Szukaj: w


recenzje

Legends of the Fall (Wichry namiętności)


Wichry namiętności to jeden z przypadków, kiedy polski tłumacz pozwolił sobie na fantazję przy tłumaczeniu tytułu. W oryginale mamy Jesienne legendy (Legends of the Fall) i z tego względu w tej recenzji pozwolę sobie używać tylko tytułu angielskiego. Legends of the Fall to jedna z wielu hollywoodzkich sag rodzinnych. Edward Zwick, reżyser wystawnych epickich dramatów takich jak Ostatni samuraj czy Glory, ale także kina wojennego (Courage under Fire) czy akcji (The Siege) postanowił stworzyć kolejną epicką opowieść. Główne role zagrali Anthony Hopkins, Aidan Quinn i Brad Pitt, zdjęcia zaś zrobił słynny operator John Toll, który jako jedyny w historii Oscarów w swojej dziedzinie został laureatem tej nagrody przez 2 lata z rzędu (za Legends i Bravehearta).

Muzykę skomponował twórca, który z Zwickiem współpracował już przy Glory, James Horner. Po tym projekcie można było się wiele spodziewać, ponieważ poprzednie spotkanie obu panów skończyło się naprawdę dobrym filmem i jedną z najlepszych ścieżek kompozytora. Wykonaniem partytury zajęła się słynna London Symphony Orchestra, która nie raz już z Hornerem pracowała (za pierwszym razem, przy Krullu, bili mu brawo po nagraniach; jest on też najmłodszym dyrygentem tej orkiestry w historii). Zwick mówi, że wiele rozmawiali o przedstawionej w filmie historii, a także o muzyce z Kornwalii, skąd pochodzą bohaterowie opowieści - rodzina Ludlowów, i Montany, miejsca, w którym zamieszkali. Twierdzi, że ostateczne dzieło wywołało w nim taką samą reakcję jak pierwsza lektura scenariusza. To ostatnie zdanie można przyjąć z dużą dawką sceptycyzmu, bowiem reżyserzy w różny sposób mogą zachęcać do zakupu albumu. Przejdźmy więc do samej płyty.

Tę zaczyna tytułowe Legends of the Fall, utwór z początku mroczny, potem przechodzi w główny temat, najpierw zaaranżowany na solową trąbkę, potem na smyczki i róg. Jest to jedna z tych melodii, których w dzisiejszej muzyce filmowej nie uświadczymy. Po prostu tak się już nie komponuje, a wykonanie LSO też jest znakomite; piękne jest emocjonalne wibrato, z jakim smyczki odgrywają temat. Nie tylko orkiestra jest świetna . Horner zatrudnił przy tej ścieżce kilku przyjaciół. Godne polecenia są skrzypcowe partie Jaya Ungera. Jednym z ważniejszych elementów tej partytury są także wejścia japońskiego fletu, zwanego shakuhachi, wygrywanego przez słynnego solistę Kazu Matsui. Przepiękny jest fragment na orkiestrę i ten instrument w Farewell/Descent into Madness. Przypomina to bardzo późniejszego Bravehearta.

Trudno opisać warstwę tematyczną partytury. Tematów jest po prostu tak wiele i każdy jest naprawdę piękny, wymieniając wszystkie po kolei musiałbym w pewnym momencie popaść w analizę utworu po utworze, co nie miałoby wielkiego sensu. Najważniejsze melodie to tak zwany temat legend (czyli wspomniany już tytułowy), motyw rodziny (The Ludlows i dramatyczny (To the "Boys"). Jednym z podstawowych wzorów wydaje się John Barry, a ściślej jego partytura do Tańczącego z wilkami. Warto wskazać na bardzo duże podobieństwa między głównym tematem a słynnym John Dunbar Theme, a także porównać Off to War ze znakomitym Journey to Fort Sedgewick.

Jak zwykle doskonałe są orkiestracje, tym razem autorstwa Thomasa Pasatieriego (znanego z współpracy z Thomasem Newmanem) i szanowanego dziś kompozytora Dona Davisa. Da się jednak wyczuć charakterystyczny styl Hornera. W tym przypadku nie wydaje mi się, by orkiestratorzy mieli wiele do powiedzenia. Warto wskazać, że w bardzo podobnym stylu kompozytor rok później zilustruje klasycznego już Bravehearta. Większość pomysłów jest prosta, jak na przykład zdublowanie partii skrzypiec w sekcji smyczkowej w celu zwiększenia intensywności emocjonalnej (jedna z sekcji skrzypcowych gra oktawę wyżej). Inną ciekawostką jest to, że partie smyczkowe są rozpisane tak, jakbysmy mieli do czynienia z fortepianowymi. Skrzypce wygrywają melodię, wiolonczele zaś przypominają wykonywany przez lewą rękę akompaniament. Pozwala to przypuszczać, że cała ścieżka została skomponowana na fortepianie. Orkiestracje są zorientowane na tę sekcję, mimo to nie jesteśmy pozbawieni innych instrumentów, tu warto posłuchać chociażby The Changing Seasons, Wild Horses, Tristan's Return, ze świetnymi rogami.

Z materiału dramatycznego na czoło wybija się przede wszystkim Samuel's Death. Zawarta na początku muzyka akcji jest moim zdaniem najlepszą w całej karierze kompozytora, mimo takich znakomitych utworów jak Escape from the Tavern z Willowa, Rescue and Breakout z The Missing czy Master Alarm z Apollo 13. Można by wymienić jeszcze więcej, bo mimo że oparta na pozornie skomplikowanym schemacie (technice nie mam nic do zarzucenia, wręcz przeciwnie, ale bardzo łatwo przy dokładnym wsłuchaniu się zorientować się w całej konstrukcji), orkiestrowa muzyka akcji Jamesa Hornera należy do najlepszych w historii gatunku. Po tym fragmencie następuje chwila napięcia, budowana nawet dość subtelnie. Przez cały jednak czas Samuel's Death dąży do wybuchu dramatyzmu, a sciślej dwóch takich wybuchów. Przy obu z nich kompozytor osiąga maksymalne emocje i wypada to znakomicie. Ciekawa jest też końcówka Farewell/Descent into Madness, tak jak późniejsze Revenge (skopiowane zresztą w Bravehearcie), wzięta z Patriot Games. Ten ostatni utwór jest jedynym opartym na (zupełnie niezłej, zwłaszcza jak na Jamesa Hornera) elektronice i solistach (w tym świetnym wokalu Maggie Boyle).

Mimo, że właściwie Legends of the Fall tworzy nową konwencję epiki Hornera, nie ustrzegł się on przed kopiami z samego siebie. Najłatwiej to zauważyć na wspomnianych już odwołaniach do Patriot Games, które można dostrzec jeszcze na początku pierwszego utworu. W kilku fragmentach kompozytor wykorzystał też elementy budowania napięcia z takich ścieżek jak Sneakers. Ścieżka ta jest także źródłem późniejszych, delikatnie mówiąc, odwołań, jak chociażby Revenge, elementy tematu z To the Boys czy cały dramatyczny fragment z Isabel's Murder, Recollections of Samuel przeniesiony do Betrayal & Desolation (wszystkie wymienione przykłady pochodzą z Bravehearta, poza tym część materiału możemy usłyszeć w... Mighty Joe Young).

Płytę kończy świetna suita Alfred, Tristan, The Colonel, The Legend zbierająca wszystkie tematy i motywy przewijające się przez całą ścieżkę. Każdy z nich, mimo że trzeba wskazać wysokie podobieństwo między nimi, jest naprawdę piękny. Mi to osobiście jednak nie przeszkadza, więcej, wydaje mi się, że nadaje to ścieżce większej spójności. Samej ścieżki nie mogę ocenić inaczej niż najwyżej. Muzyka Hornera jest po prostu wybitna, świetna tematyka, aranżacje, emocjonalne wykonanie. Mamy do czynienia zarówno z urzekającą prostotą (fortepianowy początek The Ludlows) jak i technicznym popisem w postaci Samuel's Death. Jedno z dzieł obowiązkowych, zwłaszcza dla fanów Bravehearta.


Inne recenzje z serii:
  • Legends of the Fall - Expanded Edition

    Autor recenzji:  Paweł Stroiński
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    Czas trwania: 75:15
    Komentarze
    michal 2011-09-17 01:05
    Co za roznica, czy ktos siedzi przy klawiaturze syntezatora, czy przy fortepianie? Tu nie chodzi przeciez o brzmienie, czy klasę instrumentu, tylko o funkcjonalnosc. A jak ktos 'jedzie na samplach' - to nagrywa za pomoca sampli, a nie komponuje, wiec to nie ma zwiazku. Faktycznie, czasem zdarzaja sie kompozytorzy, ktorzy maja wystarczajaco duzo umiejetnosci, by nie korzystac ze wspomagania instrumentu, ale nei wydaje mi sie, zeby to swiadczylo o umiejetnosciach kompozytorskich, po prostu uwazali na przedmiocie 'ksztalcenie sluchu', przez co nei traca czasu na pukanie w klawiature
    Wojtek 2011-09-17 01:42
    Koprze, ale przypadki pokroju RCP odrzuciłem na wstępie, bo wiadomo, że młodzi kompozytorzy wolą sample, a stare pokolenie używa sample. Wiadomo również, że taki Morricone, Williams czy Goldsmith używają fortepianu tylko jako podpory. Chodzi o to, że pełnokrwisty kompozytor używa jakiegoś instrumentu do komponowania, to zazwyczaj jest to fortepian lub inny keyboard, bo jest to jedyny intrument potrafiący symulować całą orkiestrę. Więc jeśli rozmawiamy o ścieżce z lat 90, kiedy sample i komputery nie były wszechobecne, to kompozytor miał dwa wyjścia: Albo jest taki zajebisty, że wszystko słyszy w głowie, albo używa fortepianu.
    michal 2011-09-17 01:55
    tylko, ze tak jak mowilem - sampli nie uzywa sie do komponowania, tylko nagrywania. sample to pojedyncze dzwieki instrumentow, a nie cale gotowe fragmenty, wiec je tez trzeba skomponowac
    Wojtek 2011-09-17 02:18
    Ależ ja nie neguję :)
    dziekan 2011-09-17 13:18
    Pan Paweł Stroiński jest teraz w Londynie,więc nie trujcie mu dupy :P
    Wojtek 2011-09-17 16:45
    A że tak spytam, Hansu gdzie jest teraz? :P
    czoug 2011-09-19 19:22
    Ciężko odnaleźć się w gąszczu tak pięknych tematów. W zasadzie cała płyta to swoista parada zdolności kompozytorskich. Skrzypce prowadzące nas całą znów super złożoną płytę. Nie znajduje tu nigdzie nudy- a temat główny znów wspaniały.
    SYLVEK 2012-03-30 00:40
    NIE MOGLEM ZROZUMIEC CO JEST W TEJ MUZYCE BO BYLA DLA MNIE ZA NUDNA NAPISZE TYLE TRZEBA OBEJRZEC FILM
    Mieszko 2013-12-19 16:36
    Jeden z najlepszych filmów Edwarda Zwicka, z kolei muzyka... Absolutna KLASYKA! Jakby istniała taka możliwość, dałbym za oddziaływanie w obrazie bez wahania 6/6!!! Szczytowa forma Jamesa Hornera, z kolei za brak oscarowej nominacji Akademii należy się kompletny brak szacunku, gilotyna oraz spalenie na stosie!!! Tylko wyróżnienie na Złotych Globach?! Skandaliczna i żałosna wpadka (jedna z największych w historii Oscarów)!!!
    Michał Turkowski 2014-08-24 13:44
    Absolutne arcydzieło i jeden z największych klasyków lat 90. Horner u szczytów romantycznej muzyki. Zniewalająca, wykonana z niesamowitą pasją przez LSO muzyka, mnóstwo wzruszeń, chwytających za serce za każdym razem. Moim faworytem tego scoru, jest temat przypisany dla Tristana, ma on niesamowitą siłę emocjonalną, w każdej aranżacji, perfekcyjnie oddaje on „dziką” naturę tego bohatera. Jedyną wadą płyty jak dla mnie jest utwór „Revenge”, który jest bardzo dobry, zwłaszcza w połączeniu z obrazem ale jego syntezatorowa budowa, sprawia że „gryzie” się on nieco z resztą albumu. Niemniej jednak to tylko małe zastrzeżenie, bo potem następuję prawdziwie zniewalający, pasjonujący symfoniczny finał w postaci dwóch ostatnich utworów. Mistrzostwo.

    Do tej recenzji istnieje jeszcze 30 komentarzy. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
  • Legends of the Fall (Wichry namiętności)

    Kompozytor:

    • James Horner

    Dyrygent:

    • James Horner

    Orkiestrator:

    • Thomas Pasatieri
      Don Davis

    Soliści:

    • Jay Ungar
      Kazu Matsui
      Tony Hinnigan
      Mike Taylor
      Maggie Boyle
      Dermot Crehan

    Wydawca:

    • Epic Sountrax (1994)

    Producent:

    • James Horner

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie