Szukaj: w


recenzje

Tombstone




Wyatt Earp to bez wątpienia jeden z najważniejszych historycznych bohaterów Ameryki. Legendarny szeryf, oprócz uwielbienia i szacunku jakim mimo swoich drobnych grzeszków cieszył się już za życia, doczekał się dziesiątek filmów biograficznych, z czego większość skupia się na jednym szczególnym epizodzie – strzelaninie w O.K. Corall mającej miejsce w 1881 roku w miasteczku Tombstone. Wielu aktorów wcielało się w tę postać, m.in. James Garner, Kevin Costner czy Val Kilmer, a większość produkcji poświęconych Earpowi to filmowe pomniki i laurki. Nie inaczej jest w przypadku omawianego tu obrazu- Tombstone z 1993 roku .

Tym razem w rolę nieugiętego stróża prawa wciela się Kurt Russell, z partnerującą mu gwiazdorską obsadą: etatowy kowboj Hollywoodu Sam Elliott w roli starszego brata Earpa, Virgila, Michael Biehn jako Johnny Ringo, czy świetny Val Kilmer tworzący tutaj jedną ze swoich najlepszych kreacji – Doca Hollidaya. Film jest nie tylko hołdem dla Earpa, ale również dla westernów Złotej Ery Hollywood, dlatego niestety mimo paru dobrych momentów i wspaniale stworzonej postaci Hollidaya dla współczesnego widza może być on zwyczajnie niestrawny, rażąc prostatą i kiczem niektórych scen oraz dialogów.

Skomponowanie ścieżki dźwiękowej powierzono Bruce’owi Broughtonowi – wybór wydawał się być całkiem logiczny, bowiem za oprawę innego westernu, Silverado, kompozytor ma jedyną na swoim koncie nominację do Oskara. Muzyk dołączył tym samym do grona twórców, ilustrujących filmy o strzelaninie w O.K. Corall – a składa się ono z nazwisk tak zacnych, jak Jerry Goldsmith czy James Newton Howard.

Na potrzeby filmu kompozytor stworzył całą paletę barwnych tematów i drobniejszych motywów. Uwagę słuchacza w szczególności przykuwa swego rodzaju fanfara dla głównego bohatera (m. in Aftermath czy Wyatt’s Revenge) oraz temat jego przeciwników – bandy tak zwanych Kowbojów. Ich temat oparty jest z kolei na silnej rytmice (na ekranie często ilustrującej galopujące konie złoczyńców), metalicznej perkusji, mającej kojarzyć się z ostrogami, szczękiem broni czy może nawet podkutymi kopytami, oraz niskich partiach blach. Co ciekawe, na dość podobnych rozwiązaniach Broughton opiera ilustrację scen zemsty Wyatta, dodając do nich oczywiście temat szeryfa i czyniąc całość nieco bardziej brutalną i heroiczną – być może ma to sygnalizować bezwzględność Earpa w jego vendetcie, dorównującej bezwzględności czarnych charakterów.

Gwałtowne blachy i ciężka perkusja ilustruje też większość scen akcji – miejscami „wybuchy” rogów towarzyszące wystrzałom z rewolwerów wydają się być nieco przeszarżowane, jakkolwiek biorąc pod uwagę całokształt filmu, można odnieść wrażenie, że kompozytor idealnie się wpisał w jego konwencję i założenia reżysera. W takiej też manierze umuzyczniona jest jedna z najważniejszych scen filmu – strzelanina w O.K. Corral. Poza brutalnymi blachami i werblem, kompozytor dodaje też basowy puls na fortepian, i wplata fanfarę Wyatta. W utworze tym (o dość oczywistej nazwie O.K. Corall) można wyczuć silną inspirację Strawińskim – kilka progresji to niemal idealna kopia „Święta Wiosny”, zresztą rozwiązania zapożyczone z tego baletu Broughton przemycił też do underscore’u. Są one jednak tak krótkie i umiejętnie wplecione w resztę kompozycji Amerykanina, że nie ma sensu się ich czepiać.



Jednak nie samą akcją Tombstone stoi. Znajdziemy tutaj też całkiem sporo liryki i to już na samym początku płyty, która pomijając element niepokoju wprowadzony przez temat Kowbojów, zdominowana jest przez ciepły temat rodzinny i delikatną oraz radosną aranżację tematu Earpa. Utwory te są umiejętnie i ciekawie zorkiestrowane – być może to przypadkowe skojarzenie, ale drugi i trzeci utwór albumu zdają się być podszyte muśnięciami kolorów charakterystycznych dla Johna Barry’ego (pierwsze sekundy A Family), Basila Poledourisa (pierwsza połowa Arrival in Tombstone) czy nawet wykorzystaniem skrzypiec charakterystycznym dla kina familijnego fantasy Johna Williamsa (druga połowa tego samego utworu). Po tych dwóch trackach przechodzimy do kolejnego ważnego tematu ścieżki, jakim jest temat Josephine, pełniący również rolę motywu miłosnego. O ile melodia ta jest całkiem ładna, to już niestety częstokroć jej aranżacje wypadają nieco kiczowato – zwłaszcza połączeniu z obrazem (np. w Fortuitous Encounter, gdzie pełnoorkiestrowa wersja tego tematu wpleciona zostaje pomiędzy dynamiczne, Coplandowskie smyczki). Jednak ponownie, wydaje się to w pełni dopełniać wizję twórców, którzy przedstawiają bardzo uromantycznioną interpretację Dzikiego Zachodu.

Jeśli chodzi o wady tej płyty, na pewno jednym z poważniejszych problemów jest dość monotonny i ilustracyjny underscore. Często na albumie uświadczymy utworów, które zdążą nas znużyć i wprowadzić niemalże w letarg, z którego jesteśmy gwałtownie wyrywani dzikimi wybuchami dysonujących blach – nawet, jeśli nie oglądaliśmy filmu, słuchając muzyki dość łatwo można się domyślić, że po każdej dłuższej scenie dialogowej, ktoś z zaskoczenia zostaje zastrzelony. Do całości zdaje się też nie pasować Thespian Overture, pełniącego rolę muzyki źródłowej. Nie jest on zły, a i w obrazie pełni swoją rolę przyzwoicie, niemniej jednak nie do końca sprawdza się jako przerywnik między kolejnymi utworami opowiadającymi historię legendarnego szeryfa.

Płytę kończy Looking to Heaven - prawie dziewięcominutowy mariaż najważniejszych tematów ścieżki (chociaż pewna krótka, walcowa wstawka zdaje się być jakby z innej bajki i może odrobinę psuć wrażenia z odsłuchu). Zarówno ten utwór, jak i cała reszta ścieżki przykuwają uwagę wysokim poziomem technicznym, przede wszystkim świetną orkiestracją – podczas słuchania albumu niejednokrotnie uświadczymy ciekawej i rozbudowanej perkusji, dysonujących oraz podniosłych blach, a także różnorodnych smyczków – od dynamicznych, rytmizujących akcję, poprzez stylizowane nieco na muzykę ludową solówki, aż wreszcie po romantyczne wzniosy przy akompaniamencie reszty orkiestry. Łatwo można rozpoznać, że Tombstone powstało w latach 90tych, okresie w zasadzie końcowym dla tak barwnych i rozbudowanych ścieżek. Jednak mimo licznych zalet, soundtrack ten nie jest żadnym arcydziełem – grzeszy nadmiernym mickey mousingiem, a sam album mimo relatywnie niedługiego czasu trwania, mógłby być nieco krótszy. Dodatkowo trudno tu odnaleźć utwory, który byłyby prawdziwymi perełkami – owszem, jest tu naprawdę dobry temat Wyatta, a i wiele tracków ma ciekawe fragmenty, jednak ciężko wybrać jakiś szczególny kawałek, który by przykuł słuchacza od pierwszej do ostatniej sekundy i sprawiał, że chciałoby się do niego wracać (chyba tylko końcowa suita spełnia te wymagania). Niemniej jednak ścieżka ta jest kawałem solidnej, dobrej roboty, sprawdzającej się nie tylko jako hołd dla klasycznych westernów Golden Age’u, sprzed ery filmów Sergia Leone i popularnych tak na początku lat 90tych, jak i dziś antywesternów, lecz również jako dobry soundtrack przygodowy czy też świetny reprezentant swoich czasów – okresu, w którym orkiestrowe, bogate tematycznie ścieżki były w cenie. Mimo pewnego kiczu, wypływającego zwłaszcza w połączeniu z obrazem, każdy fan orkiestrowego grania powinien być zadowolony, a fani westernów, lubiący filmu pokroju Tombstone - wręcz zachwyceni.




Autor recenzji:  Wojtek Wieczorek
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. The Cowboys (03:50)
  • 2. A Family (02:04)
  • 3. Arrival In Tombstone (02:15)
  • 4. Josephine (01:30)
  • 5. Thespian Overture (00:45)
  • 6. Gotta Go To Work (01:10)
  • 7. Fortuitous Encounter (05:17)
  • 8. Street Standoff (07:08)
  • 9. The O.K. Corral (07:34)
  • 10. Aftermath (01:30)
  • 11. Cowboy's Funeral (04:29)
  • 12. Morgan's Death (02:12)
  • 13. Wyatt's Revenge (03:52)
  • 14. The Former Fabian (01:34)
  • 15. Brief Encounters (05:37)
  • 16. Finishing It (03:56)
  • 17. Doc And Wyatt (02:47)
  • 18. Looking To Heaven (08:43)
Czas trwania: 01:06:13
Komentarze
Mieszko 2014-08-17 13:50
Za długo, topornie, mnóstwo nudnego underscore'u i typowej ilustracyjności, w większości bezbarwnie. Track 18. najlepszy.
Wojtek Wieczorek 2014-08-17 15:22
Dzięki, już tego Earpa poprawiam. Co do antywesternów się nie zgodzę, bo w do dziś mają się całkiem dobrze - nawet w ostatniej dekadzie mieliśmy True Grit Coenów, remarek 3:10 do Yumy, Zabójstwo Jessego Jamesa, ciut wcześniej Propozycję, także gatunek ma się całkiem dobrze - w zasadzie nie przychodzi mi do głowy żadnej inny klasyczny western nakręcony w ciągu ostatnich 20 lat, poza właśnie Tombstone. I gdyby na płycie byłby choćby jeden highlajcik, od którego nie mógłbym się oderwać, to bez wahania dałbym mocne cztery gwiazdki, a tak to zdecydowałem się ocenę obniżyć ;)
Mefisto 2014-08-17 19:12
Tylko, że filmy, które wymieniłeś nie są tak do końca antywesternami i nawet jeśli wciąż powstają (tak jak wciąż powstają zwykłe westerny), to nie zmienia to faktu, że złoty okres podgatunku jest już dawno za nami (i, że jego największa popularność wcale nie przypadała na lata 90).
Koper 2014-08-17 19:39
Po części się zgodzę z Mefim, tym bardziej że True Grit czy 3:10 to Yuma to remaki starych westernów, a że zgodnie z współczesną modą wciśnięto je w realistyczne, nieco mroczne szaty, to chyba samo z siebie nie czyni z nich od razu takich antywesternów?
Wojtek Wieczorek 2014-08-17 19:55
True Grit to nie tyle remake, co ponowna ekranizacja tej samej książki. A co do definicji westernów, to każdy z wymienionych przeze mnie filmów spełnia wymogi, wg wikipedii, która to antywestern przedstawia przede wszystkim jako zachowujący czas i miejsce akcji westernu, ale zacierający granicę między dobrem i złem, brak modelowych wartości itd :P No ale w słowniku terminów filmowych nie sprawdzałem. A co do popularności - cóż, wydawało mi się, że jednak olbrzymie uznanie Tańczącego z Wilkami i Unforgiven jakoś się przełożyło na ich popularność, bo ja sam np. nie kojarzę żadnych produkcji z lat 70tych czy 80tych. I oczywiście nie chodziło mi o to, że wtedy ten gatunek się pojawił, bo prekursorem były chyba Spaghetti Westerny(?), no ale wtedy powstały choćby te dwie ikonicznie produkcje, a i obecnie raz na jakiś czas się pojawi taki film i jest chwalony przez krytykę.
Koper 2014-08-17 22:18
Tę definicję antywesternu to niemal każdy spaghetti-western spełnia. :) A w latach 60. i 70. faktycznie powstawało sporo wg tej definicji antywesternów (Hombre, Dzika Banda, Pat Garrett..., Jeremiah Johnson i wiele, wiele innych). Czasy filmów z nieskazitelnie szlachetnym Johnem Waynem minęły wcześniej. :)
Wojtek Wieczorek 2014-08-17 22:29
O tym, że minęły, to wiedziałem. Ale od lat 60tych do 80tych to kojarzyłem tylko spaghetti westerny i filmy z Eastwoodem, myślałem, że Hollywood miał wtedy okres zastoju z tym gatunkiem ;)
Wawrzyniec 2014-08-18 15:37
Nie kojarzyłeś ani jednego filmu Sama Peckinpaha, który w sumie był specjalistą od antywesternów? "Pat Garrett i Billy Kid" z muzyką Boba Dylana, toż to klasyk nad klasyki. Hm i w sumie ten soundtrack można by zrecenzować. A co do oceny to daję też jednak 4/5.
Kaonashi 2014-08-18 20:39
"Pat Garrett i Billy Kid" to klasyk, który ma taki a nie inny status chyba głównie ze względu na autora muzyki i wiadomą piosenkę, bo jak oglądałem film to w co drugim muzycznym wejściu strzelałem facepalma. A co do Broughtona to "zgoda z recenzentem" ;)
Wojtek Wieczorek 2014-08-18 21:39
Dziękuję Kaonashi, chociaż Ty jeden :D Wawrzek - gimby nie znajo :/

Do tej recenzji istnieje jeszcze 1 komentarz. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
Tombstone

Kompozytor:

  • Bruce Broughton

Dyrygent:

  • Bruce Broughton
  • David Snell

Orkiestrator:

  • Don Nemitz

Wydawca:

  • Intrada (1993)

Producent:

  • Bruce Broughton

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie