Szukaj: w


recenzje

Greatest Miracle, the (Największy z cudów)


Filmy o charakterze religijnym nigdy nie cieszyły się wielkim powodzeniem. Wyjątek stanowią superprodukcje, które już u podstaw miały być kierowane do mas, uogólniać pewną problematykę, bądź też wywoływać kontrowersje. Przykładem może być Pasja Mela Gibsona, która ściągnęła do kin miliony, zbierając zarówno wiele dobrych, jak i negatywnych recenzji. Nikłym cieniem wydają się przy niej rzesze innych produkcji. Produkcji tworzonych za przysłowiowe grosze i nie mających siły przebicia we współczesnym skomercjalizowanym show biznesie. Z drugiej strony, powiedzmy sobie szczerze, wiele z takich filmów nie broni się atrakcyjną wizualną otoczką, o czym przekonało się studio Dos Corazones Films (Cristiada) – twórca animacji Największy z cudów (The Greatest Mirakle). Historia nawrócenia dwóch przypadkowych ludzi, którzy złamani przez życie wstępują do kościoła, by stać się świadkiem największego z cudów – ofiary Chrystusa upamiętnionej we mszy świętej – wydaje się troszkę trywialna, choć na pewno dobrze racjonalizująca istotę sakramentów i sprawowanej liturgii. Prowadzeni przez swoich aniołów stróżów bohaterowie pokonują tam swoje słabości i umacniają się w wierze. Pozytywny, nasączony chrześcijańską wymową obraz zakłócić może chyba tylko kiepskie wykonanie. Twórcy poszli bowiem po linii najmniejszego oporu inwestując w grafikę komputerową produkowaną na najniższych standardach – kojarzonych tylko z niszowymi grami komputerowymi. Mimo tego dla wierzącego i praktykującego odbiorcy będzie to z pewnością solidny zastrzyk duchowy. Zwłaszcza, że przekaz ten wzmacniany jest wybijającą się ponad przeciętność ilustracją muzyczną.


Mark McKenzie to niezbyt popularne nazwisko wśród miłośników muzyki filmowej. Filmy do których komponował ten artysta nie okupują pierwszych miejsc box-office, a firmy fonograficzne zdają się jakby pomijać jego istnienie. W świadomości odbiorców bardziej zapisał się jako orkiestrator i aranżer posługujący u boku tak wielkoformatowych nazwisk, jak John Williams, Jerry Goldsmith, Danny Elfman, czy Alan Silvestri. I można się dziwić, że mając tak olbrzymią wiedzę w zakresie operowania orkiestrą kompozytor ten nie popchnął swojej kariery dalej, walcząc o należne mu miejsce w Hollywood. Z drugiej strony trudno się dziwić. Niektórzy predysponowani są tylko do bycia dobrymi rzemieślnikami – sprawnie funkcjonującymi trybikami większej, bardziej skomplikowanej machiny produkcyjnej. Udowodnił to między innymi Conrad Pope, który mimo wielu zasług w dziedzinie instrumentacji, dalej nie może rozbujać swojej solowej kariery. Z kolei artyści tacy, jak Robert Elhai w ogóle nie próbują... Czy znaczy, to że prace McKenziego należy traktować z wielkim dystansem i z góry przypinać do nich łatkę tylko dobrego rzemiosła? Bynajmniej.

Największy z cudów udowadnia, że sama umiejętność kojarzenia ze sobą instrumentów nie wystarcza. Na wagę złota jest również wyobraźnia i doskonałe wyczucie tematu podejmowanego przez filmowców. Jeżeli bowiem mamy do czynienia z tak słabą stroną wizualną i niezbyt wymyślną fabułą inspiracja musi sięgać o wiele dalej poza filmową treść. A o takową byłoby trudno nie będąc emocjonalnie i duchowo związanym z wiarą chrześcijańską. McKenzie nie raz udowadniał to podejmując się innych projektów oscylujących wokół tej tematyki, a były to między innymi oprawy muzyczne do Saving Sarah Cain oraz The Last Sin Eater. Wszystkie te ścieżki mają jedną wspólną cechę: oscylują wokół ciepłej liryki wychodzącej z wysokich tonacji i przejawiają prostotę w sposobie komunikowania się z odbiorcą. Na czym miałaby polegać owa prostota? Przede wszystkim na oparciu kompozycji na jednym solidnym filarze tematyczny, którym autor oprawy odmienia swoją partyturę przez wszystkie emocjonalne przypadki. Takie podejście do sprawy można odczytać słuchając ścieżki dźwiękowej do Największego z cudów. Ścieżki, która szczelnie wypełnia ten krótki, bo niewiele ponad godzinny film. Partytura, choć daleka od miana przebojowej bardzo dobrze wywiązuje się ze swoich powinności przede wszystkim identyfikując się z duchowymi przeżyciami głównych bohaterów. To właśnie ich przygnębienie, późniejsza rezygnacja, która prowadzi ich do kościoła i stopniowe odkrywanie Boga przemawiają najbardziej właśnie za pomocą oprawy muzycznej. Fakt, czasami tworzy to dysonans ze sztywną, pozbawioną naturalnej motoryki i ekspresji animacją, ale gdy akcja koncentruje się wokół wizualizacji unoszących się aniołów, cudu eucharystycznego bądź kuszących spowiadających się ludzi demonów, wtedy ścieżka dźwiękowa wykazuje się największą siłą oddziaływania. A sporą ku temu pomocą jest obecność chłopięcego chóru tak żywo kojarzonego z muzyką sakralną.

I prawdopodobnie na tym filmowym doświadczeniu skończyłaby się moja styczność z muzyką McKenziego, gdyby nie wytwórnia BuySoundtrax, która kilka miesięcy po premierze obrazu w limitowanym nakładzie opublikowała album soundtrackowy. Materiał zawarty na krążku jest właściwie uporządkowanym chronologicznie prawie że kompletnym zestawem utworów słyszanych w filmie. Brakuje tylko towarzyszącej napisom początkowym pieśni Far Away, śpiewanej przez chór chłopięcy Libera. W załączonym niżej filmiku możemy posłuchać tego pięknego utworu:



Poniekąd na tej właśnie melodii wyrasta temat przewodni kompozycji. I można się tylko domyślać, czy była to odgórna decyzja producentów, czy też pomysł samego kompozytora. Jakkolwiek by nie było, ową inspirację nie traktowałbym jako pójście autora na skróty. Zaaranżowanie tej melodii sprawiło, że całość ścieżki dźwiękowej wydaje się przez to bardziej spójna… choć w oczach i uszach krytyków może się okazać monotematyczna. Przyjemna, nie pozbawiona patetycznego wydźwięku melodia, to nie tylko próba uchwycenia dobrotliwej, miłosiernej natury Stwórcy, ale również swoistego rodzaju spojrzenie wewnątrz człowieka – obrazu samego Boga. Owszem, obraz ten jest często zniekształcany przez grzech, stawiając nas w roli tych, którzy gardzą bożymi łaskami. I ma to swoje realne odzwierciedlenie w oprawie muzycznej – szczególnie mocno w scenach przedstawiających kuszenie szatana – jego prób ukierunkowania nas na egoistyczne myślenie.

Wydawać by się mogło, że muzyka McKenziego to taka solidna, ciągle nadająca na „górnym C” oprawa. Nic bardziej mylnego. Choć tematyce sakralnej i duchowego wzrastania poświęcana jest tu spora część kompozycji, nie zapominajmy, że jest to również typowa filmowa ilustracja z wszystkimi jej cieniami i blaskami. Muzyka działa w służbie materii filmowej i właśnie owa funkcjonalność jest wytrychem otwierającym furtkę do znużenia zarówno stale repetowaną tematyką, jak i niezbyt wymyślnym underscorem. Szeroko pojętej dynamiki i zmienności nastrojów jest tutaj jak na lekarstwo. Muzyka zdaje się płynąć tym samym niespiesznym nurtem otulając nas płaszczem przyjemnej, choć wymagającej skupienia treści. Wyjątkiem jest patetyczny motyw kojarzony z Bogiem, a który to bardzo żywo przypomni nam podobne motywy z repertuaru Georgea Handla (zagorzali miłośnicy piłki nożnej skojarzą z odpowiednim utworem). Jest to płaszczyzna, na której wyrastają potężne, epickie frazy.

Na albumie w formie bonusu dołączono również trzy utwory, które choć nie wnoszą wiele do słyszanego wcześniej materiału, to jednak domykają pewną koncepcję. Warto też zaznaczyć, że suita rozpoczynająca krążek była skonstruowana specjalnie pod wykonanie podczas Światowego Dnia Młodzieży w Madrycie.

Na pewno nie można tej ścieżki porównać do żadnych innych tworów filmowych, takich jak Pasja, bo i film zdecydowanie odgradza się od sztandarowych biblijnych opowieści. Największy z cudów jest swoistego rodzaju podręcznikiem duchowym po istocie wiary i w takich kategoriach funkcjonuje również muzyka. Czasami można odnieść wrażenie, że jest to twór bardziej przypominający oprawę filmu dokumentalnego, aniżeli fabularnego. Nie jest to bynajmniej zarzutem w kierunku autora partytury, wręcz przeciwnie. Muzyka wydaje się bardzo spójna i dobrze przemyślana. Wejście w tematykę sakralną i spojrzenie na nią nie tyle przez pryzmat mało inspirującego filmu, ale własnych doświadczeń, sprawiły, że kompozycja wydaje się bardzo intymną i piękną pracą. Wymagającą dużej dozy koncentracji, ale na pewno nie rozczarowującą.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. The Greatest Miracle Prelude (07:32)
  • 2. Call Of The Spirit (02:36)
  • 3. Entering The Cathedral (02:20)
  • 4. Angels, Demons And Prayer (05:32)
  • 5. Reclaiming Faith (03:12)
  • 6. Benedictus Deus (01:36)
  • 7. You'll See (01:15)
  • 8. Offerings (02:25)
  • 9. Ask For What You Want (01:41)
  • 10. I Miss You (03:33)
  • 11. Ultimate Love (04:45)
  • 12. A Clean Soul (03:03)
  • 13. Go In Peace (04:03)
  • 14. That Beautiful Smile (02:34)
  • 15. Ascension And Gloria Patri (01:46)
BONUS TRACKS:
  • 16. Pictures With Black Bow (01:47)
  • 17. Bus Accident (01:56)
Czas trwania: 51:36
Komentarze
Mefisto 2015-04-06
20:36
Odnośnie wstępu - przecież niemal cały Golden Age obudowany jest wokół tematyki chrześcijańskiej, także nie bagatelizowałbym tak tego podgatunku, bo nie ogranicza się on jedynie do Pasji i współczesnych tworów o Karolu - człowieku o 500 filmach. A co do muzyki samej w sobie - nie jest to z pewnością największy z cudów, ale bardzo ładna, zgrabna ścieżka.

Greatest Miracle, the (Największy z cudów)

Kompozytor:

  • Mark McKenzie

Dyrygent:

  • Gordon Johnson

Orkiestrator:

  • Mark McKenzie

Wykonawcy:

  • The Hollywood Studio Orchestra and Choir
  • Libera Boys Choir

Wydawca:

  • BuySoundtrax (2011)

Producent:

  • Mark McKenzie

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie