Szukaj: w


recenzje

Grey, the (Przetrwanie)


Once more into the fray,
Into the last good fight i'll ever know.
Live and die on this day.
Live and die on this day...


Informacja jakoby najsłynniejszy kierowca w branży muzyki filmowej, Marc Streitenfeld, miał podejmować się prequela Obcego, wzbudziła mieszane uczucia zarówno wśród znawców, jak i entuzjastów tematu. I choć o gustach artystów nie wypada dyskutować, to jednak nie sposób odpędzić się od wrażenia, że za agresywną promocją „talentu” tegoż kompozytora stoi sam Hans Zimmer i jego sprawnie działająca machina produkcyjna. Jakkolwiek by to nie wyglądało w rzeczywistości, czerwiec szykuje się nam bardzo emocjonująco. Tylko czemu wspominam o tym recenzując zupełnie inną ścieżkę dźwiękową? Bynajmniej nie z czystej przekory! Robię to, ponieważ nie tak dawno temu, w ramach tak zwanej rozbiegówki, Ridley Scott skłonił Streitenfelda do zaangażowania się w pewien niszowy projekt Joe Carnahana. A wszystko po to, aby sprawdzić kompetencje wychowanka Hansa Zimmera w zakresie ilustracji mrocznego kina akcji, ot tak zanim przystąpi on do głównego zadania, czyli rzeczonego Prometeusza. Cóż, przysłuchując się efektom końcowym tych działań trudno mi spoglądać w przyszłość z optymizmem...


W podobnym tonie rozczarowania przyjąłem również film Joe Carnahana, Przetrwanie. Film opowiadający o ocalałych z katastrofy lotniczej, ludziach, którym przyszło zmagać się z dziką naturą i własnymi słabościami. Historia sama w sobie nie była wcale taka zła, ale suche dialogi i liczne przestoje w akcji podkopały potencjał tego projektu. Sytuacji nie uratował nawet statyczny jak żelbetonowy kloc, Liam Neeson, który aż do znudzenia zdawał się cytować Wielką Księgę Hollywoodzkich Aforyzmów. A jak do takiego stanu rzeczy ustosunkował się tworzący oprawę muzyczną, Marc Streitenfeld?

Moim zdaniem dość sceptycznie. Zachowawczo i z wielkim dystansem, ale całkiem poprawnie w ujęciu stricte funkcjonalnym. Jak inaczej można bowiem zinterpretować sytuację, w której blisko dwugodzinny film otrzymuje niespełna godzinę ilustracji muzycznej? Ilustracji nie przytłaczającej obrazu swoją „pasją”, a miejscami wręcz uginającej się pod emocjonalnym i dramaturgicznym ciężarem opisywanych scen. Nie ulega wątpliwości, że owe zwiększenie roli ciszy wynika głownie ze specyfiki obrazu Carnahana, który nie do końca chyba wiedział, jak ugryźć podejmowaną problematykę survivalu. Z drugiej strony nie przeczę, że odstąpienie od ilustracji kilku mniej dynamicznych scen legło u podstaw konsternacji samego kompozytora nad zbytnią transparentnością obrazu. Nie chcąc więc nadinterpretować niezrozumiałej „wizji” reżysera, odciął się po prostu od efemerycznego tapetowania dźwiękiem. Czy z tego samego powodu uciekł się również do minimalizmu? Trudno powiedzieć. Usprawiedliwia nie znajduje na pewno jakość samego materiału muzycznego. Jeżeli sam film mógł jeszcze mamić nas poprawnością działań Streitenfelda, to płyta z soundtrackiem z pewnością wyłoży nam wszelkie bolączki tej ubogiej w formę i treść partytury.

Muzyka niemieckiego kompozytora jest miałka do tego stopnia, że 35-minutowy album od Lakeshore Records jawi się jako istny naginacz czasoprzestrzeni! Pojedynczy odsłuch dłuży się bowiem w nieskończoność. Zanim jednak rzuceni zostaniemy w wir leniwych, choć dramatycznych wydarzeń na Alasce, kompozytor uraczy nas kilkoma miłymi dla ucha melodiami, które w połączeniu z iście werterowską wymową monologu otwierającego obraz Carnahana, wprawią nas w melancholijny, aczkolwiek senny nastrój. Słyszany już w pierwszym utworze płyty (Writting the Lester), temat Johna Ottway’a, stanowi pewnego rodzaju misterium tęsknoty głównego bohatera za żoną i właśnie pod tym kątem interpretowany jest on w dalszej części partytury. Swoją rację bytu znajduje rzecz jasna w melodramatycznych kadrach filmowych, jednakże wyjęty z ram obrazu jest tylko ubogim w treść smęceniem, które z prawdziwym emocjonalnym tworzywem ma raczej niewiele wspólnego. Odrobinę lepiej prezentuje się natomiast obarczony ciężkim filmowym kontekstem utwór You’re Gonna Die z solową wiolonczelą w tle. Niemniej do miana prawdziwego highlightu Przetrwania należałoby wynieść tylko dwa utwory: Alfa oraz Into the Fray. Liryczne zwieńczenie partytury Streitenfelda, to prawdziwy popis wierności narzuconym przez Hansa Zimmera standardom z Cienkiej czerwonej linii. Także i tutaj (choć w nieco bardziej subtelny sposób) pojawia się charakterystyczne crescendo na stale powtarzających się frazach tematycznych. Niemniej jednak po długiej i męczącej przeprawie przez niezbyt atrakcyjne elementy akcji i grozy, takie spokojne zakończenie albumu znajduje moje zrozumienie.

Zanim jednak dotrwamy do tego lirycznego finału, nasza cierpliwość zostanie wystawiona na ciężką próbę. Po drugiej stronie barykady stoi bowiem mroczna, kreowana na atonalnych teksturach, muzyka grozy. Budowanie napięcia wychodzi Streitenfeldowi na słowo honoru. Choć trzyma się on złotych zasad kontrapunktowego zestawiania ze sobą ciężkich sekcji dętych i nerwowych smyczek, to jednak z działań podejmowanych przez kompozytora nie płynie właściwie żadne większe „klimatotwórcze” dobro. Nawet ciekawe przetworzenie dźwięków puzonu i angażowanie metalicznych sampli rodem ze stajni twórczej Goldsmitha na niewiele się zdały w ostatecznym rozrachunku. Streitenfeld podszedł bowiem do swojego zadania bardzo utylitarnie. Jeżeli stwierdził, że należało wypełnić przestrzeń filmową jakąś burzliwą muzyką, to po prostu to robił. Nie baczył tym samym na strukturalny i psychologiczny rozwój swojej ścieżki dźwiękowej. Na pewno zawiódł wspomniany wyżej minimalizm w strukturze i aparacie wykonawczym partytury. Muzyk ograniczył swoje zasoby do niezrozumiałego wręcz minimum. Wyrwane z kontekstu filmowego, frazy, biją zatem pustką i brakiem większego pomysłu na urozmaicenie sfery melodyjnej. Najbardziej zdaje się cierpieć przez to muzyka akcji. Streitenfeld pozbawił ją absorbującej uwagę dynamiki, a co najważniejsze, estetyki.

Tak w ogólnym skrócie prezentuje się album ze ścieżką dźwiękową do filmu Przetrwanie. Wniosek jest jeden. Marc Streitenfeld nie popisał się inwencją twórczą. Podszedł do zadania bardzo zachowawczo i niestety odbiło się to na efekcie końcowym pracy. Owszem, znajdziemy tu kilka interesujących momentów dzięki którym ocena za płytę nie ociera się o dno, ale nie jestem pewien, czy warto dla tych kilku minut zainwestować w album soundtrackowy.
Pozycja tylko dla zainteresowanych filmem.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Writing the Letter (2:00)
  • 2. Suicide (1:44)
  • 3. You Are Gonna Die (3:14)
  • 4. Walking (1:45)
  • 5. Eyes Glowing (1:25)
  • 6. The Morning After (2:57)
  • 7. Collecting Wallets (1:53)
  • 8. Wife Memory (1:08)
  • 9. Life and Death (2:52)
  • 10. Lagging Behind (1:53)
  • 11. Running From Wolves (1:46)
  • 12. Daughter Appears (2:13)
  • 13. Last Walk (2:33)
  • 14. Memorial (3:41)
  • 15. Alpha (2:16)
  • 16. Into the Fray (1:49)
Czas trwania: 35:09
Komentarze
Brajan 2012-03-27 23:21
Nazwisko kompozytora jest zle wpisane.
DanielosVK 2012-03-27 23:23
:D:D:D
Brajan 2012-03-28 10:37
Producenta też.
Wojtek 2012-03-31 03:10
Brajanie, ale Penderecki jest dendrologiem z zamiłowania, a studiował kompozycję - więc chyba nie ma co porównywać do samouków :)
Mefisto 2012-04-06 20:58
Jestem na tak - może albumowo szału nie ma, ale w filmie naprawdę sprawdza się ten minimalizm, pasuje do sytuacj i uwypukla zimno i beznadziejność położenia głównych bohaterów. Goldsmith pewnie zapodałby jakiś temat z wykopem, ale film absolutnie takiego nie potrzebuje, wobec czego Marc wychodzi tu z tarczą.
WoLF7 2012-04-07 12:18
Tak.
Tomek 2012-05-05 00:02
Tragedia. Marc wychodzi z tarczą? Przecież ten gość nie ma kompletnego pomysłu na muzykę filmową. 80% tej ścieżki stanowią efekty dźwiękowe, gdy pojawiają się emocje, pojawia się prosty jak drut motyw na smyczki i niezwykle cichy fortepian. Motyw z "Writing a Letter" sięga czasów American Gangstera. Oczywiście, tak można ilustrować filmy do końca swojej zakichanej "kariery" (i zawsze podpierać się potrzebnym dla filmu minimalizmem formy) i zbierać czeki... Niesamowicie odtwórcza praca, w filmie praktycznie jest to nie słyszalne, na płycie niewiele lepiej. I wcale nie musiałby tu być minimalizm, tylko dlatego że położenie bohaterów i otaczająca ich przyroda jest mroźna, bezwzględna i ascetyczna. Obawiam się, że gdyby Streitenfeld miał za zadanie stworzyć coś bardziej skomplikowanego i b.wyrazistego, jego porażka byłaby jeszcze większa. A tak może się skryć za swoimi prostackimi teksturami, przeżutymi przez komputer dźwiękami i zamęczonymi do nieprzytomności we współczesnej filmówce motywami a la "Descent". Od Streitenfelda gorszy w branży jest tylko Tyler Bates. Pół gwiazdki za 2 i 3 utwór od końca.
Babuch 2012-05-06 21:36
Inwencja to wyraz obcy Marcowi... W jego słowniku pojęciowym takie coś nie istnieje :P
Agie 2012-05-10 11:32
"Into the Fray" nie zostało napisane na potrzeby tego filmu. To ten sam utwór co tu - http://www.youtube.com/watch?v=a8W44OvV8mQ. Został oryginalnie skomponowany na potrzeby filmu "Ink" z 2009 roku.
Mieszko 2013-07-11 10:16
Jak na razie chyba najsłabsza praca Marca Streitenfelda.

Do tej recenzji istnieje jeszcze 12 komentarzy. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
Grey, the (Przetrwanie)

Kompozytor:

  • Marc Streitenfeld

Dyrygent:

  • Ben Foster

Orkiestrator:

  • Ben Foster

Wydawca:

  • Lakeshore Records (2011)

Producent:

  • Marc Streitenfeld

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie