Szukaj: w


recenzje

Sleuth



Zabawa konwencjami powieści detektywistycznej w praktyce może nie mieć końca. Zazwyczaj cały dramat rozgrywa się w wielkiej wiktoriańskiej willi, do której na długi majowy weekend zjeżdża się cała rodzina. Przyjeżdżają dosłownie wszyscy, nie pomijając dalekich kuzynów, o których istnieniu nie wiedział nikt oprócz ich samych. Kolacja przebiega spokojnie, są uśmieszki, rozmowy, lokaj wraz ze służbą spokojnie serwują kolejne dania. Gra muzyka, sączy się alkohol, aż nagle… pada strzał. Muzyka zamiera, goście wstają, ciotka nie żyje. W normalnych okolicznościach bohaterowie dzwonią po karetkę, dalej zawiadamiają policję i czekają. Nic bardziej mylnego. Najpierw zainteresowani zamykają wszystkie drzwi, nie pozwalając nikomu opuścić domu, a potem wzywają detektywa.

W oryginalnej sztuce Sleuth autorstwa Anthony’ego Shaffera młody aktor przybywa do willi zamożnego brytyjskiego arystokraty aby prosić o rozwód tego ostatniego z całkiem rozrzutną żoną. Każdy z tych elementów staje się podstawą do wielowarstwowej gry, w której Andrew Wyke (arystokrata) jest specjalistą. Z początku uprzejmy, teatralnie szarmancki, z czasem przeradza się w pełnego nienawiści i niebezpiecznego gracza, który wykorzysta każdy pretekst aby zadrwić i ośmieszyć swojego przeciwnika. Pomaga mu w tym cały arsenał przeróżnych gadżetów zaczerpniętych z licznych powieści, których sam Wyke jest autorem. Biednemu aktorowi, o mało męskim imieniu Mylo, nie pozostaje nic, jak odpierać ataki opętanego ciągłą rywalizacją seniora.

Do pierwszej ekranizacji Sleuth muzykę skomponował John Addison słynący z niepodrabialnego stylu charakteryzującego się zabawnymi aranżacjami na trąbki i silnym naciskiem położonym na melodyczność. Jego ścieżka idealnie pasowała do nierealistycznej, pełnej groteski rzeczywistości, w której „nic nie jest takie jak się wydaje, a wszystkie chwyty są dozwolone”. W obrazie Kennetha Branagha z 2007 roku, reżyser porzuca kostiumowo-cyrkowy klimat znany z pierwowzoru na rzecz chłodnej postępowości brytyjskiej klasy wyższej. To samo dzieje się pod względem muzycznym. Stały współpracownik Branagha, Sir Patrick Doyle odchodzi od rozpoznawalnej dla siebie orkiestracji zanurzając się w świat wystylizowanych, kameralnych brzmień, ostrożnie balansujących na granicy klasyki i muzyki nowoczesnej.

Tak jak u Addisona, album Doyla napędza jeden nieskomplikowany temat. Weźmy za przykład utwór pierwszy zatytułowany The Visitor. Słyszymy oszczędne pianino w towarzystwie ospałych skrzypiec. Para powoli buduje napięcie i wprowadza nastrój tajemnicy. W całkowicie opartym na ostinato rozwinięciu utworu słychać inteligentną współpraca jakiej podjął się Doyle. Ani pianina, ani skrzypiec nie wydaje się być za dużo. Jeden instrument uzupełnia drugi. Nie może być mowy o niepotrzebnej powtarzalności lub mozolnym operowaniu jednym schematem.


To prawda, schematu nie słychać w przedstawionym temacie; słychać go natomiast wszędzie indziej. Kolejne utwory puszczone od początku, czy od środka, dostarczają muzyki podobnej w konstrukcji i tempie. Zarówno Andrew Wyke, jak i Milo Tindle nie otrzymują osobnego tematu. Kompozytor podkreśla, że w przesyconym elektroniką pomieszczeniu przypominającym bardziej muzeum sztuki nowoczesnej niż dom obie postacie zlewają się w jedność. W swojej potyczce, tak można to określić, w której punktem centralnym jest zaaranżowana kradzież klejnotów, panowie kłamią, obrażają się nawzajem i prowokują. Jako, że ich pojedynek rzadko przybiera formę inną niż językowo-fizyczną, Doyle, w starannie przygotowanym temacie, nie usiłuję wyskoczyć przed szereg. Nie ma zamiaru uderzyć w punkt, którego widz nie widzi lub nie słyszy. I właściwie to wystarczy, jako że fabuła filmu utrzymuje jednakowe tempo, a akcja i dialogi odzwierciedlają przebieg teatralnej sztuki. Doyle lekko i jakby momentami figlarnie podkłada akompaniament pod pojedynek. Pomyli się jednak ten, który uzna tę strategię wyłącznie jako ozdobnik.

Żeby nie uśpić czujności słuchacza, główny temat proponuje drobne smaczki. Przede wszystkim łatwo ulec wrażeniu, że kompozytor w minimalny, aczkolwiek wyraźny sposób, imituje melodię tanga. Wysokie smyczki idealnie sprawdzają się przy grze dwojga jakiej jesteśmy świadkami. Pamiętajmy również, że fabularną kością niezgody jest kobieta. Tym łatwiej jest więc uwierzyć, że Doyle w swoim instrumentarium sygnalizuje, że niebezpieczna „prawdziwa gra”, jak określa ją Wyke, dzieli pewne elementy z argentyńskim tańcem. Ponadto kompozytor sporadycznie urozmaica środki wyrazu jakimi się posługuje. W The Ladder obecna jest delikatna, w przyjemny sposób zajmująca perkusja. Tam również słyszymy, że nieobca Brytyjczykowi jest elektronika, której pulsacje świetnie oddają nastrój miejsca, które przecież pozostaje niezmienne przez cały film. Takie wpływanie na tonacje tematu głównego słychać dalej w Black Arrival, czy bardziej klasycznym Rat in a Trap. Jego najbardziej rozwiniętą wersje słyszymy w sześciominutowym Sleuth. Ta dramatyczna suita odważnie wykłada każdy muzyczny składnik tej partytury i bez wątpienia stanowi jej najciekawsze ogniwo. W tym miejscu bowiem, jak nigdzie przedtem, uderza jej klasyczny wymiar, który tak dobrze koresponduje z teatralnym obliczem filmu Branagha.

Nietrudno się domyślić co na tym albumie nie pasuje. Podstawowym jego problemem jest jednolitość i, co gorsza, świadomość kompozytora o tym fakcie. Z tego powodu album popełnia jeden często uciążliwy grzech – choć zależy też jak na to spojrzeć. W paru miejscach poprzyklejane kwestie z filmów próbują zamaskować to, że mamy do czynienia z półgodzinną wariacją jednego tematu. Efekt jest odwrotny i fragmenty scenariusza, wypowiadane przecież perfekcyjną angielszczyzną, drażnią i rozpraszają. Gwoździem do trumny jest elektronika. Kapitalne wplatanie delikatnych rozróżnień tonacyjnych, przy których pomagał syn Patricka Doyla, Patrick Jr., ma się nijak do ostatniego zmiksowanego kawałka. Too Much Sleuth wydaje się być przytarganym na krążek prosto z modnej europejskiej dyskoteki, której żaden z filmowych bohaterów na pewno by nie odwiedził.

Sleuth to bez wątpienia muzyczny eksperyment. Wyrwany na moment od szekspirowskich adaptacji, Patrick Doyle proponuje album świetny pod względem technicznym i melodyjnym. Niedługi, w pełni klasyczny, choć nie pozbawiony dodatków krążek, to przemyślany pod względem warsztatu twór nie adresowany do każdego słuchacza. Fani dorobku kompozytora na pewno szybko załapią pomysł i wykonanie. Inni poczują się obrażeni materiałem niezróżnicowanym i momentami nudnym. Jakkolwiek krążek traci w wielu miejscach bez obrazu (dialogi!), tak z nim składa się w muzykę inteligentną, nie pozbawioną emocji. Muzykę, która sprytnie przemyka pomiędzy kolejnymi scenami, nadając im intrygującego i zachęcającego kolorytu.




Autor recenzji:  Tomasz Ludward
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
Czas trwania: 36:13
Komentarze
Mieszko 2014-08-27
09:35
Póki co nie zdążyłem zapoznać się z filmem, jednakże płytowo to jedna z najsłabszych prac Patricka Doyle'a. Powtarzany na okrągło jeden prosty temat w kilku wariacjach i w zasadzie nic poza tym. Album niedługi, lecz monotonia zabójcza, a kwestie dialogowe w utworze "I'm Not a Hairdresser" nieprzemyślane i mocno drażniące. Eksperyment nieudany. Nuda, panie Doyle.
Mefisto 2014-08-28
23:54
Ze wszechmiar średnia pozycja.
Mystery 2014-08-30
19:11
Mi ta pozycja zawsze kojarzyła się pozytywnie, w filmie grało przednio, a i fajnie się słuchało.

Sleuth

Kompozytor:

  • Patrick Doyle

Dyrygent:

  • James Shearman

Orkiestrator:

  • James Shearman

Wydawca:

  • Varèse Sarabande (2007)

Producent:

  • Maggie Rodford, Robert Townson

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie