Szukaj: w


recenzje

Maleficent (Czarownica)



Produkcje Disneya rzadko kiedy spotykają się z negatywnym odzewem ze strony widzów. Animacje przyciągają do kin całe rodziny bijąc kolejne rekordy w box office, a filmy… No cóż, tutaj sprawa jest mniej oczywista. W moim odczuciu studio powinno z większą rozwagą podchodzić do wszelkiego rodzaju aktorskich produkcji, szczególnie mając w pamięci sromotną porażkę Johna Cartera i Jeźdźca znikąd, które ledwo zwróciły koszty realizacji,. Mimo tego dalej eksperymentuje próbując przenieść baśniowe wątki na poletko współczesnej popkultury. Nie czyni tego bez jakiegokolwiek argumentu w zanadrzu. Kiedy na krześle reżyserskim zasiada prawdziwy spec od efektów komputerowych (Robert Stromberg) należy się spodziewać, że w takim filmie wszystko obracać się będzie wokół sfery wizualnej. Poza prawdziwym popisem aktorskim Angeliny Jolie, Czarownica raczej nie wyłamuje się tego schematu.

Zrewidowana historia Śpiącej Królewny (Aurory) widziana z perspektywy złej czarownicy (Diaboliny) jest z jednej strony intrygująca, ale i pod wieloma względami pretensjonalna. Mimo swojej prostoty dała spore możliwości do przemycenia kilku dziwnych treści. Dziwna wydaje się na przykład próba usprawiedliwienia w tym filmie natury zła – wybielanie tego, co wypaczone, a wszystko to pod głośno recytowanymi sloganami o miłości. Gdzie te czasy, gdy rzeczywistość nawet w filmach Disneya wydawała się prosta niczym konstrukcja cepa? Na szczęście nie wszystko w tym obrazie budzi równie dwuznaczne wyobrażenia. Są elementy produkcji, które nie potrzebują sita światopoglądowego, by zrozumieć ich treść. Jednym z nich jest oprawa muzyczna autorstwa Jamesa Newtona Howarda.

Ostatnie lata nie należały do najlepszych w wykonaniu tego amerykańskiego kompozytora. I choć na jego biurku lądowały projekty, które stwarzały niemałe możliwości, w większości przypadków Howard decydował się na rolę odtwórczą. Sięgając po sprawdzone schematy odcinał się od intelektualnej pracy, czego żywym przykładem są pozbawione charyzmy oprawy muzyczne do ekranizacji Igrzysk Śmierci, czy komiksowej Zielonej Latarni. Wydawać się mogło, że baśniowa konwencja Królewny Śnieżki rozbudzi wyobraźnię kompozytora, ale i tutaj postawiono przed nami solidny mur rzemieślniczego wyrobnictwa. Kredyt zaufania powoli się wyczerpywał, a w środowiskach miłośników muzyki filmowej coraz częściej pojawiały się głosy o wypaleniu zawodowym. I gdy wszystko wskazywało na to, że przy okazji kolejnej baśniowej produkcji przyjdzie nam się mierzyć z przysłowiową tapetą, coś nagle pękło w Jamesie Newtonie Howardzie.

Co podziałało na ambicję tego twórcy? Tego nie wiem. Faktem jest natomiast, że chyba po raz pierwszy od czterech lat wyszedł on spod klosza swojego warsztatu, autentycznie angażując się w proces twórczy. Skąd to przekonanie? Wystarczy tylko spojrzeć na podstawowy elementy oprawy muzycznej do Czarownicy - tematykę. Z tak wyrazistą linią melodyczną, jak w filmie Stromberga nie mieliśmy do czynienia chyba od czasów Ostatniego władcy wiatru. W przypadku Howarda jest to o tyle istotną kwestią, ponieważ nawet najmniejszy przebłysk na tym polu potrafi uwolnić niesamowity potencjał kryjący się za latami doświadczeń w podobnej klasy produkcjach. Jednakże oprawa muzyczna do Czarownicy nie jest tylko i wyłącznie sentymentalnym powrotem do lat świetności kompozytora. Choć w metodologii pracy nic się raczej nie zmienia na przestrzeni lat, to już proporcje w zakresie konkretnego instrumentarium, a także sposób prowadzenia muzycznej narracji podlega ciągłej ewolucji. Tym bardziej cieszy, że amerykański muzyk stara się godzić klasyczną szkołę ilustrowania filmów fantasy z własnym wyczuciem estetycznym. Co to oznacza? Przede wszystkim to, że ścieżka dźwiękowa szczelnie wypełnia przestrzeń filmową tworząc jeden spójny przekaz audytywny. Przekaz opowiadający niejako własną historię. Czy sprzeczną z tą filmową? Bynajmniej!


Muzyka Howarda podchodzi do kontekstu wizualnego z wielką pokorą. I mimo tych wszystkich szczególików przykuwających uwagę widza, partytura umiejętnie odnajduję się w swoich założeniach. Kiedy trzeba wychodzi na pierwszy plan, ale są też momenty, kiedy usuwa się w cień dając tym samym pierwszeństwo spektakularnym scenom akcji lub aktorskim popisom. Pomijając kwestie całkiem sprawnego łączenia elektronicznego brzmienia z orkiestrowym, na szczególną uwagę zasługuje niezwykła lekkość z jaką Howard żongluje nastrojami. Nie wypacza filmowej rzeczywistości efemerycznymi cezurami tematycznymi, ale daje się porwać stanom emocjonalnym głównych bohaterów i to właśnie z ich perspektywy spogląda na baśniowy świat Disneya. Z tego też powodu tytułowa czarownica, rozdarta pomiędzy dziecięcą niewinnością, a trawiącym ją gniewem, nie pozostaje jednoznaczna pod względem tematycznym. Monotonny nie jest również sposób interpretowania miejsc toczącej się akcji. Kompozytor zarzuca pomost między magią scenerii, a emocjami kształtującymi relacje odnajdujących się w niej postaci. Właśnie ów pierwiastek baśniowej magii jest niewidoczną klamrą, która spaja świetną pod względem technicznym ilustrację. Wybaczcie ten entuzjastyczny ton mojej wypowiedzi, ale ścieżka dźwiękowa Jamesa Newtona Howarda wielkim przebojem wdarła się do mojej świadomości podczas seansu i pozostała jeszcze na długo po wyjściu z sali kinowej. Naturalnym wydało się więc sięgnięcie po album soundtrackowy.

Jak można się domyśleć, przełożenie tych wrażeń na indywidualne doświadczenie muzyczne przychodzi z pewnego rodzaju trudem. Nie jest to wina samej muzyki. Tego, że nie jest wystarczająco autonomiczna lub nawet pretensjonalna. Po prostu specyfika gatunkowa obliguje Howarda do częstych zmian nastroju i oddalania się od melodyjnego grania na poczet underscoringu. Nie bez znaczenia pozostaje również długość albumu soundtrackowego, który serwuje nam większość materiału napisanego na potrzeby filmu. I choć żaden z umieszczonych na krążku utworów nie wydaje się zbędny, to jednak długość soundtracku ma prawo nadwyrężać naszą cierpliwość. Takową ratować może logika rozmieszczenia tracków na płycie. Wydawcy zrezygnowali bowiem z filmowej chronologii przeplatając muzyczną akcję z materią stricte ilustracyjną.

Z tego między innymi powodu naszą przygodę z soundtrackiem rozpoczynamy od suity tematycznej, która zdobi napisy końcowe filmu. Sześciominutowy utwór nie należy do najbardziej porywających na płycie. Kompozytor odsłania swoje karty bardzo powoli, pozwalając by pierwsze minuty upłynęły nam na oswajaniu się z materiałem o charakterze ilustracyjnym. Dopiero po pewnym czasie wyprowadzany jest mroczny motyw Diaboliny od którego zaczynamy naszą powolną, ale jakże ciekawą wycieczkę po arsenale tematycznym. Największe wrażenie robi jednak temat przewodni, który w formie fanfary buduje podniosłą atmosferę. Po spektakularnym crescendo następuje kolejny zwrot. Oto bowiem poznajemy drugi motyw czarownicy – tym razem eksponujący jej dobrą, nieskażoną jeszcze chęcią zemsty, naturę. Howard odwołuje się tu do sprawdzonych wzorców redukując instrumentarium do sekcji smyczkowej i solowego fortepianu. Okraszenie tego minimalistycznego wykonania żeńskim wokalem świetnie podkreśliło dobrotliwe usposobienie młodej Diaboliny. Podjęta tu myśl muzyczna rozwijana jest dalej w jednym z najciekawszych utworów soudntracku - Maleficent Flies. Ciepła liryka obrazująca idylliczne obrazki z magicznego lasu – miejsca zamieszkania czarownicy – prowadzą nas do ładnie zilustrowanej sceny lotu. Kompozytor, korzystając z całego bogactwa orkiestrowego brzmienia, świetnie odnajduje się w zapierających dech w piersiach wizualizacjach szybującej Diaboliny. Dawno już w pracach Howarda nie czułem tak autentycznego ducha przygody. A przecież to dopiero przedsionek całej partytury…

W baśniowy świat Czarownicy wprowadza nas krótkie, ale treściwe Welcome to the Moors. Radosna melodia budowana na dynamicznych pociągnięciach smyczków, dzwoneczkach, harfowych glissandach oraz chórze, świetnie koresponduje z wizualizacją beztroskiego życia mieszkańców leśnego królestwa. Późniejsze dramatyczne losy Diaboliny ostudzają nieco ten muzyczny entuzjazm, ale wkroczenie na arenę wydarzeń Aurory na nowo przypomina nam o magii krainy Moors. Przykładem jest żywiołowe Aurora and the Fawn oraz troszkę bardziej stonowane, żeby nie powiedzieć melancholijne, Aurora in Faerieland. Słuchając tego drugiego nie sposób nie zauważyć nawiązań do Jamesa Hornera.


Samych inspiracji jest tutaj stosunkowo wiele. Dowodzi temu muzyczna akcja, gdzie jak na dłoni wychodzą wszystkie doświadczenia Howarda z ostatnich dwóch dekad. Opieranie się na mocno akcentowanych instrumentach perkusyjnych, to tylko jeden z elementów warsztatu JNH. Dosyć typowym jest również patetyczny ton podkreślany partiami chóralnymi, trochę tłumionymi przez podniosłe fanfary na instrumenty dęte. Wszystkie te płaszczyzny krzyżują się w pierwszym utworze akcji, jaki znajdziemy na albumie soundtrackowym - Battle of the Moors. Nie jest to bynajmniej najlepsze, na co stać amerykańskiego kompozytora. Prawdziwy popis umiejętności odnajdywania się w scenach batalistycznych daje nam końcówka filmu, gdzie w prawie ośmiominutowym Maleficent Is Captured otrzymujemy emocjonującą podróż po palecie tematycznej. Ścieżka dźwiękowa serwuje nam jeszcze kilka takich fragmentów, może mniej inwazyjnych i zdobiących sceny o mniejszej randzie, ale równie mocno zaakcentowanych. Do takowych należy fragment ilustrowany utworem The Wall Defends Itself lub stylizowany na „elfmanowski” walc, The Army Dances.

Ten agresywny i mroczny wydźwięk muzycznej akcji nieodzownie wiąże się z transformacją jakiej ulega Diabolina. Dosyć trafnie podkreśla ją demoniczny marsz w Path of Destruction. James Newton Howard po raz kolejny sięga tu po sprawdzone środki muzycznego wyrazu – operujący na niskich skalach, męski chór, który tworzy efektowny kontur budowanej na dęciakach linii melodycznej. W podobnym tonie ilustrowana jest scena chrzcin Aurory zakłóconych przez czarownicę. Kompozytor świetnie balansuje pomiędzy chóralnymi interpretacjami tematu Diaboliny, subtelnie podkreślającymi jej złą naturę, a patetycznymi frazami, które angażują potencjał całej orkiestry. Przedłużeniem tej myśli muzycznej jest The Curse Won't Reverse napisane pod scenę próby zdjęcia zaklęcia.

Partytura, tak samo zresztą jak film, jest przestrzenią na której ta mroczna, ciężka materia muzyczna ściera się z łatwą, lekką i przyjemną liryką. Nośnikiem takowej jest nie tylko sama Aurora, ale również relacje, jakie tworzy z innymi bohaterami. Przykładem niech będzie więź jaka rodzi się między nią a czarownicą. Na płycie znajdziemy dwa utwory, które dają temu wyraz. Pierwszym z nich jest owiany płaszczem smutku You Could Live Here Now, drugim natomiast melancholijna, oszczędna w środkach wyrazu interpretacja tematu głównego w True Love's Kiss. Na tym tle całkiem blado prezentuje się natomiast muzyczna interpretacja uczucia pomiędzy Aurorą a księciem Filipem (Prince Phillip, Phillip's Kiss). Pewnego rodzaju rehabilitacją jest The Queen of Faerieland kończący film przewrotną fanfarą konfrontującą ze sobą dwa podstawowe tematy kompozycji. Szkoda tylko, że po tych kilkudziesięciu minutach polichromatycznej ilustracji spychani jesteśmy w objęcia totalnie bezpłciowej piosenki (covera Once Upon A Dream z 1959 roku) w wykonaniu Lany Del Rey. Pod względem muzycznym nie ma się do czego przyczepić, ale apatyczny wokal szybko otrząsa nas z magii wciągającego widowiska Disneya.

Pomijając ten niefortunny finał, muszę przyznać, że jestem pod bardzo dużym wrażeniem tego, co James Newton Howard zaprezentował w Czarownicy. Prawdę powiedziawszy nie spodziewałem się, że po tych kilku latach bierności będzie on w stanie wspiąć się na wyżyny swoich możliwości i pokazać wszystkim sceptykom, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w branży. Oby była to zapowiedź kolejnych równie ciekawych prac... nie tylko do projektów oscylujących wokół baśniowych klimatów.


Inne recenzje z serii:
  • Maleficent: Mistress of Evil

    Autor recenzji:  Tomek Goska
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    • 1. Maleficent Suite (06:39)
    • 2. Welcome to the Moors (01:05)
    • 3. Maleficent Flies (04:40)
    • 4. Battle of the Moors (04:59)
    • 5. Three Peasant Women (01:05)
    • 6. Go Away (02:26)
    • 7. Aurora and the Fawn (02:29)
    • 8. The Christening (05:31)
    • 9. Prince Phillip (02:29)
    • 10. The Spindle's Power (04:36)
    • 11. You Could Live Here Now (02:27)
    • 12. Path of Destruction (01:48)
    • 13. Aurora in Faerieland (04:41)
    • 14. The Wall Defends Itself (01:06)
    • 15. The Curse Won't Reverse (01:21)
    • 16. Are You Maleficent? (02:11)
    • 17. The Army Dances (01:28)
    • 18. Phillip's Kiss (02:21)
    • 19. The Iron Gauntlet (01:35)
    • 20. True Love's Kiss (02:33)
    • 21. Maleficent is Captured (07:42)
    • 22. The Queen of Faerieland (03:25)
    • 23. Once Upon A Dream (03:20)
    Czass trwania: 71:57
    Komentarze
    Mieszko 2014-06-05 15:10
    Filmu w kinie raczej nie obejrzę (napisy są tylko w 3D, którego unikam jak ognia regularnie od czasu premiery fatalnego "Iron Mana 3"). A chciałbym. W obrazie Roberta Stromberga (autor scenografii do "Avatara" i "Alicji w Krainie Czarów" - 2 Oscary) muzyka z pewnością będzie funkcjonowała bosko. Albumowo? Ładny score, ale nie tak ładny, bogaty, okazały, klimatyczny, barwny, urokliwy, cudny, magiczny, bajeczny, majestatyczny oraz wyrazisty, jak "Snow White & The Huntsman" (całkowicie bezpodstawny tekst odnośnie wyrobnictwa rzemieślniczego!). Piosenka w wykonaniu Lany Del Rey śliczna (nie bezpłciowa!), ale nie tak piękna, jak "Young and Beautiful" (pamiętny "Wielki Gatsby" Luhrmanna). Jedna z lepszych kompozycji 2014 roku. Bardzo solidna recka, chociaż nie we wszystkim się zgadzamy.
    Mefisto 2014-06-05 19:02
    Bardzo dobra muzyka, nawet piosenka mi się podoba. Album ciut za długi, ale do przejścia. Solidne 4, ale raczej nie więcej.
    Wawrzyniec 2014-06-13 15:02
    Bardzo ładna baśń Disneya, którą się chłonie dzięki fenomenalnej Angeliny Jolie, świetnym zdjęciom i pięknej muzyce. To właśnie muzyka JNH dodaje odpowiedniej magii tej całej opowieści. I o ile na płycie rzeczywiście może czasami jest trochę za dużo materiału, tak jeżeli chodzi o film doskonale współgra z obrazem, o czym szanowny recenzent słusznie zauważył. Nie zgadzam się jedynie z opinią co do piosenki, która jest dla mnie piękna i w ogóle nie zabija klimatu. Mocne 4 z mojej strony.
    Marek 2014-06-17 18:05
    No w końcu coś dobrego
    Mystery 2014-08-30 19:50
    Fantasy przez duże F.
    Koper 2014-09-08 23:24
    W filmie na 5? Bez przesady. Czwórka i nie więcej. Wszystko ładne (no, prawie, raz czy dwa mi coś tam nie podeszło), klimatycznie, ale to takie dość oczywiste brzmienia dla gatunku, właściwie żaden moment jakoś mocno od strony muzycznej mi w pamięci nie utkwił, brakuje mocnego tematu także. Z oceną finalną wstrzymam się do czasu dogłębniejszego poznania pozafilmowego. ;)
    Mieszko 2014-09-09 09:16
    "W filmie na 5? Bez przesady. Czwórka i nie więcej" - a ja dam 4,5 (za piosenkę i "Maleficent Suite" na napisach końcowych). Bardzo ładny film, aczkolwiek jak dla mnie troszkę za krótki.
    Inna 2015-01-30 17:14
    Przepraszam bardzo, ale "totalnie bezpłciowy cover" Once Upon A Dream tak naprawdę jest adaptacją walca z baletu "Śpiąca królewna" Piotra Czajkowskiego, Op. 66. I cover może sobie pochodzić skąd mu się podoba, nawet z repertuaru Konczity Kiełbasy, ale jedno jest pewne: "originalny" cover to jednak nadal nie oryginał. Ten moim zdaniem bezpłciowy nie jest, bo inaczej się słucha - i ocenia - przeróbki, aranżacji itp., a inaczej utworu w oryginalnej instrumentacji, o którym wiadomo, że powstał w XIX wieku i dla potrzeb sceny; rozpisany na orkiestrę. Inny jest kontekst i brzmienie. W drobiazgowej i rzetelnej recenzji ścieżki dźwiękowej informacja o kompozytorze oryginału powinna być zamieszczona, tym bardziej, że, jak widzę, w komentarzach pojawia się wątek porównania coverów i przypuszczam, że ludzie kompletnie nie wiedzą, kto to napisał; powstaje wrażenie, że cover to jakiś odrębny, oryginalny gatunek muzyczny. Jeśli nazwiska Piotra Czaykowskiego brak na płycie - a sądzę, że tak jest, płyty nie widziałam - to tym gorzej. Disney w 1959 "wypożyczył" sobie linię melodyczną od Czaykowskiego i wątpię, żeby się przejmował prawami autorskimi, bo niby kto miał je egzekwować? I tak od 50 lat "kompozytorem" piosenki jest Sammy Fain. No, to mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że autorem opowieści o Achillesie jest David Benioff, bo napisał scenariusz "Troi". A jednak w bazie IMDB podane jest też imię Homera. Może warto by brać przykład z takiej praktyki? Bo w przeciwnym razie robi się trochę jak w średniowieczu - wtedy też nieistotne było, kto co stworzył, ważne że na chwałę Pana. Teraz Pana zastąpił Wielki Producent. I jakoś mam wrażenie, że polski Internet jest bardziej zaśmiecony tego typu przekłamaniami niż np. amerykański; u nas się to wszystko przyjmuje i wchłania jakby pochodziło z pierwszej ręki.
    Krystian 2015-01-31 09:20
    Śpiąca Królewna już była chyba wtedy w domenie publicznej.
    R.R 2017-08-24 11:42
    Mocarna ścieżka. Orkiestra miała co robić. Wszystko czego oczekuję od muzyki filmowej dostałem na tego płycie. JNH went all the way.

    Do tej recenzji istniej? jeszcze 3 komentarze. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
  • Maleficent (Czarownica)

    Kompozytor:

    • James Newton Howard

    Muzyka dodatkowa:

    • Sven Faulconer
    • Sunna Wehrmeijer

    Dyrygent:

    • Pete Anthony

    Orkiestrator:

    • Pete Anthony
    • Peter Bateman
    • Jeff Atmajian
    • Jon Kull
    • John Ashton Thomas
    • Marcus Trumpp

    Soliści:

    • Josephine Knight (wiolonczela)
    • Sonia Slany (fiddle)
    • Robert Plane (tuba)
    • William Gardner, Benedict Hill (wokal)

    Wykonawcy:

    • London Symphony Orchestra
    • London Voices

    Wydawca:

    • Disney Records / Universal (2014)

    Producent:

    • James Newton Howard

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie