Szukaj: w


recenzje

Forest, The (Las Samobójców)



Bear McCreary nie należy do kompozytorów, którzy delektują się jednym zleceniem naraz. Najlepiej mieć ich wiele, by nie sczerstwieć z nudów, a jak się da, to jeszcze na kilku różnych medialnych płaszczyznach. Muzyczna gwiazda telewizji wychodzi więc od czasu do czasu z jakimś filmowym lub gamingowym potworkiem, by po chwili wrócić na najbardziej lubiane przez siebie poletko. Początek roku 2016 wydawał się pod tym względem nietypowy, bo oto dosłownie w jednym momencie na rynku pojawiły się aż dwie filmowe kompozycje Beara (Las samobójców i The Boy) z zapowiedzią następnej - 10 Cloverfield Lane. I można by mówić o daleko idących zmianach w nastawieniu Amerykanina, gdyby nie jedno – wszystkie te filmy, to zanurzone w gatunku grozy straszydła.

Z powyższego grona, to właśnie Las samobójców (The Forest) wydaje się najbardziej upodlonym i czerstwym filmidłem. Historia Sary, która wyrusza do Japonii, by odszukać swoją siostrę w słynącym z licznych samobójstw lesie Aokigahara, jest co najmniej pretensjonalna. Już z powyższego opisu można wywnioskować, że będzie to oparte na schematach widowisko, gdzie obowiązkowo zaistnieć musi tak lubiana przez amerykanów japońska mistyka i niezliczona ilość tzw. „jump scare”. Obcowanie z tymi straszydłami nie wzbudza większych emocji w przeciwieństwie do nadwyrężającego intelekt wprowadzenia. Ta ostra jazda na krawędzi kiczu potęgowana jest przez pisany na kolanie scenariusz i wyjątkowo kiepską grę aktorską. Ciekawym jest fakt, że artystyczna porażka debiutującego w branży Jasona Zada nijak przełożyła się na wyniki finansowe pozwalające producentom grzeszyć myślą o jakiejś kontynuacji.

Jeżeli takowa miałaby powstać, to zdecydowanie wolałbym nie widzieć na liście płac Beara McCreary. Tak słabo zilustrowanego filmu z jego udziałem dawno już nie widziałem. Pierwsze kilkanaście minut to istne błądzenie po omacku w poszukiwaniu optymalnego wypełniacza tła. Kompozytor podciągnął więc wszystko pod docelowe miejsce toczącej się akcji, bombardując nas przy tym quasi-japońskimi stylizacjami. Sama recepta na brzmienie nie była najgorsza, o czym przekonujemy się już w scenach z tytułowego lasu. Aby osiągnąć pożądany efekt, Bear cofnął się do lat, kiedy tworzył eklektyczne w brzmieniu ilustracje do czwartego sezonu Battlestara oraz gry Dark Void. Indonezyjski gamelan wsparty potężnym zapleczem perkusyjnym (koto, biwa, sample) i dziecięcymi wokalizami dały jako taką receptę na egzotyczną wyprawę w głąb nawiedzonego Aokigahara. Szkoda tylko że ten skrzętnie budowany klimat szybko rozmienia się na drobne dopuszczając do głosu utarte w warsztacie Beara schematy. W zestawieniu z nijak prowadzoną historią otrzymujemy zupełnie zepchniętą w tło ilustrację, która nie rości sobie żadnych praw do uwagi widza. Kończąc więc przygodę z filmem Zada wyzbywamy się jakiejkolwiek chęci, by wrócić do tego średnio absorbującego słuchowiska.

W przypadku innego, niszowego kompozytora, mało kto chciałby kiwnąć palcem w celu wydania takiej muzyki. No ale trafiło na człowieka, który za punkt honoru obrał sobie uszczęśliwianie fanów nawet najbardziej daremną tapetą. Wytwórnia Sparks & Shadows (de facto założona przez Beara) nie próżnuje, a wtórują jej chłopaki z La-La Land Records zapewniający tłoczenie wybranych soundtracków. I tak oto na magazyny obu labelów trafił krążek z wybranymi fragmentami ilustracji do Lasu samobójców. Pomijając kwestię bezsensu publikowania tak jałowej kompozycji, należy docenić, że w trosce o słuchacza postanowiono zamknąć czas prezentacji w optymalnych 42 minutach. Czy to jednak wystarczy, aby bez większego szwanku na zdrowiu przebrnąć przez rzeczony materiał?


Największe prawdopodobieństwo wytrwania, a nawet obdarzenia tej kompozycji jakąkolwiek dozą sympatii, będą mieli hardkorowi wyznawcy stylu McCreary'ego. Wtórna do bólu ilustracja zapewni przynajmniej stały dopływ rytmicznych, perkusyjnych akcyjniaków. Nie zabraknie również łagodnej, smyczkowej liryki odnoszącej się do wewnętrznego bólu i smutku głównej bohaterki. W jakimś stopniu ukontentowani będą również zwolennicy klasycznego, herrmannowskiego budowania atmosfery grozy, Choć już na wstępie trzeba zaznaczyć, że kompozytor rujnuje ten wysiłek poprzez nadmierne wykorzystywanie perkusjonaliów. Iście festyniarski dreszczowiec traci przy tym na autentyczności.

Pewnego rodzaju rehabilitacją jest trafny pomysł włączenia do palety wykonawczej dziecięcego chóru. Jak możemy wyczytać na blogu kompozytora, początkowo planował on nagrać kilkunastoletnich chłopców, ale pomysł rozbił się o asystujących mu w Japonii muzyków: Hiromitsu Nishikawa oraz Osamu Kitajima. Sprowadzili oni do studia młodych chłystków, którzy smęcili coś pod nosem, co miało niemiłosiernie wkurzać autora ścieżki dźwiękowej. Po jakimś czasie dostrzegł jednak pozytywne aspekty takiego „darcia kotów”, bo przecież partytura wzbogaciła się o autentycznie budzący grozę element! Efekty tej pracy możemy wysłuchać nie tylko w otwierającym krążek Main Title ale i wielu innych fragmentach rozsianych po całej długości albumu. Najefektywniej prezentuje się w skojarzeniu z gamelanem, tudzież w Follow the Rope czy innych The Reversing River. Całkiem dobrym uzupełnieniem tych zabiegów jest chór mieszany pojawiający się w najbardziej newralgicznych scenach akcji.

Zaiste, nie ma w tej pracy utworów, do których chciałoby się częściej powracać. Są natomiast fragmenty, które można śmiało wyprosić z podręcznej listy odtwarzania. Na pewno rozkaz wymarszu skierowałbym w stronę ilustracji sceny rozgrywającej się w leśnej chatce (ot kolejny filmowy schemat). Skrzętnie budowany klimat grozy bardzo szybko jest tam dewastowany przez wspomniane wyżej perkusjonalia. Ale najbardziej irytującym tworem jest w moim odczuciu zamykający zarówno krążek, jak i film Theme from "The Forest". Bear McCreary popłynął po całości dokonując rockowych aranżacji na wyprowadzone wcześniej tematy. Rozumiem, że w przypadku Battlestara takie stylizacje były świeże i zasadne od strony funkcjonalnej, no ale tutaj? W filmie grozy? Come on!

Fajnie, że Bear McCreary nie próżnuje i stara się coraz bardziej zaistnieć w kinowych przedsięwzięciach, ale chyba nie tędy droga. Czyż nie lepiej byłoby zamienić bezsensowne zapełnianie CV dokładnym analizowaniem wybranego projektu, przebudowywaniem warsztatu i samorozwojem? Tylko w ten sposób można sprostać coraz to większej konkurencyjności w branży. A konkurencyjność podobnych w wymowie ścieżek dźwiękowych zalegających na mojej półce na pewno sprawi, że ta opisywana tutaj będzie tylko zbierała kurz.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
Czas trwania: 42:01
Komentarze
Mystery 2016-02-25
13:04
Soundtrack asłuchalny, muzyka w filmie niemal, że nieodnotowalna, sorry, ale nie tym razem Bear.
Mefisto 2016-02-26
18:48
Bida. Może nie jakaś straszna, ale jednak.

Forest, The (Las Samobójców)

Kompozytor:

  • Bear McCreary

Dyrygent:

  • Bear McCreary

Orkiestrator:

  • Bear McCreary

Soliści:

  • Hiromitsu Nishikawa (instrumenty perkusyjne)

Wykonawcy:

  • The Nashville Scoring Orchestra

Wydawca:

  • Sparks & Shadows
  • La-La Land Records (2016)

Producent:

  • Bear McCreary
  • Steve Kaplan

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie