Szukaj: w


recenzje

Star Trek: The Wrath of Khan (Star Trek: Gniew Khana)


Zadziwiające jakie cuda można zdziałać mając przysłowiowe kilka dolców w kieszeni. To nie jest kolejne naciągane hasło propagujące “amerykański sen” ale refleksja jaka nasuwa się po obejrzeniu pewnego obrazu. Star Trek: Gniew Khana bo o nim mowa, to drugi pełnometrażowy film opowiadający kolejną historię z przygód dzielnej załogi admirała Jamesa T. Kirka. Zdawać by się mogło, że po sukcesie The Motion Picture Paramount nie będzie stwarzał problemów z realizacją sequela, wszak z ekonomicznego punktu widzenia seria była niezłą żyłą złota. Obcięto jednak znacznie budżet w związku z czym oszczędzano na czym się dało: na dekoracjach, efektach, nawet na makietach (makieta Enterprise pochodziła z poprzedniego filmu)! Cóż zatem sprawiło, że film ten odniósł większy sukces niż pierwszy Star Trek?
Historia.

Niejednokrotnie już przekonywaliśmy się, że czasami kluczem do sukcesu może być dobry pomysł. Jack B. Sowards i Harve Bennett na brak takowych nie mogli narzekać. Stworzyli więc bardzo atrakcyjny scenariusz poruszający wątek znanego widzom serialu Khana – jednego z wrogów Kirka, który w końcu znalazł sposobność do zrewanżowania się ex-kapitanowi za “krzywdy” jakie niegdyś mu wyrządził. Reszta zależała już od Nicholasa Meyera, który zręcznie pokierował całą produkcją, produkcją którą większość fanów serii do tej pory uważa za najlepszy obraz pełnometrażowy Star Treka.

Wraz z połową ekipy realizatorskiej zmieniło się także nazwisko kompozytora na liście płac. Jerry Goldsmith – twórca oprawy muzycznej do pierwszego filmu poszedł w odstawkę, a zastąpił go niejaki James Horner – młody, aczkolwiek laikowaty jeszcze muzyk, babrający się do tej pory głównie w nieambitnych (żeby nie powiedzieć... kiczowatych) produkcjach sience-fiction. Jakże ogromna to była szansa dla Hornera. To tak jakby dostał od kogoś w prezencie jednorazowy bilet wstępu do jakiegoś elitarnego klubu, gdzie od autoprezentacji zależało będzie, czy pozostanie w nim na dłużej, czy też na jednym razie się skończy. Szansę rzecz jasna wykorzystał, a Gniew Khana stał się portalem który przeniósł go w niedługim czasie do grona “znanych i lubianych”. Wiemy już co Horner zawdzięcza Star Trekowi, zadajmy więc sobie teraz pytanie co Star Trek zawdzięcza Hornerowi?

Zdania na ten temat są bardzo podzielne w środowisku. Jedni bowiem twierdzą, że Horner wniósł świeży powiew do palety muzycznej serii, inni obwiniają go za odejście od tematyki i stylistyki jaką narzucił wcześniej Goldsmith i jaką zaabsorbowała już pokaźna grupka ludzi. Są również i tacy, którzy podchodzą do sprawy jak do czystego rzemiosła, które suma summarum Hornerowi wyszło. Jak zatem należało by się do tego ustosunkować? Oczywiście przyznając częściowo rację każdej grupie, bo prawda leży po środku. Faktem jest, że Horner zafundował Star Trekowi całkowicie nowe brzmienie, odrzucając wszystko to co wprowadził Goldsmith 3 lata wcześniej. Różnica pomiędzy partyturami nie dotykała tylko sfery tematycznej i technicznej, ale i podejścia do ilustracji. Goldsmith traktował swoją muzykę jako przewodnik po bohaterach i głównych wątkach filmu tworząc balladę tematyczną przesiąkniętą wieloma niuansami technicznymi. Horner z kolei tchnął w swoje dzieło dużo energii, eksplodując to tu to tam dźwiękiem starając sie przy tym trzymać to wszystko w ryzach melodyjności i harmonii. Muszę przyznać, że zaczynając swoją podróż po muzycznym świecie Star Treka ciężko mi było zaaklimatyzować się do Wojny Khana. Był okres, kiedy uważałem tą ścieżkę za niekonsekwentną w stosunku do tego co dane mi było usłyszeć wcześniej w The Motion Picture. Dużo w tym racji, ale tylko i wyłącznie jeżeli na partyturę tą spojrzymy pod kątem linii melodyjnej i... własnego sentymentu. Obejrzenie filmu skutecznie uzmysławia, że niekonsekwencja, która straszy słuchacza albumu jest tylko przebrzmiałym mitem.

Odrzucając koncept Goldsmitha nie wyrzekł się Horner jakiegokolwiek związku z wcześniej stworzoną muzyką do Star Treka jest bowiem nadal trzymana w przygodowym klimacie. Kompozytor zdobył się także na oryginalny zabieg wprowadzając fanfary autorstwa Alexandra Courage'a (Main Title) rozpoczynające niegdyś pierwszy z seriali. Otworzył w ten sposób tradycję na zaczynanie nimi kompozycji każdego następnego filmu pełnometrażowego. Fanfary przechodzą w temat przewodni partytury – bardzo porywającą ale i liryczną melodię, która często jeszcze będzie powracać w dalszej części kompozycji, chociażby w triumfalnych sekwencjach lub napisach końcowych (Epilogue / End Title). Ciekawie prezentuje się też temat walk kosmicznych pomiędzy statkami Enterprise, a Reliant. Stanowi on fundament pod muzykę akcji Gniewu Khana. Jest ona bardzo żywiołowa i porywająca, zupełnie jak ta w Gwiezdnych Wojnach Williamsa. Szczególnie godne uwagi są dwa kawałki: Suprise Attack i Battle In The Mutara Nebula. Oba charakteryzują się niezwykła rytmiką i genialnymi orkiestracjami. Bianowi Tylerowi prawdopodobnie też się podobały te utwory, ponieważ w pisanej przez niego Lini Czasu często i gęsto się do nich odnosił. :)

Entuzjazm bijący z muzyki akcji to także problem Gniewu Khana. Widać, że jest to eksperymentalna forma, którą Horner tak na dobrą sprawę dopiero zaczął kształtować, a którą przyjdzie mu jeszcze rozwijać przez dobrych kilka lat. Brakuje mu finezji z jaką Goldsmith podchodził do wizji Roddenberry'ego – finezji przejawiającej się w specyficznym łączeniu elektroniki i orkiestry. Szkoda również tematów z pierwszej części Star Treka, które całkowicie poszły w odstawkę. Horner nic ciekawszego na tym polu nie zdziałał, aczkolwiek na brak oryginalności nie możemy narzekać. Innymi słowy... jest do dobra partytura, ściśle wywiązująca się z ciążących na niej zadań. Poza obrazem słuchanie jej sprawia nawet przyjemność. Zdecydowanie warta uwagi, ale nie adoracji.



Inne recenzje z serii:
  • Star Trek: The Motion Picture
  • Star Trek: The Wrath of Khan (expanded)
  • Star Trek: The Search for Spock
  • Star Trek: The Search for Spock (expanded)
  • Star Trek: The Voyage Home
  • Star Trek: Final Frontier
  • Star Trek: Final Frontier (expanded)
  • Star Trek: The Undiscovered Country
  • Star Trek: The Undiscovered Country (expanded)
  • Star Trek: Generations
  • Star Trek: Generations (expanded)
  • Star Trek: First Contact
  • Star Trek: First Contact (expanded)
  • Star Trek: Insurrection
  • Star Trek: Insurrection (expanded)
  • Star Trek: Nemesis
  • Star Trek: Nemesis (Deluxe Edition)
  • Star Trek: The Next Generation
  • Star Trek: Voyager
  • Star Trek: Deep Space Nine
  • Star Trek: Enterprise
  • Star Trek: Enterprise (Canamar, Regenerations)
  • Star Trek (2009)
  • Star Trek: The Deluxe Edition
  • Star Trek Into Darkness
  • Star Trek Into Darkness: The Deluxe Edition
  • Star Trek Beyond
  • Star Trek Beyond: The Deluxe Edition

    Autor recenzji:  Tomek Goska
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    Czas trwania: 44:45
    Komentarze
    Mefisto 2006-04-12
    14:38
    Taki sobie Horner, taki sobie Star Trek (w sensie muzyki) - i tu i tu wolę Jerry'ego :)
    Marek 2006-04-12
    15:23
    To końcowe podsumowanie jest bardzo trafne. Otóż muzyka Hornera pozytywne wrażenie wywiera inspiracją, jaką czuć w każdym miejscu score; o ile technika pozostawia jeszcze trochę do życzenia (choć dużo tu późniejszego Hornera, zwłaszcza w opartej na werblach muzyce akcji), entuzjazm niewątpliwie rekompensuje jej braki. Na pewno jednak nie jest to muzyka tej klasy co partytura Goldsmitha do TMP, nie jest to też kompozycja na poziomie Krulla, chyba najlepszego z młodzieńczych score'ów Hornera. Nie potrafię się co prawda zachwycać tym Star Trekiem (za dużo innych kompozytorów tu słyszę), ale w całej sadze zapisuje się on jak najbardziej pozytywnie.
    Tomek 2006-04-12
    16:44
    A ja lubię tą ścieżkę, bo pochodzi z "magicznego" okresu twórczości Hornera, a właściwie go rozpoczyna, lata 1982-1988. Zupełnie inne podejście od majestatycznej wizji goldsmithoskiej, pełnej niemalże religijnego splendoru i oczywiście technicznego geniuszu. Właściwie na tym samym poziomie jest część III: Search for Spock. Mała sugestia: warto było wspomnieć słówko o monologu Leonarda Nimoya :)
    Tomasz Goska 2006-04-12
    19:59
    Tym monologu, który wieńczył film, a potem przez 7 sezonów otwierał serial "The Next Generation"? :P
    Jamjumetley 2007-11-24
    00:47
    Ta, a wcześniej rozpoczynał "The Original Series"
    Mystery 2008-12-01
    12:11
    Muzyka jakże inna od poprzedniczki. Inna, ale poziomem niewątpliwie dorównująca. Temat główny, jeden z najlepszych w karierze Hornera, śmiało mogący stawać w szranki z mocarnym "Main Title" Goldsmitha. Reszta równie solidna, po za dość hermetycznym utworem 5, nie ma się praktycznie do czego przyczepić.
    Karolek 2009-07-20
    17:24
    No i mamy 'kompleta' od FSM! Będzie jakiś PS? :)
    Tomasz Goska 2009-07-20
    17:30
    Pewnie i recenzja w stosownym czasie :)
    czoug 2011-09-19
    18:49
    Prostota, lekkość, fajne pomysły, mało rozbuchanej orkiestry to plusy tej "pierwszej" ścieżki Jamesa. Nie powala, ale potrafi zaciekawić i zatrzymać. No i plusik za optymalny czas i zestawienie utworów na płycie.
    Mieszko 2013-11-28
    17:50
    Muzyczne początki Jamesa Hornera, co doskonale słychać. W sumie niezła praca, ale (dla mnie przynajmniej) nie wyjątkowa czy zapadająca szczególnie w pamięć.

  • Star Trek: The Wrath of Khan (Star Trek: Gniew Khana)

    Kompozytor:

    • James Horner

    Dyrygent:

    • James Horner

    Orkiestrator:

    • Jack Hayes

    Wydawca:

    • GNP Crescendo (1991)

    Producent:

    • James Horner

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie