Szukaj: w


recenzje

Collage: The Last Work



Mało kto dziś pamięta, że po ukończeniu studiów doktoranckich na UCLA James Horner napisał dzieło koncertowe Spectral Shimmers, którego "sukces" skłonił go do zajęcia się muzyką filmową. Od późnych lat siedemdziesiątych do 2014 roku zajmował się wyłącznie twórczością na rzecz X Muzy. Wtedy szumnie (i słusznie, acz Horner był jednym z najpopularniejszych kompozytorów muzyki filmowej w historii gatunku!) ogłoszono jego powrót na sale koncertowe. Pierwszym dziełem było Pas de Deux - koncert podwójny na wiolonczelę i skrzypce napisany dla rodzeństwa Mari i Hakona Samuelsenów, z którymi kompozytor zdążył się w trakcie prac zaprzyjaźnić. Drugim Collage - koncert na cztery waltornie, pisany z myślą o czwórce solistów, którzy pracowali jako muzycy sesyjni u Hornera już wcześniej.

Oba dzieła zdążyły mieć premierę jeszcze przed tragiczną śmiercią kompozytora. O ile Pas de Deux w wersji albumowej zdążyło się ukazać na dosłownie niecałe dwa tygodnie wcześniej, tak na dwa ostatnie jego projekty trzeba było czekać jeszcze rok. Wszyscy fani muzyki filmowej cieszyli się, że reżyser Antoine Fuqua wykorzysta napisane tematy w swoim remake'u Siedmiu wspaniałych. Do tego jeszcze, chyba symbolicznie, dołączyło jeszcze ogłoszenie albumu zawierającego kilka suit filmowych, w tym z wcześniej niewydanego studenckiego First in Flight i wspomnianego już Collage. Suity ze ścieżek filmowych wykonali filharmonicy z Liverpoolu pod batutą Davida Arnolda (i nie, nie tego, o którym wszyscy myślimy), a za koncert na cztery waltornie odpowiadała London Philharmonic Orchestra, którą dyrygował Jaime Martin. Tak przygotowaną i nadzorowaną przez samego Jamesa Hornera płytę wydało Mercury Classics, w polsce reprezentowane przez Universal.

Pierwszą część albumu stanowią wspominane już suity. Rozpoczynające płytę Conquest of the Air to być może typowy "magiczny" Horner, ale właśnie chyba dlatego stanowi idealne pożegnanie z jego twórczością. Studencki film opowiada o największej pozamuzycznej pasji kompozytora. Tytułowy podbój nieba zilustrowany jest przez magię, uwielbienie dla sztuki lotu. Lot zawsze inspirował kompozytorów, by tylko wspomnieć legendarne już utwory Johna Williamsa czy Jerry'ego Goldsmitha. Jak wiadomo, James Horner sam był pilotem akrobatycznym i to właśnie uprawiając ten sport zginął. Słuchając jednak tych utworów, zamknijmy oczy i pozwólmy sobie odlecieć, zwłaszcza że nagranych na tej płycie utworów z First in Flight nie usłyszymy nigdzie indziej, nie tylko dlatego, że nie istnieje album soundtrackowy. Oryginalna muzyka do filmu została stworzona i wyprodukowana na samplach. Drugi utwór z tego filmu, Kitty Hawk to zdecydowany highlight albumu. Początek jest rodem, chciałoby się powiedzieć, z Bravehearta. Choć trudno zestawić to z niedostępnym raczej studenckim filmem, to Horner zaczął utwór swym mistycznym tematem historii, słyszanym nie tylko w filmie Mela Gibsona, ale też we Wrogu u bram czy Bobby Jonesie. Pewna wariacja słynnego czteronutowca w progresjach znanych nam np. z Ceny honoru prowadzi do przepięknego motywu na fortepian. Choć nie jest to może mistrzostwo oryginalności i muzyka nie była nagrywana pod batutą samego kompozytora, jego entuzjazm dla tematyki wprost płynie z tej czasem delikatnej muzyki, nawet jeśli sięga do takich ścieżek jak Dzień zagłady czy nawet Kacper. Kitty Hawk jest początkowo subtelniejsze pod względem budowania nastroju niż Conquest of the Air. Wraca tutaj wszystko, za co kochaliśmy Jamesa Hornera - ciepło, przepiękne (choć nie do końca oryginalne, ale taki jego urok) melodie, cudowne orkiestracje, a nawet elementy Americany w partiach na trąbkę. Specjalnie na okoliczność tego nagrania orkiestracje przygotowali Trevor Gomes i J.A.C. Redford.


Dobór pozostałych suit filmowych jest interesujący. The Ludlows z Wichrów namiętności to oczywiście hornerowski evergreen i bardziej się nadaje na tego typu kompilacje niż temat miłosny z Titanica. Wykonanie orkiestry z Liverpoolu jednak nie jest aż tak ekspresyjne jak londyńczyków, z których w 1994 roku to, co najlepsze, wyciągnął sam Horner. David Arnold jednak starał się wyciągnąć tyle charakterystycznego dla kompozytora brzmienia smyczków, ile mógł. Jose's Martyrdom z Cristiady należy niestety do najsłabszych fragmentów płyty. Niezależnie od mojego prywatnego zdania na temat tej ścieżki, problem polega na zmianie, używając języka samego Hornera, koloru. Trzeba powiedzieć, że tamten utwór w dużej mierze "robiły" partie wokalne. Tutaj przełożenie przez Paula Batemana sopranu Clary Sanabras na wiolonczelę nie do końca przekonuje, choć po raz kolejny ze swej strony nie zawodzi rodzeństwo Samuelsenów, którzy, jak wspomina w książeczce Hakon, byli obecni na londyńskich sesjach Cristiady. Aż dwa utwory wybrano z Wolf Totem, jednej z ostatnich prac kompozytora. Usłyszymy zatem pełne swoistej zabawy Little Wolf i romantyczny finał - Return of the Wild, wspomagany tu przez charakterystyczne hornerowskie syntezatory. O przepięknej suicie z napisów końcowych filmu powiedziano już wiele. Oprócz tego czeka nas jeszcze śliczny, pastoralny utwór otwierający Iris, w którym Joshuę Bella zastępuje Mari Samuelsen. Wykonawczą i selekcyjną pomyłką jest natomiast suita z drugiej części Obcego. Nie dość, że muzyka z horroru nijak nie pasuje do raczej nastrojowej i romantycznej reszty, to niestety wykonawczo nie jest zbyt dobrze. Oparta na oryginalnych orkiestracjach suita zawiera w sobie Main Title oraz Ripley's Rescue wraz z powrotem do napisów końcowych.

Płytę wieńczy koncert na cztery waltornie. Wykonawcami, współodpowiedzialnymi zresztą za zamówienie utworu, byli David Pyatt, John Ryan, James Thatcher i Richard Watkins. Wielokrotnie wykonywali partie na ten instrument jako muzycy sesyjni. Horner sam był z początku waltornistą. Warto też zwrócić uwagę, że dokonany na albumie podział na sześć części jest sztuczny i nie wynikający z samej kompozycji. Być może jednak narzucił to sam twórca, który na dwa tygodnie przed śmiercią osobiście nadzorował londyńskie nagranie Collage. To waltornia właśnie rozpoczyna utwór delikatnym nawiązaniem do twórczości Aarona Coplanda. Znawcy twórczości Jamesa Hornera mogą rozpoznać jego charakterystyczny styl. Coplandowska muzyka przywodzi kojarzone z twórcą amerykańskiego brzmienia obrazy - głównie chodzi tutaj o góry i wielkie nizinne połacie. Podobnie jak w przypadku Pas de Deux, Collage było krytykowane za braki formalne. O ile orkiestracje były wychwalane i od razu zrozumiano, że oba koncerty to nawiązanie do muzyki określanej jako pastoralna (Copland, wczesny Britten, ale też Ralph Vaughan Williams), to oba dzieła uznano po prostu za próbę przeniesienia myślenia filmowego na sale koncertowe. Zdaniem krytyków to przeniesienie nie było do końca przekonujące. W drugiej części słychać już nawiązania do przygodowych ścieżek kompozytora, takich jak Krull czy wcześniejsze Star Treki. Pod względem formalnym faktycznie nie ma zbytnio co się rozwodzić. Nie ma tutaj formy allegra sonatowego chociażby, mimo że poszczególne melodie się powtarzają. Jest to raczej rodzaj pewnej impresji, która po prostu płynie. Puryści muzyki poważnej tego pewnie nie zaakceptują. Nic tutaj nie jest stuprocentowo zgodne z klasyczną strukturą symfoniczną, co by sugerowała kwalifikacja utworu jako koncert. Koncert to bowiem sonata na orkiestrę i wirtuozerskie partie instrumentalne (tak jak symfonia to nic innego niż sonata na orkiestrę). Z drugiej strony Horner w żaden sposób nie wyznacza nowych kręgów. To prawda. Przy okazji Pas de Deux mówił, że specjalnie wybrał język przystępny dla słuchaczy. Przedostatnia część Collage zawiera mroczniejszą, bardziej dramatyczną drugą połowę, po której jednak wraca przygodowy triumf. Zakończenie koncertu jest bowiem przepiękną, choć cokolwiek znajomą brzmieniowo fanfarą.

Sama płyta w całości jest pięknym pożegnaniem z twórczością Jamesa Hornera. Czy warto ją posiadać? Przez wzgląd na samo First in Flight na pewno jest to dla fanów kompozytora pozycja obowiązkowa. Cudowne jest zwłaszcza Kitty Hawk. Dobór materiału niestety nie zawsze jest doskonały. A sam koncert? Może nie spełnia wszystkich wymogów, których oczekiwaliby czasem nieco snobistycznie nastawieni znawcy muzyki poważnej. Jednak dla nas, fanów muzyki filmowej, a przede wszystkim fanów tragicznie zmarłego kompozytora, jest to piękne wspomnienie. Jak o Pas de Deux powiedział Tomek Rokita, koncertowa twórczość autora Bravehearta jest "przedłużeniem ramienia" jego muzyki filmowej. Po Collage i Siedmiu wspaniałych, James Horner nie da nam już od siebie więcej. Jeśli, być może z powodu charakteru filmu, być może z powodu większego udziału Simona Franglena, Siedmiu wspaniałych może nie satysfakcjonować do końca, to Collage: The Last Work jest jak najbardziej pożegnaniem godnym.



Autor recenzji:  Paweł Stroiński
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Conquest Of The Air (First in Flight) * (05:24)
  • 2. The Ludlows (Wichry namiętności) (06:21)
  • 3. José's Martyrdom (Cristiada) (03:58)
  • 4. Kitty Hawk (First in Flight) * (10:06)
  • 5. Little Wolf (Wolf Totem) (03:41)
  • 6. Return To The Wild (Wolf Totem) (09:46)
  • 7. Part I (Iris) (3:50)
  • 8. Suite No. 1: Main Title & Ripley's Rescue (Obcy: decydujące starcie) (11:30)
  • 9. Collage – Part I * (04:03)
  • 10. Collage – Part II * (04:03)
  • 11. Collage – Part III * (04:19)
  • 12. Collage – Part IV * (03:43)
  • 13. Collage – Part V * (03:00)
  • 14. Collage – Part VI * (02:53)
Czas trwania: 76:51
* - nagranie premierowe
Komentarze
Mefisto 2016-10-02
17:14
Zgoda - pozycja obowiązkowa, choć płyta po całości nieco rozczarowuje, a i rzeczony koncert stoi jednak o klasę niżej od Pas de Deux. W tym wypadku jednak tytuł mówi wszystko - to taka kolażówka, na niedoskonałości której można przymknąć ucho.
Kamil 2016-10-03
17:12
To jak już mamy ostatnią pracę Hornera to może przydałoby się odświeżyć jego top 30? :)
Tomasz Goska 2016-10-03
19:32
Z wielkim zniecierpliwieniem czekałem na tę pracę, bo zeszłoroczne Pas De Deux bardzo przypadło mi do gustu. Można powiedzieć, że troszkę festiwal urządzili nam wydawcy na płycie. Bo z jednej strony starali się ukazać nieznane do tej pory arkany twórczości Hornera w jakimś klimatycznym kluczu. Z drugiej jednak strony mamy takie Aliens i Cristiadę, które działają tu na zasadzie konia trojańskiego rozsadzającego całą myśl od środka. Skupmy się jednak na nowym materiale... Suitki z First in Fligh to kwintesencja filmowej twórczości Hornera i chyba najbardziej nośny produkt na tym wydawnictwie. Powracam do nich częściej aniżeli do tytułowego Collage, które jest ciężkie, jak Paweł dobrze zaznaczył. Ciężkie, ale nie słabe. Horner po raz kolejny wywleka wszystkie demony i anioły ze swojej warsztatowej szafy, stawiając przed nami intrygujące słuchowisko. Fakt, klasa niżej aniżeli PDD, ale w całościowym ujęciu zasługuje na status pracy przynajmniej dobrej. Zaś album jako całość jest swoistego rodzaju epitafium twórczości Hornera i jego godnym pożegnaniem. Będziemy tęsknić, Maestro.

Collage: The Last Work

Kompozytor:

  • James Horner

Dyrygent:

  • David Arnold
  • Jamie Martin (Collage)

Orkiestrator:

  • James Horner
  • Thomas Pasatieri
  • Trevor Gomes
  • J. A. C. Redford
  • Paul Bateman
  • Simon Rhodes
  • Greig McRitchie

Soliści:

  • Hakon Samuelsen (wiolonczela)
  • Mari Samuelsen (skrzypce)

  • David Pyatt (waltornia - Collage)
  • John Ryan (waltornia - Collage)
  • James Thatcher (waltornia - Collage)
  • Richard Watkins (waltornia - Collage)

Wykonawcy:

  • Royal Liverpool Philharmonic Orchestra
  • London Philharmonic Orchestra (Collage)

Wydawca:

  • Mercury Classics/Universal (2016)

Producent:

  • Alexander Buhr
  • Simon Rhodes
  • Andrew Cornall

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie