Szukaj: w


recenzje

Umi ga Kikoeru (Szum morza)



Ze Studiem Ghibli kojarzone są przede wszystkim dwa nazwiska: Hayao Miyazaki i Isao Takahata. Ten fakt nie powinien dziwić, bowiem obydwaj panowie byli współzałożycielami tej wytwórni, a ponadto to właśnie oni stworzyli większość jej największych hitów. Po kilku sukcesach na rodzimym rynku, z początkiem lat 90-tych, Studio Ghibli zaczęło się prężnie rozwijać. Wkrótce stało się oczywiste, że Miyazaki i Takahata nie byli w stanie brać pod swoje skrzydła każdego projektu realizowanego w Studio Ghibli. Tak też pierwszym filmem, który nie wyszedł spod ręki tych dwóch mistrzów animacji było Umi ga Kikoeru (Ocean Waves; Szum morza) w reżyserii Tomomiego Mochizukiego.

Z samego założenia Szum morza miał być niskobudżetową produkcją przeznaczoną tylko do dystrybucji telewizyjnej i do dziś pozostaje jedynym obrazem Studia Ghibli, który stworzony został na potrzeby srebrnego ekranu. Fabuła filmu powstała na podstawie książki Saeko Himury o tym samym tytule, która była najbardziej znanym dziełem literackim tej pisarki. Opowiada ona o Taku Morisakim, studencie z Tokio, który wraca do rodzinnego miasta. Tam spotyka się z przyjaciółmi ze szkoły. Wspomina on dawne czasy, kiedy razem ze swoim najlepszym przyjacielem poznali piękną i inteligentną Rikako. Wkrótce pomiędzy tą trójką tworzy się trójkąt miłosny. Widać zatem, że podobnie jak w przypadku powstałego dwa lata wcześniej Powrótu do marzeń w reżyserii Isao Takahaty, film Mochizukiego porzuca całkowicie elementy fantastyki na rzecz dość typowej historii miłosnej. W przeciwieństwie jednak do obrazu Takahaty, Szum morza nie posiada tego niezwykłego klimatu i „ghibliowskiej” magii, która sprawiłaby, że chciałoby się wracać do tego filmu. Nie dziwne zatem, że dziś jest to jedna z najmniej znanych produkcji Studia Ghibli i gdyby nie patronat Miyazakiego i Takahaty prawdopodobnie przepadłaby bezpowrotnie w odmętach dziejów.

Analogicznie jak w przypadku Powrotu do marzeń Takahaty, w celu skomponowania ścieżki dźwiękowej sięgnięto po anonimowe w świecie muzyki filmowej nazwisko, co zapewne wynikało z ograniczonego budżetu. Był nim kompozytor i pianista Shigeru Nagata. Szum morza to w zasadzie jedyne jego muzyczne dokonanie z którym możemy się bliżej zapoznać. Niewiele wiadomo o jego twórczości pozafilmowej, a i produkcje okraszone jego muzyką możemy policzyć na palcach jednej ręki. Jednak w przeciwieństwie do Hoshiego, który zilustrował jedynie kilka minut Powrotu do marzeń przed Nagatą stanęło zadania napisanie całej, liczącej niespełna trzy kwadranse, muzyki ilustracyjnej.

Soundtrack z Szumu morza był pierwszym wydawnictwem w historii Studia Ghibli, które nie zostało poprzedzone ukazaniem się na rynku Image Albumu, prezentującego zarys przyszłej partytury. Także i w tym przypadku miało to zapewne związek z niewielką sumą pieniędzy przeznaczoną na produkcję Mochizukiego. Aczkolwiek warto zaznaczyć, że omawiany krążek wcale wielce nie różni się od tych koncepcyjnych płyt. Mamy tu bowiem 10 utworów, z których żaden z nich nie nosi znamion ilustracyjności i oferuje odmienne koncepcje muzyczne. Nie trudno zatem dopatrzeć się tutaj analogii ze zdecydowaną większością Image Albumów, które komponował min. Joe Hisaishi.


Płyta rozpoczyna się od nieco fikuśnego utworu First Impression, który zinstrumentalizowany został na solowy fortepian. Ten instrument będzie nam towarzyszył przez większość utworów nadając im przyjemny, a niekiedy nawet refleksyjny charakter. Album ewidentnie uwypukla muzyczne preferencje Nagaty do których należy przede wszystkim jazz. Przekonują nas o tym niełatwe partie na wspomniany wyżej fortepian czy bardzo dobra, solowa trąbka z Side Street oraz Youki no Yopparai w którym Japończyk dorzuca nawet skrzypce, puzon i saksofon. Spora część albumu jest utrzymana właśnie w takich lekkich, przesiąkniętych jazzem i improwizacjami klimatach. Spośród tych pogodnych kompozycji wyróżnia się jedynie obdarowane cudną melodią, refleksyjne Kaze No Namiki Michi - zdecydowanie najlepszy utwór na płycie. Może zaciekawić fakt, że Nagata całkowicie porzuca idee wywodzące z tradycji japońskiej muzyki na rzecz wpływów zachodu, głównie jazzu, o którym napisałem wyżej. Co prawda cześć melodii może przywodzić na myśl partytury Joe Hisaishiego, ale wynika to jedynie z pewnych tendencji kompozytorskich panujących wśród japońskich kompozytorów muzyki filmowej niż wykorzystywania elementów takich jak np. pentatonika. Nagata unika także japońskich instrumentów ludowych. Wymienione wyżej cechy tyczą się także niezbyt ciekawej, popowej piosenki Umi no Naretara (Ending) śpiewanej przez odtwórczynię głównej roli, Yoko Sakamoto.

Głównym problemem omawianej partytury jest to dokładnie to, co doskwiera sporej większości Image Albumów, czyli brak wspólnego mianownika dla wszystkich kompozycji. Co prawda nie można powiedzieć, że utwory gryzą się za sobą, ale przez to, że nie jesteśmy w stanie wyróżnić żadnego melodycznego spoiwa, album bardziej przypomina składankę skompilowaną z losowo dobranych utworów. Naturalnie taka koncepcja świetnie radziła sobie np. na Image Albumie z Ruchomego Zamku Hauru, ale nie oszukujmy się - kompozycje Hisaishiego to zupełnie inna liga.

Muzyka zawarta na albumie nie odpowiada temu co możemy usłyszeć w filmie. Wszystkie tematy zawarte na soundtracku pojawiają się, w przeciwieństwie do albumu, niejednokrotnie i to w dodatku w pociętych, przeznaczonych pod konkretne sceny wersjach. Co ciekawe najczęściej przewijającym się motywem jest Shoujo no Omoji i to jego możemy uznać za temat przewodni ścieżki Nagaty. Umieszczenie na krążku pełnych wariacji poszczególnych tematów sprawia, że wcale nie rozminiemy się z prawdą jeśli uznamy recenzowany krążek za Image Album, a nie soundtrack sensu stricte. Tym bardziej, że Japończyk dobiera do konkretnych scen poszczególne kompozycje poniekąd losowo. Muzyka dystansuje się w stosunku do opowiadanej historii, ale niekiedy sprawia wrażenie wepchniętej tam nieco na siłę i jakby bezmyślnie. Przez to potencjał wielu kompozycji niestety nie zostaje w pełni wykorzystany. Taki los spotkał między innymi, jeszcze raz podkreślę cudne, Kaze no Namiki Michi.

Szum Morza Nagaty z pewnością nie zapisze się złotymi głoskami na kartach japońskiej muzyki filmowej, a także przy innych partyturach pisanych dla Studia Ghibli wypada dość blado. Mimo to, nie jest to jednak zła muzyka. Od strony warsztatowej prezentuje się bardzo solidnie, a niemała różnorodność recenzowanego materiału nie pozwala się słuchaczowi nudzić. Pomijając Kaze No Nimiki Michi muzyce Nagaty generalnie brakuje nieco indywidualnego charakteru. Charakteru, który pozwoliłby odbiorcy zatrzymać się przy tej partyturze na dłużej. Dlatego też, spędzenie niecałych 40 minut z Szumem morza Nagaty nie będzie czasem straconym, ale jednocześnie nie jest to pozycja, która szczególnie zapada w pamięć.




Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
Czas trwania: 38:34
Komentarze
Mystery 2014-12-07
18:10
Kolejne potwierdzenie, że w Ghibli liczy się tylko Joe.

Umi ga Kikoeru (Szum morza)

Kompozytor:

  • Shigeru Nagata

Orkiestrator:

  • Shigeru Nagata

Wydawca:

  • Tokuma Japan Communications (1993)

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie