuszona (fortepian), ale nikt Hornera przez to nie usprawiedliwia. Pech, a przecież The New World jest jakościowo o kilka mil przed Piratami. Poza tym mamy Elfmana, który odchodzi ze Spidermana 2, po tym jak twórcy filmu chcą narzucic mu irracjonalny kształt score. Może Hans niepotrzebnie jest takim konformistą?
    Tomek 2006-08-10 21:31
    Właśnie. Przykład Elfmana jest doskonały. Niestety Zimmer (jak John Debney, który robi 1001 filmów w roku, albo nawet wspomniany James Horner, albo Tyler, albo inni wyrobnicy) to zwierzęcia Hollywoodu - ludzie-instytucje. Z tego żyją. Idzie się do nich i zamawia konkretną muzykę. Zero tu kreatywności twórczej - dostosuj się do temp-tracka i ma to być właśnie brzmieć tak a nie tak. Elfman, wręcz jestem pewien, mógłby zrezygnować z kariery i zająć się czym innym (wystarczy poczytać wywiady z nim), i pokazuje tym jak jest twórcą niezależnym - cytuję: "jeżeli chcą, żebym aranżował muzykę na nowo to niech sobie zatrudnią nowego pieprzonego kompozytora. Jestem kompozytorem, nie aranżerem" (w domyśle: imitatorem). Niestety to jest pewien system, którego nie można przeskoczyć. Naprawdę, tylko wybitni twórcy, z własnym językiem muzycznym i wielkim talentem będą się w stanie ponad niego wybić. Zimmer też to wszystko posiada. Jest ułożony, prowadzi biznes i trudno żeby wybrzydzał pracując z filmowcami. Mc Score... A przykład Yareda po Troi? Jest spalony chyba w Hollywood, ale myślę, że ma to gdzieś.
    Neptune 2006-08-10 21:46
    W zasadzie, to nie ma między nami sporu. Jestem miłośnikiem twórczości Zimmera i dlatego bardzo krytycznie podchodzę do wszystkich jego kompozycji. Bardzo nie podoba mi się, że tak wiele miernych filmów zilustrował swoją często wyjątkowo piękną muzyką. Chciałbym, żeby zerwał współpracę z Bruckheimerem, bo tylko nieliczne filmy miał na poziomie. W zasadzie było to tylko wtedy, gdy reżyserem filmu przez niego produkowanego był ktoś tak wybitny jak Ridley Scott. Mam tutaj oczywiście na myśli Black Hawk Down. Ten film jest prawdziwym majstersztykiem pod względem realizacyjnym. Wróćmy jednak do Piratów z Karaibów. Nie mam zamiaru oszukiwać samego siebie i opowiadać, że ten soundtrack Zimmerowi się udał. Pisałem już swoją opinię w poprzednich komentarzach. Moim zdaniem Król Artur jest znacznie ciekawszym dokonaniem. Odnajduję w nim nie tylko atrakcyjną muzykę akcji, ale również sporą dawkę emocji i uczuć włożonych w ten score. W Piratach z Karaibów praktycznie nie ma żadnej treści, a muzyka akcji jest porażką. Gdybym był doradcą Zimmera, to kategorycznie odradzałbym mu tworzenie muzyki do filmu Verbinskiego. Duże nadzieje wiązałem z najnowszym filmem Wernera Herzoga, który niestety został przejęty przez Klausa Badelta. Szkoda, bo Herzog jest niezwykłym reżyserem i Hans nie powinien odrzucać takich propozycji. Podobnie jak w The New World. Malick'owi się nie odmawia. Pamiętam, że w czasie prac nad Cienką Czerwoną Linią Zimmer nie miał większych zatargów z Malick'iem. Muzyka Hornera do The New World nie zachwyciła mnie specjalnie, chociaż z obrazem może całkiem nieźle współgrać. A Elfman? Jest rzeczywiście znakomity. Zakochałem się w temacie przewodnim z Corpse Bride.
    Tomek 2006-08-10 22:11
    OK, ale powiedz mi co takiego ujęło Cię w Królu Arturze? Ta maksymalnie pompatyczna muzyka akcji, która wzięta jest z Peacemakera, tylko ubrana w trochę grubsze orkiestracje, ten potężny dźwięk, w którym Zimmer zarzyna wiolonczele, te pseudo-emocjonalne elegie (w tym też zaczyna już się powtarzać), które wrzucił również do Piratów. A co - niech się miesza wszystko w jednym garku :) McScore to McScore w końcu :) Wybacz ironię, ale naprawdę nie mogę pojąć jak ta pozycja zyskała tak dużą popularność. Jest przecież tak wtórna i próbująca imitować chociażby Władcę pierścieni Shore'a. Tym niestety Zimmer dowodzi, że wrzucenie estetyki MV do dramatu historycznego (albo np. fantasy) to wielka pomyłka. A co do pisania znakomitej muzyki do kiepskich filmów w przeszłości - czym się przejmujesz? Przecież zostaje po nich dobra muzyka, film to sprawa drugorzędna :)
    Babuch 2006-08-10 22:25
    Marku! (to do mego poprzedniego komenta i twej nań odpowiedzi) Sądzę, iż bez problemu można znaleźć motywację dla wyboru tego typu sposobu ilustracji (The Kraken). Jest to ta złowieszczość tkwiąca w muzyce rockowej dodatkowo zmiksowanej z barokowymi bachowskimi niemalże organami. Nic tylko "zło" w czystej postaci. Ale zło łatwe do strawienia dla przeciętnego słuchacza. Nie to gotyckie w stylu Omena, ale mocne, przebojowe, słuchalne (i nie sadzę żeby Hans był aż tak ograniczony Bruckheimerem jak star się go usprawiedliwić Paweł, Zimmer jakby chciał zbiesiłby się, ale jemu najwidoczniej odpowiada tego typu podejście do ilustracji). Wracajć do Krakena, sadzę także że pewną motywacją może być (o czym pisałem wyżej) przebój Jimmy Page i Puffa Daddy'ego – "Come with me: -, jak zapewne wszyscy wiedzą pochodzący z filmu Godzilla… Taki kolejny żart Hansa. Nie wiem jak was ale mnie bawią te postmodernistyczne zabawy. Wole to niż nadęty eklektyzm Tylera czy innych kompozytorów któzy nigdy nie stworzą własnego stylu…)

    Co do reszty muzyki (i juz nie tylko do Mraka...) Nie będę wcale bronił Piratów (wystarczy spojrzeć na ocenę). Dla mnie dwójka to właściwie tylko "The Kraken" (z nowych tematów), The Kraken który przywraca mi wiarę w pomysłowość w muzyce filmowej, w to iż można podchodzić do tego na luzie, bez nabożnej czci, że tak nie wolno, bo to orkiestra, której nie wypada grać muzyki bez poziomu. Ludzie przecież to film rozrywkowy, banalny, mający cieszyć a nie porażać subtelnym dramatyzmem, czy konserwatywną kindersztubą.

    Co do tego co pisał Southall to chyba nie ma osoby znającej się na muzyce, która się z nim nie zgodzi. Moim jednak zdaniem to wszystko taka teoria kolein. KrakenWwam nie pasuje w filmie bo oczekujecie czegoś w stylu Debneya. Ale czy to byłoby rozwiązanie? Nudna jak flaki z olejem orkiestra zamiast łamać schematy lazła by po tych koleinach muzyki marynistycznej. Wtdy bym sobie dopiero się zyżył jako krytyk. Bo za co tu cenić kompozytora który nie próbuje przełamywać schematów. Zimmer w pewien sposób swoją muzyką podważa fundamenty muzyki filmowej. Mówi nam niejako; Patrzcie! Dopasowanie nie jest zależne od stylu, ale od synchronizacji i pewnych pierwiastków (elementy wzniosłości, dramatyzmu, horroru, monumentalności). Czy jest to dobre? Mnie to przypomina nieco rewolucje Duchampa, który swymi wąsami Mony Lizy (LHOOQ) i Pisuarem (Fontanną) podważył wszystkie prawidła sztuki. Może tak właśnie ma być z muzyką filmową?

    Zgadzam się z Wami, że Hans to rzemiosło, produkt. Ale na palcach jednej ręki można policzyć kto nie jest dziś rzemieślnikiem. Ceniony przez wielu nowy Superman – rzemiosło, nudne i nieoryginalne, a jednak opiewane (a przecież nie ma w sobie ani źdźbła kreatywności i paradoksalnie jest znacznie mniej oryginalne niż POTC2). A chwalony przez niemal wszystkich (ze mną na czele) Badelt i jego The Promise. Przecież to eklektyzm pierwszej wody. Nic nowego. Zrzynki tematów. Kreatywność polegała na wpleceniu umiejętności solistów, wykorzystanie ich talenty do odegrania niemal tych samych melodii co choćby w K19… W ten sposób można zjechać co drugą ścieżkę z Hollywoodu, płyty które przez nas są cenione, chwalone i opiewane (pan Clemensen w tym gustuje). Moim zdaniem artyzmu w muzyce filmowej zawsze było mało i jakbym miał wymieniać płyty z czystym sercem pełne owej boskiej iskry to znalazłbym może z 15 albumów. Ale to nie o to chyba chodzi. Pogódźmy się z tym, że mimo iż ubrana w kostium klasyki muzyka filmowa (przynajmniej w swym amerykańskim wydaniu) jest dziś raczej odpowiednikiem popu na gruncie popularnym (kiedyś była odpowiednikiem kameralnych występów solistów grających do … kotletaw drogiej restauracji). Czy to ją jakoś dyskredytuje? Nie. Bo ważne jest to żeby dawała przyjemność na albumie i dobrze oddziaływała w kinie. A taki Kraken, co by nie pieprzyć o konwencjach spełnia powyższe warunki. I finis coronat opus.
    Paweł Stroiński 2006-08-10 22:41
    Hmm, z jednej strony, co do Bruckheimera, masz Łukasz rację. Zimmer nie lubi Korngolda, co przytoczyłem w recenzji. Za to bardzo wysoko ceni wprowadzającego nowy język do gatunku (w swoim czasie rzecz jasna) jednego z geniuszy, czyli Lalo Schifrina, twierdząc wręcz, że dla niego Brudny Harry to swashbuckler. Ceni też Herrmanna, co od pewnego czasu u Hansa widać.

    Problem polega na tym, że Zimmer jest chyba, z wyjątkiem POTC, Artura, dodajmy tu połowę score'ów akcji, z wyjątkiem może Backdraft, Crimson Tide i The Rock (jednak), stara się raczej pogłębić film. Takie jest moje zdanie i opieram je nawet na jego wypowiedziach. Widzę w dużej części jego dramatycznych score'ów europejski pierwiastek psychologizmu. Zamiast zachwycać się pięknymi widokami Ostatniego samuraja czy Cienkiej czerwonej linii (Horner by nam w Samuraju pewnie nie raz strzelił piękną vistę - ilustrację "krajobrazową" a la temat z Legends of the Fall), Zimmer jest wyciszony, minimalizujący (nie nazwałbym tego minimalizmem, chociaż trzynutowe motywy w różnych progresjach akordowych w jakiś sposób są doń podobne), stawia na bohatera, przeprowadza go przez swoistą podróż. Tylko, że trzeba uważać. Nowatorstwo może się stać nowotworstwem i dostaniemy Piratów Badelta. Których ja nie toleruję.

    Cały czas mówimy o konwencji zapominając o prostej prawdzie, że uciekając od jednej wpadamy w drugą, choć wymyśloną przez nas, tak samo jak z kulturą i kontrkulturą. Filmy takie jak Piraci być może dla Zimmera są odskocznią. Kraken to przecież czysta zabawa. Nawet Wheel of Fortune, które urosło do grona moich ulubionych kawałków akcji Zimmera. Owszem, wypalił się w tym gatunku i temu zaprzeczyć nie chcę. Chciałbym, żeby zaryzykowano w innych gatunkach filmowych, takich jak SF, nawet ambitne!, więcej horrorów, może jakaś groteska, znowu dramatyczna animacja, z którą jak wiemy radzi sobie świetnie. Dość Bruckheimera...
    Neptune 2006-08-11 14:19
    W Królu Arturze podoba mi się kobiecy wokal, solowe partie na elektryczną wiolonczelę i generalnie wszystkie tematy przewodnie skomponowane przez Zimmera. Ten soundtrack jakoś nie przywodzi mi na myśl The Peacemaker'a. To raczej The Rock i Crimson Tide są skomponowane w podobnej stylistyce. Nie doszukuję się w King Arthur specjalnej głębi. To czysta rozrywka, ale jednak na wyższym poziomie niż Piraci z Karaibów. Zgadzam się z Pawłem. Ja też myślę, że Zimmer zwykle stara się pogłębić filmy. Podziwiam go za to. Ciekawe, że przeciętny soundtrack Zimmera skłania wszystkich do ożywionych dyskusji i posyłania tak wielu komentarzy, podczas gdy naprawdę dobre ścieżki w tym portalu są przeważnie kwitowane pojedynczymi zdaniami.
    Paweł Stroiński 2006-08-12 14:04
    Hmm, ja Króla Artura nie cenię w żaden sposób. Jest to chyba najbardziej pretensjonalna (tak, właśnie pretensjonalna) praca Zimmera w karierze. Ten poziom osiąga tylko w Hello Beastie z drugich Piratów. Co z tego, że Woad to Ruin jest utworem o naprawdę wielkiej klasie, skoro potem Zimmer staje się najzwyczajniej w świecie pretensjonalny i męczący, a wokalne partie Brennan to nic innego tylko klisza.

    Mam jeszcze jeden przykład nonkonformisty w muzyce filmowej i zobaczmy, co się z nim teraz dzieje. Basil Poledouris...
    Patryk 2006-08-12 17:22
    Z Basilem? Dyryguje sobie w przebraniu, nomen omen, pirata ;D.
    Koper 2007-05-26 15:05
    Tak tytułem uzupełnienia moich wcześniejszych komentarzy - muzyka w filmie na 4 gwiazdki (na CD na 2, więc ostatecznie jak bym pisał reckę to może te 2,5-3 bym dał). Nie na więcej, bo bywa niestety przyciężkawa i zbyt mroczna jak na przygodówkę. Tak czy siak, brzmi dużo lepiej niż na płycie. Teraz czekam aż ktoś zrecenzuje część trzecią, muzycznie od dwójki na szczęście lepszą.
    Tomasz Goska 2007-05-26 16:16
    Lepsza? Od której strony? Dla mnie to ten sam pic na wodę :P
    Olek Dębicz 2007-05-26 16:41
    Heh, właśnie. Dawno Zimmer nie zrobił takiej tandety :/
    Koper 2007-05-26 16:42
    Lepsza (co nie znaczy że jakaś znakomita:D), bo ma kilka fajnych momentów i niezły nowy temat.
    Koper 2007-05-26 16:44
    Dawno Zimmer nie zrobił takiej tandety - jak to "dawno"??? Ileż to czasu upłynęło od premiery POTC2? :D
    Thedues 2007-05-26 17:17
    Nie trawie POTC 2, ale za to POTC 3 mnie bardzo pozytywnie zaskoczyla!=) kawał dobrej muzyki dotyczacej tematu piratów;) Nie psioczcie tak na Zimmera bo naprawdę, 3 częśc stoi na najwyższym poziomie z calej trylogii;)
    Koper 2007-05-26 17:36
    Ech, może dajmy szansę Babuchowi wstawić reckę z POTC3 i wtedy będziemy się pod nią wykłócać, czy to fajne czy nie. ;):D
    Grzegorz 2008-06-24 22:46
    Ha! Ja sobie zrobiłem "expanded score" - bez żadnych tam SFX - "czysta" orkiestra. Mój album zawiera 24 tracki i jest o niebo lepszy niż ten oryginalny. A dlaczego? - bo zawiera prawie wszystko, co było w filmie. Za swój daje 5, a za ten pudełkowy - zgadzam się z recenzentem :)
    Grzegorz 2008-06-24 22:51
    A kiedy uzupełnicie recenzję??? "Niniejsza recenzja zostanie uzupełniona po obejrzeniu filmu" - kiedy to nastąpi??? Bo już mamy 2008, a to było w 2006... a to już 2 lata... Ocena tego tam z remiksem na końcu...
    Michał Turkowski 2009-11-08 13:38
    Wczoraj odświeżyłem sobie film, z chęcią oglądając go w tv. Muszę wypowiedzieć się co do muzyki w filmie, bo jest to moim zdaniem najgorszy Zimmer w obrazie na przestrzeni ostatnich lat. Nie dość że score jest ledwo słyszalny (temat Krakena w żadnym stopniu nie zwraca na siebie jakiejkolwiek uwagi), to w dodatku w scenach, w których to Badelt dawał prawdziwego czadu - czyli w scenach akcji, tutaj jest nie dość że przewidywalnie i bez jakiegokolwiek nerwu, to jeszcze do tego dodana jest ta wkurzająca pseudo-dramaturgia. Muzyka ani na moment nie wychodzi poza efekty dźwiękowe, jest tandetną tapetą, któa nie odgrywa w filmie żadnej właściwie roli. Fuj jak to niesmaczne. Kapitalnie w obrazie sprawuje się tak naprawdę chyba tylko "Two Hornpipes" Skipa Hendersona. Żeby nie było - płytę lubię słuchać, lecz tylko do 7 utworu. Zaś co do muzyki w filmie... Kicha, kicha, kicha!
    michal 2009-11-08 17:32
    jesli chodzi o glosnosc muzyki to raczej wina lektora, bylem w kinie, mam dvd i jest w porzadku. jak dla mnie zimmer daje czadu w scenach akcji, ech te gusta
    Koper 2009-11-08 19:46
    Ja oglądałem na DVD - za głośno, za patetycznie, okropnie :P
    michal 2009-11-09 23:45
    inaczej to odbieram :P to nie jest patetyczne tylko epicko zawadiackie, nie wyobrazam sobie innej muzyki niz epicka do np pojedynku na turlajacym sie kole mlynskim, albo walki z krakenem. zbyt malo w tym powagi, zeby nazwac to patosem. patos to byl w 3 czesci podczas przemowienia elizabeth tuz przed bitwa, jakby ona chociaz mowila cos madrego, albo jakby sprawa o ktorej mowi byla faktycznie powazna, zachwycajaca, wzruszajaca i godna podziwu to 'what shall we die for' byloby poruszajace, a tak wiadomo ze wyszlo troche glupio i zgodze sie ze byla to oblesna scena jak ktorys recenzent sie wyrazil. swoja droga 'what shall we die for' poza filmem jest swietne.
    bladerunner20 2009-12-31 22:29
    Zaskoczę może was ale mi się ta ścieżka podoba:) dużo bardziej od dzieła badelta 4 ze sporym minusikiem.
    krystian 2010-08-24 17:11
    muza krutka i nudna ale jest
    DanielosVK 2010-08-24 22:04
    Bardzo dobre wg mnie Jack Sparrow, The Kraken i Davy Jones. Dobre Dinner is Served oraz Two Hornpipes. Reszta albo przeciętna, albo trochę słaba (2 ostatnie utwory). Ale pamiętam jak 2 lata temu po obejrzeniu w TV aż skakałem i nie wiadomo co jeszcze robiłem, gdy słuchałem tej muzyki w napisach końcowych... Sentyment jest, ale usuwając na chwilę sentyment z głowy, trójczyna. Solidna, ale nie powalająca.
    Mieszko 2013-07-02 15:44
    Muzyki do drugiej części "Piratów z Karaibów" słucha się znakomicie. W porównaniu z poprzednią odsłoną jest tylko nieznacznie słabsza.

  • PotC 2: Dead Man

    Kompozytor:

    • Hans Zimmer

    Muzyka dodatkowa:

    • Lorne Balfe
      Tom Gire
      Nick Glennie-Smith
      Henry Jackman
      Trevor Morris
      John Sponsler
      Geoff Zanelli
      Skip Henderson (Two Hornpipes)

    Dyrygent:

    • Pete Anthony

    Orkiestrator:

    • Bruce Fowler
      Walt Fowler
      Rick Giovinazzo
      Ken Kugler
      Suzette Moriarty

    Soliści:

    • Martin Tillman (wiolonczela)
      Craig Eastman (skrzypce)
      Michael Levine
      James S. Levine
      Frank Marocco
      Delores Clay (wokal

    Wydawca:

    • Walt Disney Records (2006)

    Producent:

    • Hans Zimmer
      Bob Badami

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie