Szukaj: w


recenzje

Knights of Badassdom



Sztampowe opowiastki o rycerzach w lśniącej zbroi, magach i demonach nie robią już większego wrażenia na współczesnym odbiorcy. Dlaczego więc nie ugryźć tematu z innej strony? Czemu nie stworzyć historii o grupie historycznych geeków, którzy jadąc na okoliczny festyn LARP-owców (live action role-playing) przeżywają niesamowite przygody? Brzmi niedorzecznie, ale przykład Knights Of Badassdom pokazuje, że jeżeli w to wszystko wliczony jest zdrowy dystans do gatunku, to nawet kiepski budżet i słaby scenariusz nie są straszne. Thriller, komedia, gwałt na inteligencji odbiorcy – nazwijcie to jak chcecie. Jest w filmie Joe Lyncha coś, co przykuło moją uwagę na półtorej godziny i nie dało od siebie odejść. Występująca tam Summer Glau? To na pewno, choć pewnym argumentem była również oprawa muzyczna w wykonaniu jednego z moich ulubionych „telewizyjnych” kompozytorów – Beara McCreary.

Od dobrych kilku lat zachodzę w głowę w jaki sposób godzi on wszystkie projekty, których się podejmuje. Jest tego nie mało, a biorąc pod uwagę specyfikę tworzenia dla wielkich sieci telewizyjnych, aż dziw bierze, że znajduje jeszcze czas na takie delikatesy, jak KoB. A może są pewnego rodzaju odskocznią od rutyny? W tym konkretnym przypadku z pewnością, szczególnie gdy uświadomimy sobie, że produkcja filmu Lyncha trwała prawie 5 lat! Mimo tego, tworzenie muzyki do Badassdom było dla amerykańskiego kompozytora sporym wyzwaniem. Owe wyzwanie stanowiła stylistyka na jakiej miał się oprzeć ten score.

Połączenie celtyckiego i renesansowego brzmienia z ostrym gitarowym riffem, to pewnego rodzaju novum w warsztacie Beara. I choć parafrazował już Boba Dylana w rockowej wersji All Along The Watchtower, nigdy nie był wielkim fanem metalu. Zanim więc przystąpił do pracy, poprosił zaprzyjaźnionego z nim Scotta Iana (Anthrax), by polecił mu jakieś płyty do przesłuchania. W ten jakże przyziemny sposób chciał niejako „otrzaskać” się z gatunkiem. Do playlisty trafiły takie grupy, jak: Iron Maiden, Sepultura, Amon Amarth, Pantera, Metallica i Dimmu Borgir. Odrabianie pracy domowej dosyć szybko przyniosło swoje wymierne skutki. Oto bowiem już u progu prac nad filmem poproszono kompozytora o napisanie piosenki dla głównego bohatera. Powstały w ten sposób utwór Your Heart Sucks My Soul, to nie tylko pastisz twórczości wyżej wymienionych grup, ale pewnego rodzaju wizytówka partytury – jej drapieżności i niekonwencjonalności. I chociaż brzmienie takowej dalekie jest od tradycyjnego grania w podobnych gatunkowo tworach, sama konstrukcja ścieżki dźwiękowej trzyma się jednak klasycznych ram. Mamy więc tematy nadrzędne kształtujące płaszczyznę melodyczną soundtracku oraz kilka motywów pobocznych pojawiających się okazjonalnie i opcjonalnie. Pod tym względem nic nie ma prawa nas zaskoczyć.

Zaskakuje natomiast sama koncepcja łączenia ze sobą metalu, celtyckiej etniki z renesansowym i współczesnym, orkiestrowym brzmieniem. Gdy do tego wszystkiego dołączymy również wokalizy i silnie wyeksponowaną, dosyć charakterystyczną dla warsztatu Beara, perkusję, otrzymujemy niezwykle elektryzujący miszmasz, który ma prawo powalczyć o uwagę odbiorcy. I de facto walczy już od pierwszych minut zapoznawania się z filmem. Co z tego, że niejednokrotnie ulega pod presją płynącej z obrazu głupoty? Co z tego, że nierzadko jest robiona na jedno kopyto? Jej aspekt funkcjonalny nie budzi moich wątpliwości, a przebojowość niektórych kawałków skłania, by sięgnąć po album soundtrackowy.


I tu wynurza się kolejny aspekt działalności Beara, który budzi mój głęboki szacunek – jego nadworna wytwórnia Sparks & Shadows. Dwa lata temu McCreary postanowił wziąć sprawę w swoje ręce i zaczął sam wydawać pisaną przez siebie muzykę. Robi to jak żaden inny twórca w branży, dając fanom gotowe albumy jeszcze na długo przed zakończeniem emisji ilustrowanych seriali. W przypadku Knights of Badassdom nie było potrzeby walki z czasem. Projekt był już gotowy od pewnego czasu, a pojawienie się soundtracku na rynku uwarunkowano względami praktycznymi – premierą filmu. Album pojawił się w dwóch wersjach: elektronicznej i limitowanego do 360 egzemplarzy soundtracku dostępnego nakładem La-La Land Records.

Na płycie znajdujemy niewiele ponad godzinę materiału muzycznego. To wystarczająca ilość, by zapoznać się z highlightami partytury bez uszczerbku na zdrowiu. Niestety, ilustracyjnej nudy nie unikniemy w Badassdom. Wydaje się to całkiem logiczne w kontekście elementu grozy kształtującego film Lyncha. Spadek nastroju poprzedzony będzie jednak serią przyjemnych dla ucha fragmentów. I tak na przykład The Kingdom of Eliphaz wita nas quasi-renesansowym tematem, który jak nie trudno się domyśleć, jest tłem do całej historycznej otoczki widowiska. Historycznej w sposób umowny, wszak na ową historię patrzymy oczami zafascynowanych LARPami geeków. McCreary nie sili się zatem na oryginalne i wiarygodne melodie, zatrzaskując ten temat w szponach utartych w przemyśle filmowym schematów. Nietypowym w muzyce filmowej wydaje się natomiast przełożenie tego motywu na grunt bardziej drapieżnych środków muzycznego wyrazu – gitar elektrycznych, basu i perkusji. Ale i tutaj pojawiają się liczne nawiązania. Fani folk i gothic metalu doskonale znają ten klimat. Wszystkim pozostałym polecam sięgnięcie po twórczość Within Temptation, czy chociażby promowanego kiedyś na tym portalu, Nightwish.

Folklorystyczny, radosny skądinąd nastrój szybko ustępuje miejsca ciężkiemu doom-metalowemu graniu. Motorem napędzającym tę piekielną machinę jest Joe – główny bohater, grający w heavy metalowym bandzie. Już w pierwszych minutach filmu słyszymy próbkę jego twórczości w depresyjnym Your Heart Sucks My Soul (tutaj w roli wokalisty występuje brat Beara, Brendan). Na pełną, studyjną wersję tego utworu natkniemy się pod koniec naszej przygody z albumem soundtrackowym. Zaś jej epilogiem będzie siedmiominutowa piosenka z napisów końcowych, At The Gates. Jak wspomina sam kompozytor, była ona zwieńczeniem wieloletniej pracy nad tym projektem, zarazem podsumowaniem całej ścieżki. Idzie się z tym zgodzić, gdy na warsztat weźmiemy linię melodyczną, interwały, systematyczne nawiązania do motywu przygody i samo zakończenie. Szczególnie ciekawe wydaje się zataczanie kręgu poprzez kończenie partytury w ten sam sposób, w jaki została ona rozpoczęta, czyli tematem na tle świergolących ptaszorów. Czyżby nawiązanie do The New World Jamesa Hornera? Całkiem prawdopodobne, bowiem ów piosenka aż kipi od klisz i nawiązań. Jedną z takowych jest chociażby maniera śpiewania Brendana usilnie starającego się naśladować Axla Rose’a. Owszem, brzmi to ładnie, bardzo poprawnie, wręcz podręcznikowo. Niemniej w ostatecznym rozrachunku wszystkie te starania porównałbym do chińskiej podróbki drogiego, niepowtarzalnego produktu. Efekt ten potęguje ograna już do bólu ekipa związana z Bearem. Mniejsza o wykonawców muzycznych, wśród których stosunkowo często występuje rotacja. Najbardziej cierpi strona wokalna ustawicznie odmieniana tylko przez dwa przypadki: Brendan McCreary i Raya Yarbrough.

Skoro już przywołałem do tablicy żonę kompozytora, zatrzymajmy się na chwile nad elementem grozy, do którego wykonuje ona partie wokalne. Pierwsze podrygi tej mrocznej muzycznej scenerii daje nam introdukcja do „garażowej” wersji Your Heart Sucks My Soul. Prawdziwe „gore” zaczyna się jednak wraz z utworem Massacre at Valinore. Klasyczna ambientowa tekstura, smyczkowy thrill, charakterystyczne dla Beara perkusje i multum gitarowego brzmienia – tak w skrócie można by było opisać owe muzyczne doświadczenie. Czy zaskakujące? Nie sądzę. A może porywające? W żadnym wypadku! Ot dobrze funkcjonująca, bardzo utylitarna tapeta, która tylko miejscami serwuje nam coś przykuwającego uwagę. Na miano takowego z pewnością zasługuje ilustracja „epickiej” bitwy pod Evermore i potyczki z piekielnym potworem. Pomimo wielu sztampowych i ogranych już technik kompozycyjnych Beara, całkiem przyjemnie słuchało mi się tej stylistycznej Wieży Babel.

Na dłuższą metę jest to jednak męcząca kompozycja. Nie chodzi mi bynajmniej o samą stylistykę, która o dziwo sprawdza się w tego typu projekcie. Najbardziej męczy chyba fakt, że kompozytor zbyt mocno przywiązany jest do swojego warsztatu i stale powiela te same schematy. W takim projekcie można było puścić wodze fantazji i pokusić się o naprawdę szaloną partyturę. Tymczasem otrzymujemy kolejnego Battlestara dostosowanego do nowych filmowych realiów. Ot fajna ciekawostka, nic więcej.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
Czas trwania: 63:02
Komentarze
Mieszko 2014-03-27
17:45
Tym razem zgodzę się z recką (zwłaszcza z podsumowaniem), z tym że dla mnie trochę za mało, aby ocenić album na trójkę.
Mefisto 2014-03-27
19:18
Album, który mnie ani ziębi, ani grzeje. Fajny temat główny, ale cała reszta męcząco irytuje raczej, niż bawi.
Koper 2014-03-28
16:59
Więcej jak 3 ni cholery się nie da wystawić. A potencjał był myślę na więcej.
Mystery 2014-03-31
17:59
Kolejna ciekawa praca Beara, na pewno lepsza od samego filmu, choć słabo tam wybrzmiewająca. Za dobry motyw przewodni, kilka świetnie grających tracków i za dobre chęci kompozytora oraz próbę zrobienia czegoś innego, jestem w stanie naciągnąć do 3.5.

Knights of Badassdom

Kompozytor:

  • Bear McCreary

Dyrygent:

  • Bear McCreary

Soliści:

  • Brendan McCreary, Raya Yarbrough (wokal)
  • Brendon Small, Doug Aldrich (gitary)

Wydawca:

  • Sparks & Shadows (2014)

Producent:

  • Bear McCreary

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie