Szukaj: w


recenzje

Lincoln


Porywając się na ocenę najnowszej pracy Johna Williamsa, wypada w pierwszej kolejności zadać pytanie, czy do filmowej laurki Spielberga można było napisać muzykę o innym tonie i charakterze. W mojej opinii artysta prawdziwego formatu powinien być zdolny do nagięcia reguł każdego gatunku, jeśli tylko przyczyni się to do pogłębienia treści i warstwy emocjonalnej dzieła; historia muzyki filmowej takich przykładów zna dziesiątki, jeśli nie setki, także w filmografii samego Williamsa. Lincoln nie spełnia niestety żadnego z tych założeń, a co więcej szwankuje na innych jeszcze, bardziej fundamentalnych płaszczyznach - efektem jest kompozycja płytka oraz ideologicznie archaiczna.

Pod względem przyjętej stylistyki Lincoln jest prawie stuprocentowo przewidywalny. Williams od lat okupuje pozycję głównego spadkobiercy amerykańskiej tradycji muzycznej i kultywatora coplandowskiej americany, którą przy okazji Amistadu, Szeregowca Ryana czy Patrioty zdołał sugestywnie przefiltrować przez własną kompozytorską wrażliwość. Nawet jednak stawiając tezę, iż americana nie kończy się na Coplandzie i że Williams ma swój wart odnotowania wkład w przekucie tego brzmienia na język kina, nie sposób zaprzeczyć, że Lincoln nie wnosi do tej konwencji absolutnie nic nowego, a momentami cofa ją wręcz na pozycje jeszcze bardziej zbliżone do stylistyki twórcy Appalachian Spring. Sytuacji nie zmienia swoiste novum, które stanowić ma hymniczna poetyka, wyczuwalna zwłaszcza w partiach fortepianowych. Wystarczy bowiem sięgnąć po niedawną pracę Cartera Burwella, Prawdziwe męstwo, gdzie stylistyka hymnu została inteligentnie użyta jako kontrapunktowa perspektywa narracyjna, by z rozczarowaniem stwierdzić, że w kompozycji Williamsa stanowi ona wyłącznie rodzajowy ozdobnik z epoki, a jej brak nijak nie wpłynąłby na wymowę i sens ścieżki.

Na kwestię oryginalności i stylistyki, których zachowawczość przy projektach historycznych da się do pewnego stopnia obronić, można by jednak przymknąć oko, gdyby muzyka Williamsa sprawdzała się w kontekście filmu. Tutaj jednak objawia się największa wada Lincolna, który to w obrazie Spielberga dawkowany jest chaotycznie, szczątkowo i niemal zupełnie zatraca obecną na albumie płynność i logikę narracyjną. Trafiają się sceny, do których muzyka nic nie wnosi (kapitulacja generała Lee - Appomattox – April 9, 1865), w innych traktowana jest fragmentarycznie i wybiórczo (większość sekwencji muzycznych w filmie nie przekracza dwóch minut, a sam początek filmu niesie kilkudziesięciosekundowe, underscore'owe ochłapy), wreszcie ilustracja filmowa pomija część centralnych utworów albumowych (Freedom Call, Elegy). Rozczarowuje nawet płytowy kolos, The Peterson House and Finale, z którego jedynie niespełna trzy minuty pełnią faktycznie funkcję score'u, podczas gdy cała reszta jest tylko zestawem głównych tematów, podłożonym pod napisy końcowe. Ogólnie odnieść można wrażenie, że filmowa edycja i montaż dosłownie zabiły przeważającą część ścieżki.

Miarą ilustracyjnej słabości Lincolna są folklorystyczne Getting Out the Vote i The Race to the House - zbliżone do prowincjonalnej poetyki williamsowskich Koniokradów, utwory te brzmią niczym sucha praca domowa z zakresu kompozycji, odrobiona przez profesora-akademika, nienaganna technicznie i jednocześnie wyprana z emocji, jakie stanowić winny przecież fundament ludowej przygrywki. Obie sekwencje montażowe z ich udziałem to przykład rzemieślniczej przewidywalności, gdzie żartobliwy charakter muzyki niepotrzebnie i na dodatek bez przekonania dubluje ekranowe wydarzenia. Niemal całą zresztą ścieżkę cechuje podobnie ciężka ręka; pomimo skromnych, kameralnych aranżacji kompozycji daleko jest do subtelności, którą skutecznie grzebią powracające regularnie, patetyczne akordy.

Na przestrzeni całego filmu są de facto tylko dwa momenty, w których ilustracja Williamsa pozytywnie zaskakuje chwytami artystycznymi. Pierwszym z nich jest niepozorny utwór Father and Son, gdzie nobliwe, delikatne dźwięki waltorni łączą subtelność intymnej, rodzinnej sceny z wojennym tłem - najmłodszy syn Lincolna zasypia bowiem przy zabawie ołowianymi żołnierzykami. Drugi moment pojawia się pod koniec filmu, gdy Lincoln przejeżdża przez pole bitwy pod City Point, a w tle przewija się elegijna partia fortepianowa z The Blue and the Grey, opłakująca poległych i cierpiących. W obu tych przypadkach da się wyczuć pewien wysiłek intelektualny włożony w ilustrację – w filmografii Williamsa takich detali jest jednak na pęczki.

Choć Lincoln jako muzyka filmowa jest artystyczną porażką, to trochę lepiej broni się jako muzyka per se. Nazwisko Williamsa zawsze gwarantuje co najmniej rzemiosło wysokiej próby i w tym sensie recenzowana praca ma słuchaczowi do zaoferowania kilka wartościowych rzeczy. Kompozytora jak zwykle nie zawiódł zmysł melodyczny i zarówno temat główny (With Malice Towards None), jak i tematy poboczne (The People's House, Elegy) przykuwają uwagę walorami dramatycznymi i szlachetną, melancholijną elegancją – tym bardziej szkoda, że tak udane utwory pełnią śladową rolę w filmie. Podobać mogą się również jak zawsze nienaganne aranże i partie solowe (klarnet w The People's House, wiolonczela w Remembering Willie), choć uczciwie trzeba przyznać, że Williams nie ma już dzisiaj monopolu na techniczną perfekcję na polu symfoniki (Rombi, Desplat, Gordon) i tym samym trudno traktować ją jako decydujący argument naprzeciw jego konkurencji. Płyta skrojona jest nieźle i williamsowskiej logice narracji trudno coś zarzucić; powtarzalność materiału jest jednak na tyle duża, że album skorzystałby z porządnego odchudzenia. W obecnym jego kształcie aż prosi się, by wyselekcjonować i ograniczyć playlistę do kilku wspomnianych tematycznych perełek.

Lincoln zawodzi przede wszystkim płytkością ujęcia zagadnienia, od lat bowiem Williams w trybie dramatycznym nie skomponował muzyki tak jednopłaszczyznowej, literalnej, tonącej w oczywistościach i nieambitnej. Sytuację (i finalną notę) ratuje nieco album, który jest po prostu ładny, ale prezentuje materiał skierowany niemal wyłącznie do miłośników americany. Pryncypialnej, akademickiej kompozycji Williamsa wieszczę natomiast krótki żywot, zakończony w jeden sposób: za szkłem gablotki w muzeum.



Autor recenzji:  Marek Łach
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1.  The People's House (03:41) 
  • 2.  The Purpose Of The Amendment (03:06) 
  • 3.  Getting Out The Vote (02:48) 
  • 4.  The American Process (03:56) 
  • 5.  The Blue And Grey (02:59) 
  • 6.  "With Malice Toward None" (01:50) 
  • 7.  Call To Muster And Battle Cry Of Freedom (02:17) 
  • 8.  The Southern Delegation And The Dream (04:43) 
  • 9.  Father And Son (01:42) 
  • 10.  The Race To The House (02:41) 
  • 11.  Equality Under The Law (03:11) 
  • 12.  Freedom's Call (06:06) 
  • 13.  Elegy (02:34) 
  • 14.  Remembering Willie (01:51) 
  • 15.  Appomattox - April 9, 1865 (02:36) 
  • 16.  The Peterson House And Finale (11:01) 
  • 17.  "With Malice Toward None" (Piano Solo) (01:31) 
Czas trwania: 58:33
Komentarze
Tomek 2013-02-03 00:36
Spojrzałem do mojego kajetu i ostatnio Williamsowi tróję wystawiłem za "Mamuśkę" z 1998 roku. Tak, to raczej najsłabszy score Big Johna od jakichś 15 lat, a nawet ta "Mamuśka" była raczej ciekawsza :) "Lincoln" na nic więcej nie zasługuje, a może i nawet na 2.5, ponieważ mnie materiał na płycie również nie przekonuje, jest zupełnie jednostajny i anonimowy, a w kwestii oryginalności jest niedaleko skandalicznej "Cristiady" Hornera... To muzyka tak napuszona swoją samoświadomością bycia dziełem ważnym/głębokim/historycznym/pomnikowym, a przez to nieznośnie pretensjonalnym. Porównajmy to do Listy Schindlera czy Amistadu, gdzie Williams też przecież musiał czuć na barkach ciężar historii i odpowiedzialności, a mimo to pozwoliło mu to dokonać tam rzeczy muzycznie i ilustracyjnie nadzwyczajnych. Rozczarowanie nr 1 AD 2012.
Mefisto 2013-02-03 02:19
Dziwne, bo lubię americanę, ale Lincoln to dla mnie "nuda panie, oj nuda...". Przy tej pracy zeszłoroczne War Horse to arcydzieło :)
Paweł Stroiński 2013-02-03 15:39
Z perspektywy historii i amerykańskiego postrzegania tejże, Lincoln to wielka odpowiedzialność. Uznany za jednego z trzech najwybitniejszych (oprócz F. D. Roosevelta i Jerzego Waszyngtona) prezydentów, cóż. Trudno mi powiedzieć, czy Amerykanin potrafiłby zrobić z tą postacią cokolwiek innego (reżyserem Łowcy Wampirów jest Rosjanin, a nawet nie chcę się za to brać). Score Williamsa, cóż. Obiektywny nie jestem, bo po filmie pokochałem ten temat na fortepian z Blue and Grey i Remembering Willie (zwłaszcza w tej wersji), ale nie jest to score doskonały i nie wypada doskonale w filmie. Co do filmu, a także muzyki, trudno się dziwić, że człowiek ten (nie tylko prezydent, Lincoln jako człowiek też) został przedstawiony, tak, jak się go postrzega w tej chwili w USA, czyli jako zupełna ikona, prawie bez wad (skoro już wątek Roberta był tak bardzo potrzebny, można było za jego pomocą pokazać dużo większe rysy postaci Lincolna, nawet je stworzyć fikcyjnie, niż Spielberg je pokazał). Film mi się całkiem podobał, zwłaszcza nieco odrealniona (bo bardzo teatralna!) konwencja. Williams musiał napisać ścieżkę wyciszoną, ale problem polega na tym, że podbija ona tylko mitologię (Spielberg nie jest Afroamerykaninem, więc dziwne, że buduje z tej postaci prawie że jeden z mitów założycielskich, chociaż tak, Lincoln, jak się powszechnie uważa, przedefiniował koncepcję amerykańskiego republikanizmu, zmieniając nacisk z konstytucji na Deklarację Niepodległości, szkoda, że tego nie pokazano, ale, do cholery, Spielberg jest Demokratą!). Swoją drogą, gdyby nie zamach, ciekawe, jak by sobie Lincoln poradził z całą trwającą kilkanaście lat po wojnie secesyjnej Rekonstrukcją (zależnie od historyka mówi się, że trwała 12 lat - od końca wojny i podpisania kapitulacji w Appomatox - bądź 14 - od Proklamacji Emancypacji - Emancipation Proclamation - czyli uwolnieniu i wcieleniu afrykańskich niewolników do Armii w połowie wojny), ale to inna historia, którą co ciekawe kino amerykańskie także zdaje się chyba pomijać. Lincoln jest legendą, tak jak legendą jest Trzynasta Poprawka. Wydaje mi się, że ani Williams, ani Spielberg o tej akurat postaci nie potrafili się wypowiedzieć w inny sposób. To, że to nas Europejczyków do końca nie potrafi przekonać (bo nie rozumiemy legendy Lincolna, który dla nas ma znaczenie tylko o tyle, że go zamordowano), to inna sprawa i obaj powinni uczynić tę historię bardziej przystępną dla nas. Szkoda jednak, że Spielberg musiał skończyć film na Peterson House i na zwłokach Lincolna, wystarczyło, że odszedłby do teatru. Bo to byłoby zrozumiałe i dla nas. Spielberg to łopatolog i duże dziecko i wyszło jak wyszło. Szkoda, bo historia miałaby duży potencjał, chociaż i tak jest zrobiona na mniejszej intensywności emocjonalnej niż się bałem. Co do muzyki w filmie jestem mniej krytyczny niż Marek, chociaż z jego argumentacją się zgadzam.
lis23 2013-02-03 17:36
Ponoć Lincoln był tak chory, że nawet gdyby Go nie zamordowano to i tak nie żyłby na tyle długo, aby jednoczyć naród po wojnie - może dlatego tak usilnie dążył do jej zakończenia, forsując 13 poprawkę?, może wiedział, że umiera?. Filmu jeszcze nie widziałem ale wydaje mi się, że nie jest tu ważna prawda historyczna, zgodność z historią, a pewien mit, uniwersalna wartość, fakt, że owa poprawka zmieniła USA raz na zawsze - nie ważne z jakich pobudek i dla jakich ideałów, ważne, że do owej zmiany w ogóle doszło.
Paweł Stroiński 2013-02-03 21:16
Historycy są bardzo podzieleni pod względem historyczności filmu Spielberga, ale raczej na tak.
Gruzin 2013-02-03 22:47
Spielberg nie jest Afroamerykaninem i tak zgadzam sie z przedmowca.Tak jest w istocie.
Dziekan 2013-02-03 22:50
Nie mam jaj i smierdze.
Private_Witt 2013-02-04 02:25
Przesłuchałem kilkadziesiąt razy i nie pamiętam ani jednej nuty. Naciągana trója.
Private_Witt 2013-02-04 02:25
Przesłuchałem kilkadziesiąt razy i nie pamiętam ani jednej nuty. Naciągana trója.
Krystian 2013-02-07 16:13
Puszczam to dzieciom jak nie mogą zasnąć.
bladerunner22 2013-03-14 20:29
Generalnie jak to u Williamsa można narzekać na długość i sposób zaprezentowanego materiału , przyciąć albumik do 30 -35 minut . Może to tak wysoki poziom jak Tintin czy War Horse, ale ja jednak jestem skłonny naciągnąć do 4 , bo niewiele lepszego materiału muzycznego zaprezentowali nam kompozytorzy w roku ubiegłym. A takich pereł jak temat główny to ze świecą szukać dziś w tak pogrążonej w beznadziejności filmówce, która ciągle upada, dzięki Bogu za to , że Williams jeszcze żyje i jeszcze pisze..
Mieszko 2014-04-13 13:45
W pełni zasłużone Oscary i nominacje do tej nagrody dla filmu "Lincoln" (tylko wyróżnienia za charakteryzację zabrakło) oraz jedna z najciekawszych ścieżek dźwiękowych 2012 roku (obok "Argo" Desplata najlepsza partytura spośród nominowanych). Solidnie w kontekście filmu, lecz w oderwaniu od obrazu wręcz wybornie (niemalże idealny montaż albumu). Ode mnie bardzo mocne 4+ (zupełnie nie rozumiem krytyki i ocen tego score'u).
Mieszko 2014-04-13 16:33
Jeszcze jedno... Muzyki w filmie jest mniej niż na albumie, lecz czy to wada? Wydaje mi się, że nie. Ocena dotyczyła albumu.
Marcin S 2016-03-05 15:35
Obok "Monachium" chyba najbardziej tapetowo-oklepana kompozycja Williamsa

Lincoln

Kompozytor:

  • John Williams

Dyrygent:

  • John Williams

Soliści:

  • Randy Kerber (fortepian)
  • Robert Chen (skrzypce)
  • Christopher Martin (trąbka)
  • Stephen Williamson (klarnet)
  • David McGill (fagot)
  • Daniel Gingrich (waltornia)

Wykonawcy:

  • The Chicago Symphony Orchestra
  • The Chicago Symphony Chorus

Wydawca:

  • Sony Classical (2012)

Producent:

  • John Williams

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2021 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie