Szukaj: w


recenzje

Rio Lobo



Przełom lat 60-tych i 70-tych okazał się dla Jerry’ego Goldsmitha bardzo owocny. Ugruntowawszy swoją pozycję w Hollywood zaczął przyjmować coraz więcej projektów, co, jak się okazuje, wcale nie wpłynęło na pogorszenie jakości jego partytur. Wręcz przeciwnie. Bardzo duża rozbieżność gatunkowa filmów, które ilustrował dała sposobność do nabywania nowych doświadczeń, eksperymentowania z instrumentarium oraz brzmieniem. Właśnie takie ścieżki, jak Planeta Małp, Patton czy Tora! Tora! Tora! przełożyły się na charakter późniejszych prac i wpisały się grubą czcionką w twórczość tego kompozytora. Mimo coraz większej aktywności, Jerry Goldsmith systematycznie powracał do gatunku westernowego, na którym niejako zbudował swoją wczesną karierę. Projekty takie, jak Lonely Are The Brave, Rio Conchos i Bandolero dały zupełnie nowe spojrzenie na ścieżki dźwiękowe do filmów rozgrywających się na Dzikim Zachodzie. Do kanonu tych prac należałoby jeszcze dodać nieco bardziej tradycyjne w konstrukcji, ale ze świetnym tematem przewodnim, Hour of the Gun, oraz Rio Lobo otwierające nowy rozdział w technicznym warsztacie Goldsmitha.

Ten film Howarda Hawksa, będący niejako remakiem kultowego Rio Bravo, w chwili premiery spotkał się z bardzo surową krytyką. Trudno się temu dziwić. Scenariusz nie wnosił nic nowego do gatunku, a obsada aktorska, poza niewątpliwą gwiazdą w postaci Johna Wayne’a, wydawała się nie do końca odnajdywać w swoim fachu. Historia rozgrzeszyła to widowisko przede wszystkim dlatego, że była to ostatnia filmowa przygoda Howarda Hawksa – chyba jednego z najbardziej uznanych twórców westernów. Tymczasem dla samego Wayne’a była to sposobność do kolejnego spotkania z tym reżyserem.

Zupełnie nową personą w tej sprawdzonej ekipie był natomiast Jerry Goldsmith, którego wraz z Elmerem Bernsteinem zdążono już namaścić na westernowego następcę Dimitra Tiomkina. Wieloletnia współpraca z Ukraińcem zakończyła się niezbyt przyjemnie dla obu artystów już w roku 1962, kiedy Hawks bezceremonialnie wyrzucił Tiomkina z zespołu pracującego nad Hatari!. Dla Goldsmitha była to szansa nie tylko nawiązania współpracy z legendarnym reżyserem, ale również możliwość pracy nad filmem z Johnem Waynem w roli głównej. Niby nic wielkiego, ale fakt ten można odczytać jako postawienie przysłowiowej wisienki na sporządzonym wcześniej torcie. Po drodze pojawił się jednak inny problem. Siermiężny muzyczny wizerunek legendy Dzikiego Zachodu trochę rozmijał się z nowoczesnym podejściem do ilustracji, jakie propagował wówczas Goldsmith.

Jak się okazało kompozytor bardzo sprytnie poradził sobie z tym zagadnieniem. Koncentrując właściwie całą ilustrację wokół istoty przygody, a nie postaci pułkownika Corda McNally’ego (Wayne), nie musiał skupiać się na tworzeniu nazbyt patetycznego motywu dla głównego bohatera. Pokazuje to już początek filmu, kiedy po napisach początkowych Goldsmith ustępuje miejsca dziejącym się na ekranie wydarzeniom. Spektakularna akcja porwania pociągu oraz następujące po niej wydarzenia (nawet pojawienie się pułkownika) są pozbawione argumentu muzycznego. Dzieje się tak aż do momentu przebiegłego uprowadzenia McNally’ego zawiązującego główny wątek filmu. Zaprezentowany tam w pełnej krasie temat przewodni powracał będzie po wielokroć. Właściwie temat przewodni jest osią wokół której obraca się cała, dosyć oszczędna w treść ilustracja. Do prawie dwugodzinnego filmu Jerry Goldsmith skomponował bowiem niespełna 40 minut ścieżki dźwiękowej. Pozostawienie sporej przestrzeni na przekaz werbalny i wizualny z jednej strony nie stanowi większego novum w metodologii pracy okresu Srebrnej Ery, z drugiej natomiast uwypukla słaby scenariusz i grę aktorską, co niestety stało się udziałem widowiska Hawksa.


Niemniej jednak intymny charakter pracy Goldsmitha nie odbija się na jej szeroko pojętej jakości. Wręcz przeciwnie. Spotting wydaje się całkiem słuszny, a skojarzenie ilustracji z wyprawą do Rio Lobo i podejmowanymi przez bohaterów działaniami jasno daje do zrozumienia, że kompozytor koncentruje się tu nie na postaciach, ale na ogólnym nastroju i motoryce, dynamice montażu. Jeżeli pod tym kątem będziemy analizować pracę Goldsmitha, to śmiało będziemy mogli powiedzieć, że nie należy ona do najbardziej „przygodowych” w westernowym wizerunku Johna Wayne’a. Motyw przewodni wychodzi ze skali molowej i na takiej też płaszczyźnie funkcjonuje przez większość partytury. Oczywiście w miarę posuwania się akcji do przodu jest ona modelowana, okraszana elementem etnicznym, sporą ilością trzymającego w napięciu underscore lub patetycznych fraz będących odpowiedzią na dynamikę scen. Rio Lobo to także olbrzymie pole do zaistnienia tradycyjnych przygrywek i melodii odgrywających swoją diegetyczną rolę w filmie Hawksa. Wszystkie te elementy krzyżują się w całkiem dobrej, choć dalekiej od ideału audio-wizualnej kombinacji.

Przełożenie tego na doświadczenie soundtrackowe nie wydaje się zbyt trudne. Ilość materiału skomponowanego na potrzeby filmu nie przeraża, a i jego atrakcyjność, szeroko pojęta autonomiczność nie budzi większych wątpliwości. Mimo tego przez ponad 30 lat żadna wytwórnia nie pokusiła się o wydanie tej partytury w formie soundtracku. Nie pomógł nawet fakt, że Jerry Goldsmith miał przygotowany i zmontowany 26-minutowy materiał, który leżał w jego archiwach i najwyraźniej czekał na lepsze czasy. Takowe nastąpiły dopiero w roku 2001 kiedy nakładem wytwórni Prometheus ukazał się limitowany do 3 tysięcy egzemplarzy soundtrack zawierający rzeczony miks albumowy wzbogacony o monofoniczne utwory wygrzebane z archiwów wytwórni. Niestety całość zapisu z sesji nagraniowej nie zachowała się w stereo, co niewątpliwie wpłynęło na jakoś odsłuchu. Jedenaście lat później prawa do wydania tej ścieżki nabyła wytwórnia La-La Land Records, która swoim zwyczajem zaprezentowała całość odzyskanego monofonicznego materiału, a pozostałą przestrzeń dyskową wypełniła bogatą bazą źródeł i kompletnym zestawem stereofonicznych utworów. Limitowane wydanie wzbogacono o obszerne liner notes rzucające dużo światła na całą produkcją Hawksa.

Muszę przyznać, że odsłuch krążka La-Li zawsze dostarcza mi pewnego dylematu. Dylematu czy sięgnąć po całość materiału dostępnego tylko w mono, czy też przeskoczyć do uboższego o kilka minut, ale bardziej przyjaznego dla ucha nagrania w stereo. Zazwyczaj wygrywa ta druga opcja. Czemu? Przede wszystkim dlatego, że stereofoniczny miks nie traci zbyt wiele na treści partytury Co więcej, bardzo elastyczny montaż świetnie upłynnia fragmenty muzyczne rozbite na poszczególne sceny. Raz jeszcze wygoda bierze górę nad pedantycznym rozdrabnianiem się nad szczegółami. Kolekcjonerski rynek rządzi się jednak swoimi prawami, a znajomość całościowego kontekstu w ocenie pracy Goldsmitha na pewno nie zaszkodzi.

Dlatego też kontakt z krążkiem polecam zacząć od utworu numer 1, gdzie zaprezentowany nam zostanie nigdy dotąd niepublikowany fragment z napisów początkowych. Ot wydawać by się mogło, że kolejna prezentacja tematu przewodniego. To fakt, ale świetnie skonstruowane intro filmu (napisy na tle ujęcia gitarzysty wykonującego ten temat) nadaje temu nowy blask. Z tego krótkiego, dwuminutowego utworu czuć melancholię, jakiś zachowawczy liryzm, który będzie udziałem jeszcze wielu podobnych w wymowie aranży. Trochę bogatszą fakturą poszczycić się może The Capture angażujący oprócz gitar również smyczkowe pizzicato oraz sekcję dętą drewnianą. Charakterystyczna motoryka nie pozostawia żadnych wątpliwości, że mamy do czynienia z westernowym tworem. W tym przekonaniu ugruntowuje dodatkowo A New Arrival dostępny na krążku La-Li także (tak jak poprzedni utwór) w wersji stereo. Jeżeli miałbym gdzieś na krążku szukać muzyki odpowiadającej postaci Johna Wayne’a, prawdopodobnie byłby to właśnie ten utwór. Wyprowadzany tu temat nie jest do końca „osobowy”. Kompozytor posługuje się nim do podkreślenia odważnych poczynań McNally’ego i jego kompanów, choć trzeba zaznaczyć, że nieczęsto pojawia się on w tak bogatej instrumentacji. Przykładem niech będzie budujące napięcie The Raid, gdzie Goldsmith subtelnie wplata ów motyw w nieco bardziej ilustracyjną teksturę.


Słuchając tych pierwszych kilku minut można zauważyć, że Goldsmith obok świetnie opanowanego technicznego warsztatu stara się również eksperymentować z brzmieniem. Przykładem tego jest wykorzystanie jednego z pierwszych efektorów pogłosu – Echoplexu. Mimo, że został on wynaleziony w latach 50-tych, to jednak standardem zaczął się stawać dopiero pod koniec lat 60-tych. W muzyce filmowej rozpropagował go między innymi Jerry Goldsmith, który począwszy od Planety małp i Rio Lobo na długi czas nie rozstawał się z tym narzędziem. Oczywiście płaszczyzną na której najlepiej sprawdza się ów pogłos jest muzyczna akcja, trąbki oraz gitarowe solówki oddające niesamowitą przestrzeń scenerii dziejących się na ekranie wydarzeń.

Zatem czy partytura do Rio Lobo jest nieustannym powrotem do zarysowanej na początku tematyki? Poniekąd jest to prawdą, gdyż wiele utworów wyrasta na tym właśnie fundamencie. Jednakże z chwilą pojawienia się głównych bohaterów w tytułowym Rio Lobo ścieżka dźwiękowa staje się bardziej narratorem panującej tam atmosfery strachu i napięcia, aniżeli czynnikiem wpływającym na motorykę obrazu. Przykładem jest końcówka A Good Teacher, Quiet Town oraz No Place to Go. W stereofonicznym miksie otrzymujemy dziewięciominutowy utwór wyciągający z powyższych tracków esencję myśli Goldsmitha. Również w tym miejscu zapoznajemy się z quasi-meksykańskim motywem bardzo przypominającym… hornereowskiego czteronutowca. Będzie on bardzo częstym towarzyszem konspiracyjnych działań pięknych mieszkanek Rio Lobo pomagających wyrównać rachunki z szeryfem Hendricksem i jego bandą. Powyższe utwory są także wprowadzeniem do ilustracji bardziej suspensowej, operującej oszczędnym, ale jakże efektywnym instrumentarium. Siedmiominutowe Plans / The Raid jasno pokazuje, że dla kompozytora istotne jest budowanie atmosfery, a częste zmiany w zakresie dynamiki są tylko pretekstem do jeszcze większej integralności sfery wizualnej z audytywną. Oczywiście na płycie rodzi to wiele trudności związanych z odbiorem, co jak co, ciężkiej w obyciu ilustracji. Ale skupiając się na detalach możemy wychwycić wiele interesujących zabiegów, eksperymentów, które idąc za przykładem Bandolero! na stałe zagoszczą w warsztacie Goldsmitha. Szkoda tylko, że stereofoniczna część soundtracku pominęła trudną w odbiorze, ale ciekawą oprawę do trzymającej w napięciu końcowej konfrontacji (Thee Trade, Rio Lobo). W rzeczonym miksie ostała się tylko fanfara zamykająca obraz Hawksa.

Sporą część albumu wypełniają utwory źródłowe, do których chyba raczej nieczęsto będziemy powracać. Dzielą się one na dwie grupy. Pierwszą stanowią tradycjonalne militarystyczne pieśni i przygrywki wykonywane na trąbkach i najczęściej kojarzone ze scenerią toczącej się akcji, czyli garnizonami i obozami wojskowymi. Do drugiej grupy zaliczyć możemy saloonowe melodie wykonywane na mocno sfatygowanym pianinie.

Umiarkowanie sfatygowany i skonfundowany może się poczuć również odbiorca albumu soundtrackowego La-Li. Wypełnienie krążka po brzegi nie było do końca dobrym pomysłem. Zastanawia mnie, czy nie lepiej byłoby posłużyć się dostępnymi nagraniami mono oraz stereo i skompilować z tego kompletną, nie pozostawiającą żadnej wątpliwości, jednolitą prezentację partytury. Przeskakiwanie i szukanie najlepszych wykonań wiąże się bowiem z wieloma trudnościami, których współczesny, raczej wygodny słuchacz, wolałby uniknąć. Abstrahując od tej strategii wydawniczej, myślę że warto zaryzykować i sięgnąć po ścieżkę dźwiękową Goldsmitha nawet w takiej formie. Jest to bowiem jedno z ciekawszych wynurzeń tego kompozytora w gatunku westernowym.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. RIO LOBO Main Title (02:15)
  • 2. The Capture (01:41)
  • 3. A New Arrival (01:46)
  • 4. Unexpected Gun (02:03)
  • 5. A Good Teacher (complete) (05:56)
  • 6. Quiet Town (01:46)
  • 7. No Place to Go (01:12)
  • 8. Plans (04:48)
  • 9. The Raid (02:22)
  • 10. The Scar / Hang on a Minute (03:16)
  • 11. Cordona's Capture (00:41)
  • 12. The Cantina (01:44)
  • 13. The Trade (03:37)
  • 14. RIO LOBO End Title (03:05)
Source Cues:
  • 15. Assembly (00:26)
  • 16. Billy Boy (01:37)
  • 17. To Arms (00:26)
  • 18. POW Camp (01:36)
  • 19. Saloon Source Guitar #1 (02:30)
  • 20. Saloon Source Guitar #2 (01:30)
  • 21. Jew's Harp Source (00:56)
  • 22. Saloon Source Piano #1 (01:00)
  • 23. Saloon Source Piano #2 (01:26)
  • 24. Saloon Source Piano #3 (01:55)
Alternate Cue:
  • 25. On to Rio Lobo (alt. end) (00:38)
Stereo Tracks: Czas trwania: 76:59
Komentarze
Mieszko 2014-08-10
14:35
Kolejna solidna recka i kolejny raz zgoda. Nota za pierwsze 14 utworów i za "stereo tracks".
Mefisto 2014-08-10
21:35
Solidna recka (choć z dużą ilością literówek ;), z którą jednak nie jestem w stanie się zgodzić. Temat główny jest ciekawy, jak na ten gatunek, ale cała reszta to bezbarwne tło, w dodatku bez kontekstu zwyczajnie nudne. Przy czym oceniam tutaj wydanie podstawowe. Po rozszerzenie nie mam nawet ochoty sięgać.

Rio Lobo

Kompozytor:

  • Jerry Goldsmith

Dyrygent:

  • Jerry Goldsmith

Orkiestrator:

  • David Tamkin

Wydawca:

  • La-La Land Records (1970/2012)

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie