Szukaj: w


recenzje

12 Monkeys - season 1 (12 małp - sezon 1)



Film 12 małp w reżyserii Terry'ego Gilliama odniósł w 1995 roku zarówno komercyjny, jak i artystyczny sukces. Jednakże musiały upłynąć aż dwie dekady zanim ktoś wpadł na pomysł pociągnięcia tej oryginalnej wizji biologicznej apokalipsy. I to nie w kinowym, a telewizyjnym formacie! Właściwie koncepcja Terry'ego Matalasa i włodarzy sacji SyFy polegała na opowiedzeniu historii od nowa – rozbudowania jej o dodatkowe elementy i rozciągnięcia na nasze współczesne realia. Wrodzony sceptycyzm widowni, która już niejednokrotnie wystawiana była na takie eksperymenty tym razem był bezpodstawny. Widowisko okazało się bardzo wciągające i klimatyczne, ale co najważniejsze, podeszło z szacunkiem do kinowego pierwowzoru. Oczywiście w miarę rozbudowywania fabuły kosmetyce uległy pewne drobne wątki. I tak na przykład szalonego Jeffrey'a zastąpiła równie pokręcona Jennifer, a całą historię przyprawiono pikanterią obecności tajnej organizacji dążącej do apokalipsy. W efekcie otrzymaliśmy świetnie przemyślany i absorbujący uwagę periodyk, który czeka na kolejne sezony.

Główny pomysłodawca i producent wykonawczy serialowych 12 małp nie ukrywał, że od początku miał skonkretyzowaną wizję ścieżki dźwiękowej. A miała ona przemawiać warsztatem twórczym Trevora Rabina. Mało inspirujący wybór? Być może, ale ponoć fragmenty Wroga publicznego i Sakrbu narodów świetnie operowały w temp tracku pilotażowego odcinka. Na tyle dobrze, by w bardzo krótkim czasie przekonać Rabina do współpracy. Ten, sięgając po swojego sprawdzonego aranżera, Paula Linforda, stworzył drużynę, która dosyć sprawnie poruszała się na wielopłaszczyznowych wątkach fabularnych 12 małp.

Od strony funkcjonalnej telewizyjne małpy mają wszystko, co mieć powinny. Przede wszystkim bardzo klimatyczną i chwytliwą czołówkę, która zupełnie odcina się od filmowego pierwowzoru. Nie ma tu miejsca na przesadne eksperymentatorstwo, choć dalej częstowani jesteśmy grą skojarzeń. Bo jak inaczej nazwać oparcie głównej melodyki na indyjskich instrumentach perkusyjnych – różnego rodzaju dzwoneczkach i bębnach rozpościerających nad partyturą etniczną otoczkę. Owa etnika jest rzecz jasna bardzo powierzchowna, traktowana umownie – zupełnie zresztą, jak cała płaszczyzna tematyczna. Mimo, że Rabin dosyć często powraca do głównej melodii, to jednak rzadko kiedy pozwala jej w pełni rozwinąć skrzydła. Zazwyczaj są to subtelne wstawki skojarzone z suspensowym materiałem. Materiałem najczęściej brylującym po krętych ścieżkach wizualnego niewolnictwa. Muzyczna akcja również nie stanowi większego zaskoczenia dla osób doskonale rozeznających się w stylistyce RCP. Mamy zatem rytmikę, której determinantą są albo elektroniczne sample albo smyczkowe ostinata. Te drugie, w skojarzeniu z tematem przewodnim tworzą nawet ciekawy kolaż, do którego aż chce się po wielokroć powracać. Warto tylko nadmienić, że słyszana w czołówce melodia, to jota w jotę materiał z demówki, jaką kompozytor przedstawił Matalasowi tuż po otrzymaniu angażu.

Dalsza część pracy nad serialem również przypominała zabawę z elektronicznym bankiem brzmień, bo właściwie cały proces kompozycji odbywał się w domowym studiu Trevora Rabina. Wśród bardziej organicznych dźwięków wymienić można tylko fortepian, mandolinę i gitary akustyczne. Pozostałe elementy faktury to sample i programowanie elektroniki. I o ile w skojarzeniu z obrazem ciężko wychwycić ową efemeryczność brzmienia, to w momencie, gdy oderwiemy rzeczony materiał od warstwy wizualnej, nie sposób nie skrzywić się na sztuczność i anachroniczność sampli. Jest to tym bardziej deprymujące, że od czasów wspomnianego Wroga publicznego w kwestii technicznej niewiele się u Rabina zmieniło.


Dlatego też z wielką rezerwą podchodziłem do wydanego nakładem Varese Sarabande albumu soundtrackowego. Nawet zagospodarowanie tylko godziny przestrzeni płytowej nie uchroniło mnie od uciekania myślami, szukania bardziej inwazyjnych fragmentów i pomijania tych, które w moim odczuciu znalazły się na krążku zupełnie przypadkowo. Magia dobrze funkcjonującej w serialu oprawy muzycznej ulotniła się w mgnieniu oka. Zostało natomiast przeświadczenie, że poza fajnym w gruncie rzeczy tematem, kompozycja Rabina i Linforda to kolejne statystyczne dzieło przemysłu telewizyjnego, o którym za rok czy dwa nikt nie będzie już chciał pamiętać.

Kilka utworów ma jednak prawo powalczyć o odrobinę uwagi – głównie u entuzjastów serialu i miłośników warsztatu Trevora Rabina. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się otwierająca krążek suita tematyczna. Bez dwóch zdań jest to świetne słuchowisko, które sprawdziłem już pod kątem metronomu do różnych form aktywności fizycznej. Natomiast odrobinę więcej skupienia wymagała ode mnie ilustracja wieńcząca pierwszy sezon 12 małp, która również kończy naszą przygodę z soundtrackiem. The Cycle Is Complete z jednej strony stara się godzić narzucone przez Rabina koncepcje, z drugiej natomiast podskórnie stara się nawiązywać do kompozycji Paula Buckmastera z kinowego widowiska. Świadczy o tym obecność smyczkowych solówek, które w filmie z 1995 roku dźwigały ciężar liryki. Oczywista obecność rozmywających się w tle żeńskich wokali, fortepianowych melodii i zimmerowskiego anthemu spłaszcza te zabiegi do stricte funkcjonalnego rzemiosła, ale mimo tego efekt jest bardziej niż zadowalający.

Z całej masy mniej lub bardziej absorbujących utworów akcji w sposób szczególny przypadły mi do gustu Cole On The Move, The Monkeys On The Wall oraz The Future Is History. Najpewniej z tego powodu, że przypominają one co bardziej chodliwe akcyjniaki z dorobku Rabina. Choć nie grzeszą oryginalnością, to jednak dobrze wprowadzają w surową, pełną niepokoju wymowę partytury. Szkoda tylko, że w miarę upływu czasu ścieżka dźwiękowa zatraca ten charakter rozdrabniając się nad relacjami między głównymi bohaterami. Niestety, liryka 12 małp to istna katastrofa. Funkcjonuje tu na słowo honoru i nawet tak ikoniczna postać, jak James Cole nie została obdarowana żadną mocniejszą wizytówką muzyczną. O temacie zdesperowanej i zdeprawowanej pani doktor (Katarina Theme) nie będę się nawet wypowiadał, bo szkoda słów.

Nie będę również zbyt wylewny w przekonywaniu was do sięgnięcia po ten album soundtrackowy. Wychodząc z założenia, że niektórych ścieżek dźwiękowych pod żadnym pozorem nie powinno się rozdzielać z ich filmowej macierzy, zachęcę więc do zmierzenia się z widowiskiem. Myślę, że w taki właśnie sposób najlepiej docenić rolę i estetykę tej kompozycji. Przy okazji całkiem przyjemnie spędzicie trzynaście godzin waszego życia.


Inne recenzje z serii:
  • 12 Monkeys

    Autor recenzji:  Tomek Goska
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    • 1. I Am The Clock (12 Monkeys Suite) (4:45)
    • 2. Do You Believe In Fate? (2:12)
    • 3. The Future Is History (2:48)
    • 4. Katarina (Jones's Theme) (2:26)
    • 5. Temporal Frustrations (1:22)
    • 6. Welcome To Haiti (00:40)
    • 7. The Monkeys On The Wall (2:29)
    • 8. Cole On The Move (4:24)
    • 9. The Pallid Man (3:19)
    • 10. Time Is Cruel (1:31)
    • 11. Railly Meets Jones (1:17)
    • 12. Art Of War (3:55)
    • 13. 'It Was The Keys' (4:41)
    • 14. Goodbye, Cole (1:49)
    • 15. Everyone Will Die (2:24)
    • 16. Spearhead (1:44)
    • 17. Jennifer Takeover (1:38)
    • 18. The Night Room (1:07)
    • 19. Escape And Burn (1:21)
    • 20. Scav Attack (00:33)
    • 21. Atari (3:58)
    • 22. Splinter Standoff (3:53)
    • 23. The Cycle Is Complete (7:36)
    Komentarze
    Artur Karwala 2015-09-20
    19:25
    Bardzo dobra recenzja! Cieszę się, że wzięliście tę ścieżkę na warsztat i miałem okazję przeczytać fachowo wypunktowane wady i zalety. Tym bardziej, że ja zaliczam się do ów entuzjastów serialu i zapewne nie jestem obiektywny w ocenie :) Poza tym to właśnie za sprawą soundtracku sięgnąłem po serialowe 12 małp i nie ukrywam, że trafiła do mnie ta partytura. Ode mnie ma 4 gwiazdki. Temat przewodni i jego wariacje świetne (I Am The Clock, Monkeys on the Wall). Użyte dzwoneczków i tych szeleszczących instrumentów przywodzi na myśl bijący zegar i uciekający czas. Zwłaszcza w końcówce suity, gdzie daje to ciekawy efekt i fajnie współgra z tematyką serialu. Oryginalnością może i nie grzeszy, ale ma momenty, które mogą się podobać. Przesłuchałem album kilkukrotnie i nie czuję się znudzony. Będę do niego wracał. Oczywiście na upartego można by go odchudzić z kilku sztampowych i nic nie wnoszących akcyjniaków (choćby Scav Attack), ale ogółem jest naprawdę dobrze. Przykładam dużą uwagę do muzyki, więc cieszę się, że 12 małp otrzymało ścieżkę, która dodaje serialowi kolorytu, a nie jest tam tylko dlatego, że po prostu coś musiało w tle lecieć. Zgodzę się, że całość trafi bardziej do osób zaznajomionych z serialem. Przykładem jest „Spearhead”, który stylistycznie przypomina pracę ze stajni RCP, a jednak podoba mi się jak cholera, zwłaszcza, gdy wspomni się cliffhanger i napisy końcowe, podczas których poleciał ten kawałek :P Tak więc nawet jeśli nie planujecie seansu, to przesłuchajcie. Może zachęci Was do oglądania podobnie jak mnie, a wierzcie mi, naprawdę warto dać szansę tej produkcji. Dla miłośników science-ficition i podróży w czasie to wręcz pozycja „must see”. Liczę, że w 2 sezonie panowie zaprezentują większą plejadę tematów i Cole doczeka się swojej wizytówki. P.S Tomku, wspomniany wątek tajnej organizacji dążącej do apokalipsy jest kapitalny. Mam z nim związaną ciekawą teorię. Może będzie kiedyś okazja podyskutować. Jeśli masz czas i możesz sobie na to pozwolić, to zachęcam Cię do drugiego seansu. Podobnie jak w przypadku filmu, tak i w serialu podczas drugiego podejścia zauważa się multum smaczków i sytuacji, które powodują przysłowiowy opad szczeny. No i potwierdzają geniusz scenarzystów, którzy muszą mieć całość rozrysowaną na kilkunastu tablicach :)
    Tomasz Goska 2015-09-20
    19:41
    Właśnie w ramach powtarzania sobie materiału przed recenzją postanowiłem z dziewczyną sobie jeszcze raz obejrzeć ten serial. Dociągnę do 13 epizodu i wtedy przekonamy się ile nowego da się odkryć. Niemniej drugiej serii wyczekuję ze zniecierpliwieniem. :)
    Mefisto 2015-09-20
    19:47
    U mnie nota na sucho, bez znajomości serialu - albumowo jest to niestety przeciętne i anonimowe. Ale, że nie znam pełni kontekstu, to nie będę zbyt surowy w ocenie.

  • 12 Monkeys - season 1 (12 małp - sezon 1)

    Kompozytor:

    • Trevor Rabin
    • Paul Linford

    Wykonawcy:

    • Trevor Rabin (gitary, mandolina, syntezatory, perkusja, programowanie)
    • Paul Linford (gitary, fortepian, syntezatory, perkusja, programowanie)
    • Lou Molino (instrumenty perkusyjne)

    Wydawca:

    • Varese Sarabande (2015)

    Producent:

    • Trevor Rabin
    • Paul Linford

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie