Szukaj: w


recenzje

Batman v Superman: Dawn of Justice (Batman v Superman: Świt sprawiedliwości)



Ten film już od momentu ogłoszenia jego powstania budził ogromne kontrowersje. Nie chodzi bynajmniej o jego tematykę, tudzież konflikt między dwoma ikonicznymi superbohaterami, ale o całą otoczkę produkcyjną. Warner Bros. postanowił bowiem oddać swoje komisowe uniwersum w ręce bardzo skrajnie odbieranego przez krytyków i widzów reżysera, Zacka Snydera. Cóż z tego, że Amerykanin niemalże całą swoją karierę poświęcił na studiowanie i ekranizowanie przeróżnych powieści graficznych, gdy efektem tych starań były dwa kolosy na glinianych, fabularnych nogach (300, Watchmen: Strażnicy) i nowatorska adaptacja przygód Człowieka ze stali. Z takim bagażem doświadczeń Snyder zabierał się za historię z komiksowej stajni DC budzącą największe emocję.

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości pośrednio opiera się na powieści „The Dark Knight Returns”, choć na potrzeby prężnie rozwijającego się DC Extended Universe, fabułę poddano drobnej korekcie. Punktem wyjścia były więc wydarzenia z końcówki MoS, kiedy w wyniku konfliktu z generałem Zodem zniszczeniu ulega znaczna część Metropolis. Podstarzały Bruce Wayne, którego bezpośrednio dotknął ogrom tej tragedii, odpowiedzialnością za nią obarcza właśnie Supermana. Przez wielu uważany za wybawcę, wręcz Mesjasza, dla Batmana jest kolejnym zagrożeniem, które trzeba zneutralizować. Nie szczędzi zatem środków i czasu na zbieranie informacji o swoim wrogu, przygotowując się na bezpośrednie starcie. Pośrodku tego konfliktu staje skrajny idealista i miliarder, Lex Luthor. Jaki będzie wynik tego starcia i czy piętrzące się animozje będą w stanie zejść na dalszy plan w obliczu nowego zagrożenia? Na te pytania film Syndera odpowiada bardzo lakonicznie. O ile bowiem ma prawo fascynować wstęp ukazujący dramatyczne wydarzenia w Metropolis, jak i genialną kreację zmęczonego życiem Bruce’a Wayne’a, o tyle rozwój tych wątków przypomina błądzenie po omacku w poszukiwaniu idealnej formuły. Jakkolwiek pokrętnymi drogami, ale docieramy w końcu do świetnie zrealizowanej sceny bitwy dwóch herosów, którą podważa fatalne wręcz zakończenie – istny popis bezmyślności w sterowaniu filmowymi postaciami. Abstrahując od tego szokującego wręcz banału, film jako całość przypomina niekończący się zwiastun, gdzie co rusz prezentowani są nowi bohaterowie zapowiedziani w dalszych projektach DC Extended Universe. Obawy reżysera o to, że statystyczny widz może pogubić się w nadmiarze treści okazały się całkiem podstawne. Zobaczymy na ile wyprostuje to szumnie zapowiadana wersja reżyserka mająca ubogacić film Snydera o ponad 30 minut nowego, bardziej brutalnego w wymowie materiału. Jedno jest pewne. Nawet jeżeli przy tej okazji rewizji ulegnie również ścieżka dźwiękowa, to z duża dozą prawdopodobieństwa przejdę obok niej z zupełną obojętnością.

Już u progu powstawania tego spektakularnego sequela angaż Hansa Zimmera wydawał się niemalże pewny. Po umiarkowanym sukcesie Człowieka ze stali, którego jedną z mocniejszych stron była właśnie ilustracja muzyczna, chyba nikt nie wyobrażał sobie nagłego powrotu do ex-współpracownika Snydera, Tylera Batesa. Sam zainteresowany postanowił natomiast wciągnąć „na pokład” Toma Holkenborga odpowiedzialnego za cały arsenał perkusjonaliów MoSa. Zapowiadało się więc solidne tąpnięcie. Tym bardziej, że w Niesamowitym Spider-Manie 2 Zimmer udowodnił, że w kinie spod znaku superhero stać go jeszcze na ciekawe rozwiązania stylistyczne.

Batman v Superman nie wymagał aż tak radykalnych zmian. Podstawa tematyczna już funkcjonowała i całkiem dobrze sprawdzała się zarówno w filmach traktujących o Supermanie, jak i słynnej nolanowskiej trylogii. O ile zatem Zimmer nie wahał się czerpać pełnymi garściami z popełnionej kilka lat wcześniej ilustracji do Człowieka ze stali, o tyle nolanowskie Batmany potraktował zdawkowo, cofając się tematycznie aż do roku 1989, czyli do kultowego obrazu Tima Burtona. Charakterystyczna, minorowa melodia Elfmana nie wybrzmiewa w BvS w sposób oczywisty. Jest skrzętnie maskowana nadętym tonem i drapieżną wymową partytury. Oczywiście wszystko to znajduje swoje zrozumienie, gdy weźmiemy pod uwagę zarówno treść, jak i kreacje dwóch filmowych herosów. Jeżeli jednak spojrzymy na ilustrację w szerszym ujęciu, wtedy opadnie ideologiczna zasłona hochsztaplerskich sztuczek. Na jej miejscu wyrośnie natomiast smutny obraz wyraźnie znudzonych komisową tematyką kompozytorów.


Nie przypominam sobie, abym na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat wertując jakąkolwiek pracę Zimmera odczuwał tak potężne zmęczenie materiału. Ścieżka dźwiękowa sprawia wrażenie, jakby była pisana „na kolanie”, w olbrzymich bólach i na kanwie kolosalnego braku inspiracji eksponowaną w filmie treścią. Świadczy o tym nie tylko tematyka żerująca na wcześniejszych dokonaniach Niemca, ale brak większego pomysłu na efektywne zagospodarowanie tych koncepcji. Ten swoistego rodzaju muzyczny Frankenstein jest w gruncie rzeczy karykaturą warsztatu Zimmera, wyciągającą na światło dzienne najgorsze demony z przeszłości. A wszystko to maskowane potężnym brzmieniem, prostą melodyką odmierzaną metronomem topornych perkusjonaliów Junkiego oraz fatalnego miksu spłaszczającego dźwięk do nieznośnego hałasu. Ot muzyka uszyta na miarę widowiska, bo zupełnie jak film Snydera, przechodzi z fazy zaskakująco dobrego budowania dramaturgii (początkowe sceny z Metropolis) do stopniowego odsuwania się w cień sfery wizualnej. Należałoby więc zadać sobie pytanie na ile rzeczona ilustracja jest wypadkową konkretnej wizji Snydera i uporu w podążaniu za temp trackiem, a na ile efektem niemocy twórczej kompozytorskiego duetu? Ponad wszelkimi teoriami, domysłami i usprawiedliwieniami, jakie zalewają i zalewać będą Internet, warto podkreślić jedną rzecz. Mimo artystycznej, historycznej wręcz porażki Zimmera, ścieżka dźwiękowa do Batman v Superman ostatecznie spełnia swoje ilustracyjne powinności. Jeżeli bowiem istotą muzyki filmowej jest budowanie nastrojów, bądź bardziej utylitarne wypełnianie pewnych przestrzeni, to kompozycja Zimmera i Junkie XL radzi sobie z tymi zadaniami przynajmniej w sposób dostateczny.

Gorzej natomiast, gdy zechcemy owe treści przełożyć na doświadczenie indywidualnego odsłuchu. Do przetrwania takowego niezbędne może się okazać albo bezgraniczne uwielbienie owoców pracy Hansa Zimmera albo ich zupełna nieznajomość. Tylko w ten sposób przejdziemy obojętnie wobec istnej kanonady fałszywych bożków tematycznych, tak często uzurpujących sobie naszą atencję na 70-minutowym albumie od WaterTower (Sony Music). Właśnie z myślą o tym niemałym segmencie wielbicieli, tradycyjnie już zresztą, przygotowano dwie wersje soundtracku – regularną oraz dwupłytowe Deluxe, gdzie obok cieszącego oko designu umieszczono nieco mniej radujące ucho muzyczne dodatki. W porównaniu bowiem do analogicznego albumu wydanego przy okazji premiery Człowieka ze stali, Batman v Superman pod względem merytorycznej zawartości prezentuje się zdecydowanie gorzej. Swoją ocenę tej pracy opierał będę zatem na regularnej edycji soundtracku.

Pierwsze 15 sekund Beautiful Lie mówi o muzyce Zimmera więcej, aniżeli pozostałe kilkadziesiąt minut poszatkowanej jak film Snydera partytury. Ma być intensywnie, głośno, melodycznie i bez przesadnej ekstrawagancji w zakresie instrumentacji. I właśnie taka formuła znajdzie swoje uzasadnienie w wielu scenach akcji, montażach wprowadzających nas w przyszłe wydarzenia lub przedstawiających nowych bohaterów. Zanim jednak do tego dojdziemy, przed nami być może najbardziej obiecujący fragment kompozycji. Oto bowiem scena destrukcji Metropolis spotkała się z całkiem słuszną pod względem dramaturgicznym interpretacją. Pech chciał, że melodycznie zbiegała się z fantastycznym tematem stworzonym na potrzeby filmu Łzy słońca. Ckliwa wymowa tamtejszego tworu jak ulał pasowała do ściskających serce obrazków pogrążonego w chaosie miasta. Z samym bohaterem zespolony będzie doskonale znany nam motyw z MoSa. Możemy go usłyszeć między innymi w melancholijnym Day Of The Dead, w którym majaczą echa Ostatniego samuraja i Króla Artura. Porównania nie są przypadkowe, bo gdy weźmiemy pod uwagę kontekst zarówno przytoczonego wyżej fragmentu, jak i nasyconego większym ładunkiem emocjonalnym This Is My World, wtedy zrozumiemy zamysł kompozytora. Na zasadzie skojarzeń, jak po sznurku dojdziemy do schematu pogodzonego z losem bohatera, który nie boi się postawić na szali nawet swojego życia. I w takim mesjańskim tonie operuje tutaj ilustracja – ta najbardziej przystępna dla słuchacza jej cząstka.


Jakże odmienny jest muzyczny wizerunek Batmana. Wspomniane wyżej odniesienia do tematu Elfmana, to w moim odczuciu zasłona dymna. Ot prosty zabieg pozwalający Zimmerowi na uwypuklenie spirali nienawiści popychającej Bruce’a Wayne'a do szaleństwa. Efektywność tej idei skonfrontować możemy w Their War Here, choć o istotnym dla narracji aspekcie mówić możemy w kontekście pierwszego spotkania obu bohaterów (Do You Bleed). Irytować może nadęty ton, jaki wkrada się w bardziej intensywne sceny, a który skutecznie odziera muzyczną akcję z jakiejkolwiek tożsamości. Chyba najbardziej cierpi na tym długo wyczekiwane „starcie tytanów”, w którym czuć obecność rozmiłowanego w perkusyjnych orgietkach Holkenborga. Zilustrowane parszywą pomyją uderzeń i dźwięków (Black and Blue) brzmi niczym „synth mockup” ze wstępnych przymiarek do właściwego utworu. Niestety, taki obraz pozostawia po sobie większość utworów akcji skomponowanych na potrzeby Batman v Superman. Większość, ale nie wszystkie.

Wyjątek stanowi motyw Wonder Woman stopniowo uwalniany w miarę, jak przybliżana jest nam postać Diany Prince. Na soundtracku daje się poznać w utworze Is She With You, gdzie w skojarzeniu z drapieżną elektryczną wiolonczelą i muzyczną wizytówką Batmana, na chwilę wyrywa nas z ciasnych objęć nudnego, przepompowanego chórem, action-score. Także i tutaj nie obyło się bez pewnych nawiązań do wcześniejszej twórczości. Tym razem padło na słynne 160 bpm pochodzące z oprawy muzycznej do Aniołów i demonów. I mimo tych ordynarnych wręcz nawiązań jest to jeden z ciekawszych fragmentów soundtracku do Świtu sprawiedliwości. W tej kategorii konkurencyjny okazać się może jeszcze jeden delikates. W wyścigu o laur najbardziej awangardowego pomysłu wygrywa bowiem temat Lexa Luthora. Nie wiem, co kierowało Zimmerem sięgając po zawadiackie motywy z Sherlocka Holmesa (być może chęć ukazania postępującego szaleństwa miliardera), ale zdecydowanie przeliczył się w swoich zamiarach. Muzyka Niemca nie tyle ośmiesza opisywaną postać, co wbija się klinem w dosyć sztywną wymowę partytury. By się o tym przekonać polecam sięgnąć do The Red Capes Are Doming oraz Problems Up Here.

Paradoksalnie największą kreatywnością wykazuje się Zimmer tam, gdzie Synder zdaje się płynąć na fali nieudolnych prób rozszerzania swojego uniwersum. W ten sposób dosyć trafnie rozpracowana została między innymi tajemnicza scena z przyszłości. W ponurej wizualizacji kompozytor rzuca nas w wir atonalnego, eksperymentatorskiego sound designu odwołującego się koncepcyjnie do nolanowskiego Mrocznego rycerza. Mimo pewnych walorów ilustracyjnych, utwory takie, jak Must There Be A Superman, czy New Rules nie będą łakomym kąskiem dla melomanów. Takowym może się okazać kończąca naszą przygodę z albumem, czternastominutowa suita koncepcyjna, która z powodzeniem zastąpiłaby większość słyszanych wcześniej fragmentów. Men Are Still Good (The Batman Suite), to swoistego rodzaju ewolucja postawy Mrocznego rycerza – od smutku, poprzez wewnętrzny konflikt, aż do konsekwentnego wcielania w życie planu unicestwienia zakutego w lateks przybysza z kosmosu.

Czemu więc tak bardzo podłą wydaje się dla mnie oprawa muzyczna do Świtu sprawiedliwości? Bo za tą dumnie wznoszoną fasadą doniosłej epiki kryje się zwykłe próchno rzemieślniczego wyrobnictwa, kompletnego braku pomysłu na film i zwyczajnego znużenia komiksowym uniwersum DC. Wielu powie, że się czepiam. Że doszukuję się górnolotnych ideałów w miejscu, gdzie królować powinna rozrywka. Owszem, jeżeli za kryterium jakości przyjmiemy przebojowość, to Zimmer i jego bierny współpracownik ugrali tu całkiem sporo. A w myśl zasady, że każdy demon staje się mniej groźny, gdy tylko się go oswoi, można usprawiedliwić nawet najbardziej nieudolne pomysły. Pytanie tylko jak długo niemiecki kompozytor będzie udawał przed całym światem i samym sobą, że taki układ mu pasuje? Być może proklamowana niedawno obietnica zerwania z komiksowym kinem pozwoli mu w końcu odetchnąć od tych finansowo-kolesiowskich układów, dając szersze spojrzenie na przemysł filmowy. Obawiam się jednak, że to tylko kolejne czcze gadanie.


Jest to tylko fragment audycji wyprodukowanej na potrzeby programu emitowanego na antenie Radia Podlasie. Całości będzie można wysłuchać już 10 kwietnia po 22.00

Inne recenzje z serii:
  • Man of Steel

    Autor recenzji:  Tomek Goska
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    • 1. Beautiful Lie (03:47)
    • 2. Their War Here (04:34)
    • 3. The Red Capes Are Coming (03:31)
    • 4. Day Of The Dead (04:01)
    • 5. Must There Be A Superman? (03:58)
    • 6. New Rules (04:02)
    • 7. Do You Bleed? (04:36)
    • 8. Problems Up Here (04:25)
    • 9. Black And Blue (08:30)
    • 10. Tuesday (04:00)
    • 11. Is She With You? (05:46)
    • 12. This Is My World (06:23)
    • 13. Men Are Still Good (The Batman Suite) (14:03)
    Czas trwania: 71:36



    Deluxe Edition:

    CD 1:
    • 1. Beautiful Lie (03:47)
    • 2. Their War Here (04:34)
    • 3. The Red Capes Are Coming (03:32)
    • 4. Day Of The Dead (04:01)
    • 5. Must There Be A Superman? (03:58)
    • 6. New Rules (04:02)
    • 7. Do You Bleed? (04:36)
    • 8. Problems Up Here (04:25)
    • 9. Black and Blue (08:30)
    • 10. Tuesday (04:00)
    • 11. Is She With You? (05:46)
    • 12. This Is My World (06:23)
    • 13. Men Are Still Good (The Batman Suite) (14:03)
    CD 2:
    • 1. Blood Of My Blood (04:25)
    • 2. Vigilante (03:53)
    • 3. May I Help You, Mr. Wayne? (03:27)
    • 4. They Were Hunters (02:45)
    • 5. Fight Night (04:20)
    Czas trwania: 90:27
    Komentarze
    DanielosVK 2016-04-06 11:11
    "Ile było słabo rozpoczynających twórców a dziś są rozchwytywani przez producentów." No? Ile? :P
    lobo89 2016-04-06 13:07
    Chociaż by Ramin Djawd ktorego wszyscy krytykowali za Nienarodzonego z 2009. Czy Brian Tyler, który na początku kariery nie tworzył rewelacyjnych prac a dziś jest sztandarowym kompzytorem produkcji Marvela.
    Tomek 2016-04-06 14:08
    Lobo, naprawdę znaczące, wybijające się postacie gatunku ;-) Szczególnie Djawadi, czwarta liga (najwyżej) filmówki.
    DominikCh 2016-04-06 17:50
    Tomek, musisz w końcu zejść na ziemię. Przypominam, Goldsmith już od dawna nie żyje, a Williams jest jedną nogą na emeryturze, i piszę ścieżki raz na ruski rok. Czy nam się to podoba, czy nie, takie postacie, jak Djawadi lub Tyler mają obecnie wzięcie i nie są byle kim we współczesnej filmówce. Jak to się przekłada na jakość ich prac, to już kwestia gustu.
    Mystery 2016-04-09 12:32
    Snyder wrzucił Hansa na minę, ten robił co mógł, ale inaczej wyjść to nie mogło.
    Wawrzyniec 2016-04-09 23:56
    W filmie muzyka daje jeszcze radę. Przynajmniej Hans Zimmer stara się ratować ten tonący statek, którego kapitanem jest Zack Snyder.
    champion999 2016-04-10 16:32
    Ścieżka dźwiękowa to jedna wielka tragedia. O ile w Man of Steel trzymała poziom to tutaj niestety mamy raptem 3 utwory, które się da słuchać, reszta to głośne brzdąkanie. Gdzieś przewija się motyw Supermana, ale jest on rzadko używany. Nowy motyw Batmana? Dramat. Szkoda, że Zimmer nie użył starego motywu z Dark Knight, bo w połączeniu z motywem Supermana mógłby wyjść naprawdę ciekawy mix. A tak to mamy soundtrack który tylko raz przesłuchałem i mam dosyć (a muzyka z Man of Steel czy też Dark Knight są stałym elementem mojej muzyki filmowej). Szkoda, naprawdę szkoda, bo film tej rangi powinien mieć ścieżkę dźwiękową z prawdziwego zdarzenia. Może Steven Price wyznaczy jak się powinno tworzyć coś ciekawego, odmiennego, mam nadzieję, że zagości na stałe w filmach DC a nie będzie to tylko jednoodcinkowy pokaz (Suicide squad)...
    Wawrzyniec 2016-04-10 22:56
    Nowy temat Batmana ,ma prawo się nie podobać, ale użycie tego z The Dark Knighta byłoby już całkowicie złym posunięciem. Nie wspominając, że tamten Batman to zupełnie inny świat i zamknięty rozdział.
    serw 2016-04-14 17:15
    jak nazywa się utwór grany na balu gdy Wayne spotyka Woman
    DanielosVK 2016-04-15 12:46
    Waltz No. 2 - Szostakowicz

    Do tej recenzji istnieje jeszcze 13 komentarzy. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
  • Batman v Superman: Dawn of Justice (Batman v Superman: Świt sprawiedliwości)

    Kompozytor:

    • Hans Zimmer
    • Junkie XL

    Muzyka dodatkowa:

    • Steve Mazzaro
    • Andrew Kawczynski
    • Benjamin Wallfisch

    Dyrygent:

    • Nick Glennie-Smith

    Orkiestrator:

    • Bruce Fowler
    • Walt Fowler
    • Yvonne Moriarty
    • Carl Rydlund
    • Kevin Kaska

    Soliści:

    • Tina Guo
    • Ben Powell

    Wydawca:

    • WaterTower Music / Sony Music (2016)

    Producent:

    • Hans Zimmer
    • Junkie XL

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie