Szukaj: w


recenzje

Rosetta


"Music is space, space is music. It’s the same thing."


Natura, sztuka, historia, sport… Mimo wielu rozmaitych źródeł inspiracji, kariera Vangelisa zdaje się krążyć w sposób szczególny wobec kilku upodobanych sobie przez artystę wątków. Jednym z takich tematów niewątpliwie jest kosmos. Eksploracja pozaziemskiego świata fascynowała Greka – jak twierdzi sam zainteresowany – już od małego dziecka. Gdy w wieku kilka lat po zagraniu swoich pierwszych nut na domowym fortepianie został zapytany przez rodzinę, skąd pochodzą te dźwięki, mały Evangelos miał wskazać niebo. Swą wieloletnią fascynację kosmosem mistrz muzyki elektronicznej po raz pierwszy wyraził w 1976 roku przy okazji wizjonerskiego albumu Albedo 0.39. Później uczestniczył w szeregu innych projektów, wliczając w to m.in. muzykę do serialu Kosmos Carla Sagana oraz Mythodeę, do tej pory ostatni studyjny album Vangelisa.

Rosetta to sonda Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA), która wystartowała w 2004 roku w celu dotarcia na orbitę komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko oraz osadzenia na jej powierzchni lądownika Philae. Celem było zbadanie materii kometarnej oraz jej powiązań z materią międzygwiezdną. Sukces misji był wydarzeniem przełomowym w historii astronomii, nie dziwi więc artystyczne zaangażowanie w ten projekt kogoś takiego jak Vangelis. Artysta był w tę misję wprowadzony zresztą już na dość wczesnym etapie. André Kuipers, jeden z astronautów ESA, jest olbrzymim fanem greckiego kompozytora i to za jego sprawą twórcę zaproszono do siedziby organizacji. W zamian pracownicy ESA mogli odwiedzić Vangelisa w jego studio, gdzie przyglądali się, jak do udostępnionych mu wizualizacji komponował utwory specjalnie na cześć ich misji. Efektem tej ścisłej współpracy jest Rosetta – pierwszy od piętnastu lat concept-album słynnego mistrza syntezatorów. Czy jest on jednak równie przełomowy, co inspirująca go misja? Niestety nie.

Słuchając płyty, ciężko opędzić się od wrażenia, że Vangelis całkowicie zrezygnował z jakiejkolwiek próby zredefiniowania muzycznego brzmienia kosmosu. Doskonale obrazuje nam to już pierwszy utwór, Origins (Arrival). Na tle ambientowych pejzaży doskonale znanych już ze wspomnianej Mythodei, wznosi się dostojny temat, delikatnie odsyłający nas w stronę Rydwanów ognia. Następujące po nim „kołaczące”, elektroniczne dźwięki jako żywo przenoszą nas do płyty Spiral, a wieńcząca kompozycję kulminacja to prawdziwa mikstura rozwiązań – od Opery Sauvage, aż po Voices. Niepokojąca tendencja do powielania własnych pomysłów niestety nie ulega w dalszej części albumu radykalnej zmianie. Vangelis nie ogranicza się zresztą w swych nawiązaniach li tylko do brzmień oraz muzycznych środków, ale czasem korzysta i z wypracowanych rozwiązań kompozycyjnych. Choćby tytułowa Rosetta to pod względem zarówno melodycznym, jak i konstrukcyjnym praktycznie brat-bliźniak utworu Alpha z płyty Albedo 0.39. Ilość odwołań do samego siebie może więc nasuwać skojarzenia z casusem Cristiady Jamesa Hornera. Trzeba Grekowi jednak oddać sprawiedliwość, że mimo istnego festiwalu muzycznych reminiscencji, zdołał stworzyć dzieło w większości pozbawione dosłownego autoplagiaryzmu.


Pomimo tych wszystkich narzekań, obcowanie z albumem sprawia definitywną przyjemność. Vangelis wprawdzie nie jest już wizjonerem, nie przeciera nowych szlaków. Ale przez jego muzykę wciąż zdają się przemawiać szczere emocje i entuzjazm. Szczególną uwagę zwraca sam początek płyty. Wspomnianemu Origins, choć jest ewidentną składową wielu wcześniejszych pomysłów, nie można odmówić swoistego nerwu, a finał utworu potrafi prawdziwie zelektryzować słuchacza. Następujący potem Starstuff sugestywnie rozbudza wyobraźnię, umiejętnie przeszczepiając do kosmicznej przestrzeni ambientowe pomysły rodem z Oceanic czy Antarktyki. Nade wszystko ciężko nie dać się ponieść subtelnym brzmieniom młodszego brata Pinta, Nina, Santa Maria z Wyprawy do Raju, prześlicznego Infinitude, które jawi się chyba jako najpiękniejszy fragment całej płyty. Miłym zaskoczeniem będzie również Exo Genesis, wyróżniające się na tle całości zwiewnymi, klawiszowymi improwizacjami. Niestety dalsza część płyty jest już zdecydowanie bardziej nierówna. Obok bowiem całkiem satysfakcjonujących kompozycji jak energiczne Perihelion lub nastrojowe Celestial Whispers, odnajdziemy również nieporadnie brzmiące Philae’s Descent czy irytująco wręcz banalne Mission Accomplie (Rosetta’s Waltz). Szczęśliwie wspomniane utwory są najkrótszymi na albumie.

Reakcja na Rosettę jest w dużej mierze uzależniona od odbiorcy. Nawet wśród fanów Vangelisa może być ona różna. Ci bowiem, którzy są rozkochani w brzmieniu greckiego mistrza, chłonący z ekscytacją każdy wydobywający się spod jego palców dźwięk, będą zapewne ukontentowani. Jednak fani mający jeszcze w pamięci nowatorskiego Vangelisa, wizjonera, który swego czasu tworzył historię muzyki, mają prawo czuć się zawiedzeni. Dobrze jest podejść do tego albumu bez żadnych oczekiwań. Mimo kilku potknięć, jest to bowiem muzyka bez wątpienia ładna, potrafiąca ująć subtelnymi emocjami oraz pobudzić wyobraźnię. Nie znajdziemy tutaj jednak absolutnie nic świeżego, żadnej muzycznej myśli, która potrafiłaby na dłużej zafrapować. Zamiast fascynującej dźwiękowej podróży w kosmos otrzymaliśmy miłą przejażdżkę po dyskografii kompozytora. Całe szczęście kierowcy jeszcze starcza entuzjazmu, by na swoich starych trasach zabawiać pasażerów.



Autor recenzji:  Daniel Krause
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów

Czas trwania: 53:40
Komentarze
Tomasz Goska 2016-09-28 11:41
Ocena końcowa jak najbardziej słuszna. Trójeczka, to max co można z tego wyciągnąć. Jest pięknie, jest klimatycznie, ale wszystko to już było. Nie można nie odnieść wrażenia, że Vangelis żyje przeszłością. Szkoda, bo oczekiwania były... kosmiczne.
Mefisto 2016-09-28 14:33
Ja tam oczekiwań nie miałem żadnych, a i tak - abstrahując już od tej oryginalności lub jej braku - dostałem w sumie ciepłe kluchy. Pobrzdękało, pobrzdękało i się skończyło, a w głowie pustka. Niestety, ale Vangelis "się skończył" na Alexandrze.
Wawrzyniec 2016-09-28 21:32
Bardzo dobra recenzja, gdzie właściwie z każdym zdaniem mogę się zgodzić i to zarówno tym pozytywnym i krytycznym. Jedyna ma różnica, że nie będąc w pozycji recenzenta, a zwykłego słuchacza mogę lekko podciągnąć tę ocenę. Gdyż mimo poważnego braku oryginalności obcowanie z tą muzyką po prostu sprawia mi przyjemność. Zaś "Infinitue" zaliczam do drobnych perełek, które chcę nosić na swej szyi... uszach :)
Pawel P. 2016-09-29 15:28
Piękna płyta, oby wraz z jej sukcesem poszły kolejne. Vangelis w bardzo wysokiej formie.
DanielosVK 2016-09-29 19:45
Zastanawia mnie... jeśli "Rosetta" to Vangelis w wysokiej formie, to na którym albumie on nie był w wysokiej formie? :)
Pawel P. 2016-09-29 23:40
To jest płyta dla fanów Vangelisa, a tych na szczęście nie brakuje. I jak widzę po reakcjach, są zachwyceni. Nie dla narzekaczy, dla których głównym kryterium krytycznej oceny czegoś jest "nic nowego". "Nic nowego" pisali już niektórzy o "Imperium kontratakuje" czy "Świątyni przeznaczenia". "Nic nowego" w przypadku Vangelisa to żaden zarzut. Kiedy był "nie w formie"? Jeden powie, że na "Beaubourg", inny wskaże "Invisible Connections" czy "Page Of Life", a znajdzie się i taki, który wskaże "Alexandra". W przypadku tego artysty nie ma czegoś takiego jak "nie w formie" - forma nie jest czymś, co go określa. Coś może się oczywiście podobać lub nie, tu zgoda. Polecam jednak zapoznać się ze sposobem, w jaki komponuje. I co o tym sposobie mówi.
DanielosVK 2016-09-30 08:23
Zapewniam Cię, że do fanów Vangelisa należę od dawna i jego dyskografię znam na wylot. Nie muszę się zaznajamiać z jego sposobem komponowania, bo o nim również wiem aż nadto. Ja piję do innych albumów właśnie dlatego, że to jest pierwsza jego taka płyta, która w aż takim stopniu jest uzależniona brzmieniowo od innych. Ani "Mythodea", ani żadna wcześniejsza taka nie była, z tego względu nie sposób nie ocenić "Rosetty" jako najbladszy z concept-albumów Vangelisa. Muzyka jest ładna, ale nie jest w stanie już tak inspirować świeżością i pomysłami jak dawniej, bo tego tu po prostu nie ma. Vangelis kontynuuje tutaj trend, który pojawił się u niego po "Alexandrze" (który był jeszcze fajny IMO), mianowicie komponowania na lekkim autopilocie. Po prostu osiągnął taki punkt w karierze, że najwyraźniej nie potrafi w swój własny, spontaniczny sposób wykreować tak inspirujących pejzaży jak dawniej. Nota bene porównanie do "Imperium kontraatakuje" wzięte z kapelusza i nietrafne.
Pawel P. 2016-09-30 08:33
Kompletnie się z Twoim zdaniem nie zgadzam, nie dostrzegam tu żadnego autopilota, więc chyba pozostaniemy przy swoich. To nie koniec świata. A "Alexandra" baaaardzo lubię.
DanielosVK 2016-09-30 08:44
A jak inaczej nazwać album, który jest po prostu ciągłą zgadywanką "gdzie to było"? Po raz pierwszy u Vangelisa na taką skalę (mówię o albumach - bo obecne to było również w El Greco (2007), czy Świadectwie). Można to nazwać autopilotem, można to nazwać inaczej. Myślę, że z mojej recenzji aż nadto wynika, że ta muzyka sprawiła mi sporo przyjemności i frajdy, po prostu recenzencki obiektywizm nie pozwala mi ograniczać się do "podobomisizmu". :)
Tomasz Goska 2016-09-30 11:42
O gustach się nie dyskutuje, co nie zmienia faktu, że obiektywnie patrząc na cały przekrój twórczości Vangelisa, to Rosetta jest bardzo mocnym średniakiem. Za 20 lat nikt tego pamiętał nie będzie w przeciwieństwie do "1492", "Łowcy androidów" i tym podobnych. Historia to oczywiście zweryfikuje, tak samo jak weryfikuje teraz inne prace sprzed 20-30 lat. Mark my words, boy. Mark my words...

Do tej recenzji istnieje jeszcze 1 komentarz. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
Rosetta

Kompozytor:

  • Vangelis

Wykonawcy:

  • Vangelis

Wydawca:

  • Decca Records (2016)

Producent:

  • Vangelis

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie