Szukaj: w


recenzje

Bounty, the (Bounty)


W roku 1787 dowodzony przez kapitan Williama Blighta HMS Bounty wyruszył w rejs na Tahiti, w celu zdobycia sadzonek drzewa chlebowego. Ambitny, despotyczny dowódca widział w tej wyprawie swoją wielka szansę na zaistnienie, na zyskanie sławy równej wielkim podróżnikom w rodzaju chociażby Cooka. Z początku wszystko szło zgodnie z planem, z czasem jednak żądza sławy i nadmierna ambicja (objawiająca się m.in. w ponad miesięcznych zmaganiach z przylądkiem Horn), doprowadziły do znacznego pogorszenia relacji Bligha z załogą. Gniew jednak rozniósł się jakoś po kościach, w momencie gdy Bounty dobił do Tahiti. Na tej rajskiej wyspie, załoga pozostała kilka miesięcy, czekając na przygotowanie sadzonek do transportu. Gdy przyszedł moment powrotu niewielu marynarzy chciało opuszczać "raj". Kapitan bez mrugnięcia okiem narzucił jednak swoją wolę. Wkrótce po wypłynięciu, na statku wybuchł bunt. Jego przywódcą był Fletcher Christian, do niedawna jeszcze serdeczny przyjaciel kapitana.

Jak widać choćby z tego krótkiego wstępu, historia ta jest wspaniałym punktem wyjściowym do scenariusza filmowego. Nic więc dziwnego, że gościła ona na srebrnym ekranie aż cztery razy. Zaczęło się niemym filmem w 1916, po czym w 1935 sfilmowano historię kolejny raz (jako Fletcher Christian wystąpił wtedy Clark Gable), następnie z materiałem zmierzył się Lewis Mileston w 1962 (główną rolę zagrał Marlon Brando). Ostatnią jak dotąd próbą przeniesienia opowieści w medium filmowe była produkcja wyreżyserowana przez wówczas nikomu nieznanego reżysera Rogera Donaldsona. Film zyskał bardzo ciekawą obsadę: Anthony Hopkins, Mel Gibbon, Liam Nelson, Daniel Day- Lewis, obsadę którą dziś można byłoby uznać za gwiazdorską, jednak wtedy, w roku 1984 większość z tych artystów stawiała dopiero swoje pierwsze kroki w wielkim biznesie.

Nie zmienia to jednak wcale faktu, iż Bounty jest popisem aktorskim. Genialnie budowane napięcie narastającego konfliktu, śliczne pejzaże francuskiej Polinezji, oraz zapadająca w pamięć muzyka Vangelisa, to niewątpliwe atuty tego, niedocenionego filmu. I to właśnie muzyka będzie przedmiotem naszej recenzji (a jakżeby inaczej w końcu jesteśmy portalem dotyczącym muzyki filmowej)

Tak jak napisałem powyżej, nie ma chyba widza, który muzyki jaką napisał tutaj Vangelis nie słyszy będąc w kinie. Zaczyna się już od samego początku. Twórcy ilustracji do filmów bardzo często starają się zastosować pewien manewr mnemotyczny. Chodzi o to, że jako utwór otwierający wybierają kawałek na tyle wyrazisty, że nie tylko ucisza on zgromadzonych widzów w kinie, ale co więcej wbija się w ich pamięć, rzutując niejako na całe późniejsze oglądanie. Tak właśnie robi Vangelis. Nie oszukujmy się bowiem, Bounty to soundtrack ogólnie słaby, jednakże soundtrack, który dzięki dwóm iście genialnym utworom(Main Titles, ostatnia część The Saga of H.M.S.Bounty) robi na widzach (w kinie) piorunujące wrażenie. Te pełne mistycyzmu uderzenia sztucznego basu okraszone odrealnionymi pojękiwaniami syntezatorów, do których powoli dołączają się kojące dźwięki elektronicznego fortepianu skontrastowane z prześlicznymi wieczornymi pejzażami bezkresnego oceanu, w mało którym przypadku nie osiągają zamierzonego efektu.

Nie wiem czy dobrze czytam ikonografię muzyki Vangelisa, niemniej jednak wydaje mi się, iż tym bardzo specyficznym, pulsującym głównym tematem, który przewija się przez cały film, kompozytor starał się oddać narastający gniew, ową rodzącą się wolę buntu. I co by nie mówić udaje mu się to w sposób rewelacyjny. Natomiast reszta… Cóż w filmie w wielu scenach jeszcze jakoś sobie radzi: fragmenty opisujące bezkresny ocean (First Day at Sea), czy miłość Fletchera (To Fletcher, A Wife, Forbidden Love). Niestety już w przypadku muzyki akcji mamy katastrofę (wcale nie morską). Momenty pokazujące próby opłynięcia przylądku Horn (Cape Horn) to prawdziwa męka dla każdego miłośnika ilustracji filmowych. Obrzydliwie sztuczne syntezatory, zupełny brak dopasowania do obrazu, drażniące pseudomelodie (Vangelisowski "dynamiczny" underscore), wszystko to sprawia, że żaden uważny kinoman nie da się złapać na mnemotyczny haczyk z początku filmu i oceni muzykę sprawiedliwie jako średnią.

Po tej krótkiej analizie warto napisać kilka słów o soundtracku. Po pierwsze należy zaznaczyć, że do dziś nie ukazało się żadne oficjalne wydanie. Owszem fragmenty (dwa główne tematy) znalazły się na składance – "Vangelis Reprise", lecz jako całość muzyka ukazała się jedynie na bootlegu. I to właśnie to wydanie służy nam za przedmiot analizy. Już na samym początku należy je skrytykować za niesamowitą długość. Ta dwupłytowa edycja zawiera kompletną muzykę z filmu (łącznie z utworami tradycyjnymi), muzykę która oprócz bardzo słabej jakości dźwięku, charakteryzuje się również fatalnym montażem (jak można dopuszczać takie kolubryny jak The Saga of HMS Bounty, utwór który w swym składzie ma co najmniej 5 innych kawałków)… Moim zdaniem, jeśli ktoś pokusiłby się kiedyś o oficjalną publikacje tegoż soundtracku, to optymalnym czasem trwania byłoby ok. 50 minut. Ani minuty dłużej. Dlaczego? Żaden słuchacz (nawet fan twórczości Greka) bezproblemowo nie przebrnie bowiem przez Bounty w takiej formie jaką możemy podziwiać na bootlegu.

No dobrze w takim razie jak ocenić i jak podsumować tę całą pisaninę? Niewątpliwie Bounty to ciekawa muzyka, muzyka która jest jednak bardzo nierówna. Bez dwóch zdań są tu momenty iście genialne - Main Title to prawdziwy majstersztyk, zarówno na albumie jak (może przede wszystkim) w kinie. Jednak poza tym album zawiera bardzo dużo takiego tandetnego chłamu (muzyka akcji, źle zmontowane utwory), dlatego sprawiedliwe będzie napisanie pewnej herezji. Nie warto sięgać po bootleg. W zupełności wystarczy zaznajomienie się z dwoma tematami dostępnymi na Vangelis –Reprise. A co z filmem? No cóż, ten warto zobaczyć. I to nie tylko ze względu na piękne piersi Tahitanek, lecz także z powodu niesamowitego klimatu jaki w wielu miejscach jest w stanie wykreować muzyka Greka, momentów na tyle niesamowitych, że mimo pewnych oporów jakie nakazywał obiektywizm, postanowiłem to docenić.



Autor recenzji:  Łukasz Wudarski
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
CD 1 63:27
  • 1. Main Titles (04:13)
  • 2. The Trial of Lt. William Bligh (02:20)
  • 3. 23rd December 1787 (02:49)
  • 4. The Water is Wide (04:20) muz. i sł. tradycyjne
  • 5. First Day at Sea (01:45)
  • 6. Bonnie Kate (02:03) muz. i sł. tradycyjne
  • 7. Cape Horn (08:39)
  • 8. Memories of Home (01:15)
  • 9. Bligh's Fury (01:31)
  • 10. Burial at Sea/ "Land-Ho!'' (03:12)
  • 11. The Natives of Otahiti (01:36)
  • 12. Longboat Approach (03:06) muz. i sł. tradycyjne
  • 13. Drowsy Maggie (01:35) muz. i sł. tradycyjne
  • 14. Ritual (03:04) muz. i sł. tradycyjne
  • 15. Forbidden Love (08:42)
  • 16. My Young Love (03:39) muz. i sł. tradycyjne
  • 17. To Fletcher, A Wife (00:48)
  • 18. Deserters (05:03)
  • 19. Native Dance (01:07) muz. i sł. tradycyjne
  • 20. A Last Night Together (02:16) muz. i sł. tradycyjne
CD 2 52:44
  • 1. Alternate Titles (11:09)
  • 2. Bligh's Madness (01:33)
  • 3. Mutiny on the Bounty (04:22)
  • 4. Cast Adrift (08:05)
  • 5. Return to Otahiti (00:39)
  • 6. Men Against the Sea (00:32)
  • 7. Log Entries (00:34)
  • 8. The Mutineer's Threats (00:45)
  • 9. Civilised Men (01:35)
  • 10. Limits of Endurance (02:01)
  • 11. The Saga of H.M.S.Bounty (21:13)1
Czas trwania: 01:55:31
Komentarze
Koper 2006-06-11
13:15
LOL, ja wiedziałem, że tu jakaś fotka z roznegliżowaną fanną zostanie wstawiona. :D Ale jak to zobaczy minister edukacji, to ja nie wiem, czy wam strony nie zdejmą z serwera... ;):D:D
Mefisto 2006-06-11
14:58
Zgadzam się w całej rozciągłości - temat główny w dwóch odsłonach jest bajeczny. Cała reszta tragiczna i tragicznie 'wydana' :(
Tomek 2006-06-12
23:48
Znam tylko temat. Wnioskując z recenzji Łukasza, zupełnie wystarczający do szczęścia. Vangelis to raczej (w muzyce filmowej) król tematów. Podobnie "zrobiona" jest ścieżka z Antarctica, utwór pierwszy i ostatni intonują kapitalny temat główny, a w środku takie "rozmyślania" vangelisowkie, które do mnie nie za bardzo trafiają, być może przez swoiste "ograniczenie wykonania", które w tego typu muzyce nastroju środki elektroniczne nie mogą zapewnić w takim samym stopniu co klasyczne/akustyczne itd. (tak, jestem w tym względzie konserwatystą :) Cóż więcej dodać?, fotka rozbrajająca :D
DanielosVK 2011-03-15
23:48
E taaam. :P
Mieszko 2013-08-14
23:25
"Main Titles" i "The Saga of H.M.S. Bounty" są niesamowite! Reszta już tak dobra nie jest. O wiele lepsze wrażenia podczas seansu filmowego.
eryk maler 2017-05-28
06:45
...kiedy Hokusai uczy się malować źdźbło trawy i trwa to latami, a tak jest, to po to by na starość dopiero namalować obraz, te obrzydliwe syntezatory były przedmiotem naszej wielkiej zazdrości w tamtych latach, a to "tylko" narzędzie, megalomania i nadmierny patos uznawana była wtedy... za zaletę:), PCM-y za akustyki:), proces polega na tym by na osnowie skoro nie da się bez kontekstu zbudować szkic lub temat, potem wybrać momenty gdy stroił i kompozytor i instrument a to ewenement jak ładna pogoda, zmęczenie wytrąciło i laicyzm zleceniodawców Vangelisa z nurtu gdy stroił i gdy cs-80 była wykładnią, im bardziej operowy tym bardziej wytrącił, im bardziej folk tym bardziej wytrącił, perełki to początki poszukiwań i okryta wstydem soil festivities bo genialna i niekomercyjna a jazz jazz w tej sztuce nie istnieje, dobrze to wiecie jazzmani:)) to nie jazz to mgła jesieni, i.. tak samo jest u mnie - e'ryk maler, syntezatory są dla tych co nie umieją i ja też nie umiem, maluję nie gram, uczę się malować źdźbło latami, by kawałek obrazu udał mi się po latach poszukiwania... samej tylko pogody:)

Bounty, the (Bounty)

Kompozytor:

  • Vangelis

Soliści:

  • Vangelis - syntezatory

Wydawca:

  • bootleg (1984)

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie