Szukaj: w


recenzje

Ghosts of Mars (Duchy Marsa)



Na przełomie XX. i XXI. wieku Mars okazał się przeklętą planetą dla filmów. W 2000 roku zarówno Misja na Marsa Briana DePalmy jak i Czerwona Planeta z Valem Kilmerem ani nie zawojowały kinowych kas, ani nie zyskały uznania krytyków. Zaś rok później John Carpenter strzelił kulą w płot ze swoimi Duchami Marsa (Ghosts of Mars). Mimo, że niby potem nakręcił on dwa odcinki Masters of Horror i horror The Ward, to jednak wielu uznaje, że na tym filmie zakończyła się właśnie kariera kultowego reżysera. Prawda jest taka, że już w latach 90tych Amerykanin miał problemy z odnalezieniem się w nowych realiach filmowych. Zaś próba powrotu do korzeni w postaci Ucieczki z Los Angeles nie powiodła się. Właściwie to pierwotnie film ten miał być kolejną częścią przygód Snake'a Plisskena i nazywać się Ucieczka z Marsa. Ale po klapie Ucieczki z Los Angeles studio nie chciało kolejnego filmu z Kurtem Russella i wolało postawić na kogoś kto przyciągnie tłumy do kina. Producenci upierając się mocno postawili na Ice Cube'a. Tak, tak kiedyś Ice Cube miał status gwiazdy filmowej gwarantującej spory dochody. Takie to odległe czasy były. Jednak ani Ice Cube, ani pociągająca Natasha Henstridge, czy też Jason Statham w jednej ze swoich wczesnych ról nie uratowali filmu przed totalną katastrofą. Sam Carpenter przyznał, że po Duchach Marsa czuł się artystycznie wypalony i niezdolny do pracy w Hollywood. Dość smutny to koniec reżysera, który w latach 70tych i 80tych stworzył tyle kultowych filmów. Jest to w sumie też koniec kariery Johna Carpentera kompozytora muzyki filmowej. Amerykanin, któremu nie można odmówić szczerości, przyznał w jednym z wywiadów, że komponowanie tej ścieżki dźwiękowej było dla niego istną męczarnią i ma nadzieję nigdy więcej nie musieć komponować na potrzeby filmu.

Tak naprawdę Duchy Marsa są pokracznym autoremakiem Ataku na Posterunek 13. Znowu stróże prawa i więźniowie muszą się zjednoczyć, aby odeprzeć atak wroga. Tyle, że tym razem akcja dzieje się na Marsie, a zamiast gangu mamy... zespół heavy metalowy ze swoimi fanami. No dobra tak naprawdę są to ludzie opętani przez mistyczne siły dawnych mieszkańców czerwonej planety. Tyle, że to opętanie sprawia, że ludzie zamieniają się w dziwne kreatury przypominające naprawdę mieszankę takich zespołów jak Slipknot, Kiss, czy Marilyn Manson. Nie wspominając, że i zachowują się jak podczas koncertów metalowych. Widząc jak prezentują się owe tytułowe Duchy Marsa może wydawać się zrozumiałe, że i pod względem muzycznym John Carpenter postanowił pójść w heavy metal. I tak zatrudnił do pomocy trash-metalowy zespół Anthrax i takich muzyków i mistrzów gitary jak Steve Vai, Buckethead, czy Robin Finck. Czyli na pierwszy rzut nie brzmi to źle. Zgrała się ekipa, żeby zagrać trochę dobrego rocka. I choć może sam album może się spodobać miłośnikom ciężkiego grania, to jednak jako muzyka filmowa Duchy Marsa są totalną porażką.



Oglądając film i słuchając soundtracku, czy też najpierw słuchając soundtracku, a potem oglądając film można być nieźle zdezorientowanym. Większość materiału w obrazie nie pokrywa się z tym co otrzymujemy na krążku i odwrotnie. Tym samym wydany przez Verese Sarabande album należy potraktować bardziej jako concept album, czy też muzykę inspirowaną obrazem, niż prawdziwy soundtrack. Właściwie to tylko trzy pierwsze, zawarte na nim utwory, znalazły się w filmie. Trudno też się nie dziwić, gdyż o ile jako album metalowy ta płyta ma prawo bytu. O tyle nazywanie jej muzyką filmową jest więcej niż grubym nadużyciem. Dlatego też na potrzeby obrazu John Carpenter skomponował dodatkowo trochę ambientowego, trochę industrialnego materiału. W filmie znalazło się też sporo gitarowych riffów, walenia po garach oraz innych głośnych i nieprzyjemnych zagrywek, którym jednak brak melodyjności i jakiejś struktury jak kawałkom z niby oficjalnego soundtracku. Sam zamysł, aby zilustrować ten film takim mocnym metalowym graniem, jak zostało wspomniane, nie był w sumie taki zły, zważywszy na wygląd i zachowanie głównych przeciwników marsjańskich kolonialistów. I można byłoby to nawet potraktować jako taki muzyczny żart ze strony Johna Carpentera. Tyle, że w rezultacie dość mało śmieszny.

Przede wszystkim ta oprawa dźwiękowa nie pełni żadnej funkcji. Carpenter był kiedyś mistrzem tworzenia odpowiedniej atmosfery przy użyciu niewielkich środków. Dawniej starczał do tego stary dobry, poczciwy syntezator. W przypadku Duchów Marsa Amerykanin dalej korzysta z elektroniki, tyle że stara się ją scalić z muzyką metalową. Niby większy rozmach, ale co z tego skoro efektem końcowym jest huk. Jedyne co można powiedzieć o tej muzyce oglądając film, to że jest głośna i to niestety w takim bardziej irytującym znaczeniu. Trudno powiedzieć, aby kreowała ona jakiś klimat. Zwraca się na nią uwagę, ale głównie przez głośność i tego jak natarczywa ona jest. Film mógłby sobie spokojnie bez niej poradzić, a może nawet by na jej braku zyskał.



Właściwie jedynym dobrym, muzycznym elementem w filmie są jego napisy początkowe. Tytułowy kawałek Ghosts of Mars otwiera też album i słuchając go można poczuć lekko ducha dawnego Carpentera. Naturalnie trudno porównywać go do takich klasyków jak chociażby Halloween, czy Mgła, ale przynajmniej brzmi on w miarę filmowo. 6-nutowy temat potrafi wpaść w ucho i nieźle łączy syntezatory reżysera-kompozytora z dźwiękiem gitar. W filmie napisom początkowym towarzyszą ujęcia pancernego pociągu przemierzającego czerwoną planetę. Połączenie tych obrazów i tej muzyki wypada naprawdę dobrze i jako widz wprost jest się zaintrygowanym co też nas czeka. Niestety potem filmowo jak i muzycznie przychodzi rozczarowanie.
Po obiecujących napisach początkowych, właściwie przez cały film nie usłyszymy żadnego kawałka jaki znalazł się na albumie. Dopiero w finałowej potyczce wykorzystane zostają Love Siege i Fight Train. I znowu o ile miłośnicy takiego grania mogą docenić jakość gitarowych riffów, czy też świetną, agresywną perkusję, tak w obrazie jedyne co można powiedzieć o tych utworach, to że w nim są. Nie czuć w ogóle, że zostały one skomponowane pod te sceny. Ani nie tworzą one atmosfery, ani też jakiejkolwiek dramaturgii. Czy bohaterowie są zagrożeni, czy też wygrywają, muzyka ta gra tak samo. Oba te kawałki zostały bardziej podłożone z myślą: "Mamy wielką jatkę, to niech będzie głośno.". I tym samym wracamy do głównego problemu Duchów Marsa. Ta muzyka zupełnie nie funkcjonuje jako ścieżka dźwiękowa, praca ilustracyjna.

Przy całej ostrej krytyce Duchów Marsa nie można do końca powiedzieć, że mamy do czynienia ze złą muzyką. Złą muzyką filmową jak najbardziej, ale krążek sam w sobie nie jest jakimś gniotem. Nie można powiedzieć, że zatrudnieni do pomocy muzyki odwalili fuszerkę. Nie, rockmani nagrali po prostu kolejny album rockowy. I jako taki rockowy, metalowy, czy industrialno-rockowy krążek (jak kto woli) może on się podobać. Przy czym naprawdę trzeba lubić tego typu granie, gdyż inaczej i ten album może z czasem stać się męczący. Chociaż nawet jeżeli nie jest się fanem ostrzejszej muzyki należy docenić chociażby taki utwór jak Visions of Earth, który naturalnie nie został wykorzystany w filmie. Spokojna elektronika, połączona wręcz z hipnotyzującymi gitarowymi riffami tworzy niesamowity klimat. Słuchając tego kawałka naprawdę można poczuć się cool. Nie jest też inaczej z Can't Let You Go gdzie gitara plus saksofon wprowadzają wręcz pociągającą erotyczną aurę. Tak też na albumie można znaleźć parę smaczków i słychać, że nie zajmowały się tym osoby, które nie mają zielonego pojęcia o muzyce.

Czy te osoby mają za to pojęcie o muzyce filmowej to już inna sprawa. Przy czym właściwie z perspektywy tej strony, jest to sprawa najważniejsza i dlatego też ocena końcowa jest tak bardzo surowa. Gdyż nawet jeżeli Duchy Marsa bronią się jako zwykły muzyczny album, to niestety przegrywają z kretesem jako muzyka filmowa. Jest to w sumie dość przykre zważywszy na karierę Johna Carpentera, jako reżysera i przede wszystkim jako kompozytora. Skomponował on parę ścieżek/tematów które zapisały się w historii muzyki filmowej. I wtedy jak najbardziej miał pojęcie o filmówce i nie należy wykluczyć, że teoretycznie dalej je ma. I myśląc o filmach i muzycznych tematach to zapamiętajmy lepiej Johna Carpentera jako twórcę/kompozytora Ataku na Posterunek 13, Halloween, Mgły, czy Ucieczki z Nowego Jorku niż Duchów Marsa.


Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Ghosts Of Mars (03:42)
  • 2. Love Siege (04:37)
  • 3. Fight Train (03:15)
  • 4. Visions Of Earth (04:08)
  • 5. Slashing Void (02:46)
  • 6. Kick Ass (06:05)
  • 7. Power Station (04:37)
  • 8. Can't Let You Go (02:18)
  • 9. Dismemberment Blues (02:52)
  • 10. Fightin' Mad (02:40)
  • 11. Pam Grier's Head (02:35)
  • 12. Ghost Poppin' (03:20

Czas trwania: 42:59
Komentarze
andrzejlobo 2017-01-17
10:34
Moim zdaniem zbyt surowa recenzja. No, rzeczywiscie slucham metalu i jego podgatunkow. Lubie ta muzyke ale nie bede gadal o moim guscie. Chcialem podkreslic jedna rzecz. W muzyce filmowej czy czesto zdarza sie tworzenie soundtracku wraz z muzyka metalowa i nie mowie o jakies inspiracjach czy dawniu jakies malutkiej nuty metalowej. Albo poprostu podkladanie piosenek metalowych do filmow a co zreszta dzis juz tak czesto sie nie robi. A tu mamy muzyke skopowana na potrzeby filmu i ona jest 100% metalowa wraz z domieszka muzyki elektronicznej. No, faktu pierwszej klasy. Przyznaje. Ale ja bym powiedzial ze jest to letko nie udany eksperyment. Slyny rezyser jest znany z eksperementowania i tu probowal tez cos ciekawego stoworzyc. No, nie udalo sie ale wazne jest ze takie eksperymenty sa potrzebne w dobie zimmerowskich podrobek gdzie co drugi kompozytor bezmysnie kopiuje Zimmera lub inapiruje sie. Bo poki co nieslyszalem eksperymentow w dzisiejszych superprodukcjach. Ps nie zaliczam Mad Max 4 czy Wikinkow soundrackow gdzie jest metal moze inspiracja ale metalu czystego tam nie. A pamietam ze ktos tu pisal ze tam jest. To tyle.
andrzejlobo 2017-01-17
10:38
Sorrk,i ze tak troche chaotycznie napisane. Pisze z komorki. :D
Wawrzyniec 2017-01-18
15:35
Z Mad Maxem i Wikingami to właśnie ja byłem ;) Tylko, że to co mi się podobało w tamtych tytułach, że reckowe/metalowe/industrialne brzmienie zostało dobrze przerobione na muzykę ilustracyjną. W przypadku Duchów Marsa niestety tak nie jest. I jeżeli chodzi za sam album to już nie jestem tak ostry, jak widać po ocenach. Jako płytka z mocniejszym graniem ta muzyka się sprawdza, ale już jako muzyka filmowa niestety nie.
Mefisto 2017-03-09
19:52
Fakt, muzyka filmowa z tego marna. Ale album sam w sobie jest naprawdę spoko i w dodatku nie cierpi na ogrom materiału. 2,5 niech leci.

Ghosts of Mars (Duchy Marsa)

Kompozytor:

  • John Carpenter
  • Anthrax

Soliści:

  • John Carpenter (syntezator)
  • Steve Vai
  • Buckethead
  • Robin Finck (gitary)

Wykonawcy:

  • John Carpenter
  • Steve Vai
  • Buckethead
  • Robin Finck
  • Elliot Easton
  • Anthrax
  • Joseph Bishara

Wydawca:

  • Varese Sarabande (2001)

Producent:

  • Bruce Robb

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie