Szukaj: w


recenzje

War Horse (Czas wojny)


Po 4 latach nieobecności do gry wraca John Williams. I to od razu z dwiema partyturami! Za filmy, do których stworzył muzykę odpowiada oczywiście Steven Spielberg, który także po 4 latach absencji, zdecydował się powrócić do branży jako reżyser. Dwa różne filmy i dwie różne ścieżki dźwiękowe. Najpierw do kin weszły Przygody Tintina oparte na słynnym komiksie Hergego (pierwszy w karierze Spielberga film animowany), a następnie dramat, Czas wojny. Obie ścieżki należą do najbardziej oczekiwanych w całym 2011 roku. Sam powrót Williamsa jest bowiem wielkim wydarzeniem! Pytanie tylko, czy są nim partytury, które napisał?

Tintin to familijne kino przygodowe, Czas wojny opowiada natomiast historię przyjaźni młodego chłopaka z... koniem. Kiedy koń zostaje zabrany na I wojnę światową, główny bohater podąża za nim. Te dwa zupełnie różne filmy wymagały oczywiście indywidualnego podejścia muzycznego. John Williams, jako jeden z najwybitniejszych kompozytorów muzyki filmowej słynie wszak z bardzo dużej wszechstronności. Fabuła zapowiadała ścieżkę bardziej dramatyczną niż przygodową, opartą raczej na mocnej (tak dziś brakującej w muzyce filmowej) tematyce. Wiele osób spodziewało się także Americany - specyficznego stylu amerykańskiej muzyki, odnoszącego się do twórczości Aarona Coplanda.

Pierwszy utwór albumu, Dartmoor, 1913 tylko połowicznie potwierdza te tezy. Rozpoczynający się od pięknej solówki na flet, utwór, pokazuje, że ścieżka ta będzie dosyć dramatyczna i to ze znakomitym, odnoszącym się do najlepszych prac Williamsa, tematem. Tematem błądzącym gdzieś pomiędzy pracami takimi jak: Za horyzontem, czy też Prochów Angeli. Jednak brzmienie jest bardziej angielskie niż amerykańskie. Tym, czym dla Szeregowca Ryana był Aaron Copland, tym dla Czasu wojny jest znakomity angielski kompozytor, Ralph Vaughan Williams, określany czasem jako pastoralny (takie miano zyskała jego piękna III Symfonia). Mamy tu więc epickie i emocjonalne brzmienie. Amerykański kompozytor operuje ponadto lekko celtyckimi rytmami, chociaż nie tak dalece idącymi, jak w wymienionym już wcześniej score do dramatu Rona Howarda. Główną rolę odgrywają tu jednak smyczki i instrumenty dęte drewniane. Williams nie boi się również muzyki komediowej, tak jak na początku Bringing Joey Home, and Bonding. Słuchając tego wszystkiego można sobie tylko wyobrazić, jakie problemy sprawia przywożony do domu, Joey. Tak jak wspomniałem już wyżej, dużą rolę odgrywają tutaj instrumenty dęte drewniane, a także ciepła waltornia. Nie są to oczywiście wyjątkowo oryginalne orkiestracje, ale Williams w tym, co robi, jest bardzo efektywny. Kompozytor pozwala sobie nawet na odrobinę inspirującej akcji, która jest dość ekscytująca, aczkolwiek nie tak, jak w jego sławniejszych pracach.

Drugą stroną ścieżki jest muzyka mroczna, ilustrująca zapewne sceny wojenne. Tutaj Williams (już w Ruined Crop) wprowadza nowy temat, na solową trąbkę. Przypomina on nieco Americanę, a wrażenie to potwierdza jeszcze dodany werbel. Pojawia się także bardziej dramatyczna muzyka akcji. Trzeba powiedzieć, że kompozytor w tym przypadku częściej niż zwykle wykorzystuje swój werbel. Wykonaniu ścieżki nie można nic zarzucić. Twórca Listy Schindlera zapewnia znakomitą muzykę dramatyczną, chociaż tutaj (z jednym wyjątkiem, o którym trochę niżej) preferuje mniej intensywną akcję. Wykorzystuje w niej oczywiście pełną orkiestrę, ale większą rolę odgrywają jednak bardzo rytmiczne smyczki. Mroczna i dramatyczna muzyka akcji nie stawia na tak lubianą przez fanów muzyki filmowej, ekscytację. Z drugiej strony nie znaczy to, że partytura ta nie jest emocjonująca. Od pewnego czasu, John Williams ma tendencję do wyrażania nią raczej wściekłości, aniżeli przygody, jak to czynił w latach 80. czy pierwszej połowie lat 90. Oczywiście nawiązuje tym do swoich dokonań z lat 70., gdzie chociażby w Czarnej niedzieli i Szczękach lubował się w mroczniejszym brzmieniu. Upraszczanie go (jakby wielu fanów sobie tego życzyło) tylko do kina nowej przygody czyni jego woltę w kierunku Strawińskiego (którego zarówno tutaj, jak i w Przygodach Tintina jednak za dużo nie ma) zupełnie niezrozumiałą, co jednak jest nieuzasadnione.

W drugiej części Williams tylko na chwilę wraca do wręcz komediowego brzmienia i jest to utwór Joey's New Friends. Poza tym konsekwentnie trzyma się bardziej dramatycznego, mrocznego wręcz underscore i stawia na militarystyczny temat, który swoją drogą jest znakomity. Na szczególną uwagę w tej części albumu zasługują między innymi wyjątkowo dramatyczny utwór dwunasty. Jest on bardzo piękny i sięga wyżyn emocjonalnej intensywności. Trochę inaczej przedstawia się natomiast sprawa z No Man's Land, gdzie na początku budowana jest atmosfera napięcia i grozy, po której przechodzimy do najlepszego na albumie i, moim zdaniem, od ładnych kilku lat w karierze Johna Williamsa utworu akcji. Oparty jest on na instrumentach dętych blaszanych i nerwowych smyczkach. Nie można tutaj nie zauważyć podobieńst do dominujących w tej chwili w muzyce filmowej trendów (mowa zwłaszcza o stylistyce Hansa Zimmera). Niemniej utwór ten przede wszystkim odnosi się do analogicznych utworów w Indianie Jonesie, a dokładniej: On the Tank i Belly of the Steel Beast. Nie można też zapomnieć o tym, że militarystyczny temat (jeden z czterech napisanych na potrzeby Czasu wojny) pojawia się tutaj w pełnej krasie. Aranżacja robi tutaj dosłownie wszystko.

W trzech ostatnich utworach Williams powraca do melodyjności. Znów większą rolę odgrywają pozostałe tematy oraz emocjonalne smyczki. Dochodzi także fortepian, w pięknym solowym wejściu w utworze Remembering Emilie and Finale, po którym mamy równie piękne smyczkowe frazy. Kończące album The Homecoming jest natomiast powrotem do optymistycznego brzmienia pierwszej części partytury. Wracają tu wszystkie tematy. John Williams zawsze słynął ze znakomitego ich wykorzystania. Jest to zdecydowanie najlepszy utwór kompozytora z ostatnich kilku lat. To, że wrócił do takiego epickiego, emocjonalnego brzmienia może naprawdę tylko cieszyć.. Ostatnich ponad 13 minut albumu (bo tyle trwają razem dwa ostatnie utwory), jest pięknym podsumowaniem całego albumu.

W filmie muzyka Williamsa wypada na poziomie dość wysokim. Ciekawostką jest to, że zapowiedzi tematu wojennego pojawiają się już na początku filmu. Trzeba powiedzieć, że w kontekście jest ona nierówna. Obok momentów, które wypadają wręcz wybitnie (zwłaszcza początek i koniec filmu, to, jaki kontrast buduje fortepian z Finale z ostatnimi ujęciami, tak samo temat wojenny podsumowujący cały film, i flet w kontekście pięknych ujęć angielskiego krajobrazu w Dartmoor, 1912), ale są momenty, kiedy muzyka po prostu jest, bo jest (zwłaszcza rozwiązanie wątku niemieckich dezerterów, którzy uciekają na tytułowym Joeyu i jego przyjacielu Topthornie). Do highlightów w filmie zaliczają się na pewno The Death of Topthorn (niestety tytuł jest mocnym spoilerem) i No Man's Land, który, mimo wyciętej części utworu (nie ma tematu wojennego, dokładnie rzecz biorąc), znakomicie ilustruje jedną z najlepszych scen filmu. Piękne The Homecoming to utwór skomponowany pod napisy końcowe.

Nie jest to muzyka wybitna. Trzeba przyznać, że album jest nieco za długi. Dłuży się zwłaszcza w tej „mrocznej” części. Tematy są piękne (zwłaszcza ten z Dartmoor, 1912), ale nie jest to już ten sam poziom, który można było usłyszeć w Prochach Angeli, czy także wspominanym wcześniej, Za horyzontem. John Williams to jednak kompozytor, który poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Jak zwykle muzyka jest doskonale zaaranżowana, a nagranie Shawna Murphy'ego pozwala każdej sekcji orkiestry oddychać. No Man's Land, Dartmoor, 1912 i The Homecoming na pewno należą do najlepszych utworów tego roku i na pewno są jednymi z najmocniejszych kandydatów w tej kategorii. Muzyka Williamsa nie jest może wybitna, ale wciąż bardzo dobra. 80-letni kompozytor, po tym, jak przy Indianie Jonesie i Kryształowej Czaszce powinęła mu się noga, wrócił do formy. Obie ścieżki są bardzo mocne. Najważniejsze jednak pozostaje jedno. Po czterech latach nieobecności, John Williams wrócił!





Autor recenzji:  Paweł Stroiński
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Dartmoor, 1912 (03:35)
  • 2. The Auction (03:43)
  • 3. Bringing Joey Home And Bonding (04:48)
  • 4. Learning The Call (03:42)
  • 5. Seeding And Horse Vs. Car (03:32)
  • 6. Plowing (05:57)
  • 7. Ruined Crop And Going To War (03:33)
  • 8. The Charge And Capture (03:21)
  • 9. The Desertion (02:34)
  • 10. Joey's New Friends (03:28)
  • 11. Pulling The Cannon (04:58)
  • 12. The Death Of Topthorn (02:47)
  • 13. No Man's Land (04:32)
  • 14. The Reunion (03:52)
  • 15. Remembering Emilie And Finale (05:05)
  • 16. The Homecoming (08:03)
Czas trwania: 67:30
Komentarze
Misty 2011-11-11 18:15
Recenzent chciał być chyba pierwszy na świecie i to mu się udało, ale nic poza tym. recenzowanie takiej muzyki bez znajomości filmu jest śmieszne. poza tym nie ma Pan nic do powiedzenia - niby używa Pan fachowej terminologii, ale dominuje tylko "piękne". no piękne i co z tego. poczekam na recenzje w grudniu.
abc 2011-11-11 18:41
Dokładnie. Muzyka ledwo wyszła, a oni już się pchają z tymi recenzjami. Warto było trochę poczekać.
Raf 2011-11-11 18:45
Ciekawe czy recenzent zdobył ta muzykę legalnymi środkami :/
Wojtek 2011-11-11 18:47
Biorąc pod uwagę kopie przeznaczone dla recenzentów i darmową promocję, jaką jest recenzja, nie martwiłbym się o to na waszym miejscu :)
Tomasz Goska 2011-11-11 18:50
Czemu sądzisz, że Paweł nie ma nic do powiedzenia? Chyba podkreślone było przez niego, że War Horse ma aspekt bardziej emocjonalny, aniżeli Tintin. Jeżeli ta ścieżka działa głównie na tej linii, to sformułowanie pięknie nie powinno dziwić. Samo recenzowanie bez kontekstu filmowego.. Zgodzę się. Muzyka filmowa jest tą paskudną dziedziną tej sztuki, że wymaga zapoznania się ze swoim źródłem docelowym. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie wyrażeniu refleksji po przesłuchaniu płyty, a później uzupełnienie tego o refleksje związane z filmem i rolą muzyki w nim... Gdyby było inaczej, komentowanie takich tekstów również byłoby "nieprofesjonalne", a wręcz nietaktowne... Co zaś się tyczy komentowania. Moją opinię na temat tej ścieżki wyraziłem już w artykule "First listen". Niewiele się od tego czasu zmieniło pod względem oceny. Muzyka Johna wspaniale wyzwala emocje. Buduje napięcie i tworzy specyficzny klimat. Wszystko to zweryfikuje oczywiście film, ale co można teraz powiedzieć o tej ścieżce, to to, że nie jest ona highlightem w twórczości Williamsa. Na pewno należy do czołówki jego osiągnięć z ostatniej dekady. Pewne niedogodności związane ze słuchaniem tego na krążku wynikają głównie z niezbyt dobrze skrojonego i przemontowanego materiału. Kilka minut psujących cały efekt (jak na przykład wspomniany początek No Man's Land) można było sobie po prostu darować. Niemniej brawo, John!
Tomasz Goska 2011-11-11 18:52
Odpowiadając na pytanie RAF'a - Tak. Kopie promocyjne krążą już wśród krytyków od dobrych dwóch tygodni, więc czasu na zapoznanie się z płytą było aż nadto.
czoug 2011-11-11 19:17
Paweł tą recenzją osiągnął ten nieprzekraczalny próg ludzkości/zajebistości, że jego wiedza i informację dochodzące z opóźnieniem rzędu 0,000s z Hollywoodu pozwalają mu na przepowiadanie przyszłości.
Koper 2011-11-11 19:52
Tak bez filmu to 4. Nie wiem czy po obejrzeniu podwyższę ocenę. Musiałoby w dechę mega zajeb..cie działać, to może tak na 4,5 bym dał. :) Ale score jest dobry, miejscami bardzo dobry. Ładne tematy, ładne brzmienie, taki Williams jakiego lubię słuchać.
Mefisto 2011-11-11 19:53
Dobra recka, ale mimo wszystko za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie.
jwman 2011-11-12 09:35
Tak szybko recka :/ Po to by być najszybszym:/
Raf 2011-11-12 10:55
Tak, z pewnością była to kopia dla recenzentów, przesłana Wam przez samego Williamsa haha smieszne
Tomasz Goska 2011-11-12 11:22
No ja w tym nic śmiesznego nie widzę, że wytwórnia wysyła materiały do redakcji. Normalne jak to, że po nocy przychodzi dzień. Proszę się popytać kolegów z Soundtracks.pl czy Muzykafilmowa.pl, czy takowych też nie otrzymali, a nie zgrywać wszechwiedzącego pępa.
Tomek 2011-11-12 11:57
Nie za szybko ta recenzja? Czasami mam wrażenie, że dzisiaj muzykę filmową traktuję się jak fast-fooda. Byle szybko z recką i ubiec konkurencję! A czas, żeby muzyka dotarła, "przejadła się", trochę z nią pobyć, do niej wrócić, odkryć po czasie pewne smaczki (co w przypadku kompozytorów pokroju Williamsa ma znaczenie niebagatelne), ocenić ją z perspektywy czasu? Nie wystarczy przesłuchać 10 razy pod rząd płyty. To tak nie działa. Dopisek: "Niniejsza recenzja zostanie uzupełniona po obejrzeniu filmu." jest kuriozalny - widać po co ten tekst został umieszczony. Szybko, szybko, szybko! Sami nakręcamy tą błędną spiralkę i wg mnie pozbawiamy się większości tego wszystkiego, co muzyka oferuje. A muzyka wymaga czasu i spokoju. Tyle ode mnie w tym temacie.
revell 2011-11-12 13:48
Zlodzieje z filmmusic.pl sciagają z parszywych stron piraty a potem publikują na portalach.Co za syf!!!!Wstydźcie się bo jestescie okropni!!!Zamiast kupic płyte i przesluchac na spokojnie na dobrym sprzecie.....ehhhhh
Wojtek 2011-11-12 14:00
Dziekan? :P
Paweł Stroiński 2011-11-12 16:00
Po pierwsze, materiał promocyjny od wytwórni dostałem 2 tygodnie temu, przez co miałem czas osłuchać się ze ścieżką dokładnie. Doszedłem do paru wniosków, przez co stwierdziłem, że mogę napisać tę recenzję po paru dniach regularnego słuchania, codziennego. Po drugie, pisałem już recenzje, które uzupełniałem po obejrzeniu filmu i jakoś nikt mnie nie krytykował za Kod da Vinci ani za Wyznania gejszy, że napisałem je bez znajomości filmu, a zwłaszcza Wyznania gejszy uzupełniłem jakieś pół roku po napisaniu tekstu (a dokładnie w dzień ogłoszenia nominacji do Oscara). Płyta nie została wykradziona, dostaliśmy oficjalne materiały promocyjne od wytwórni, więc oskarżenia o napisanie muzyki z pirata są nieuprawnione i wręcz oszczercze. John Williams osobiście nie rozsyła kopii recenzenckich swoich albumów, czyni to Sony (w tym przypadku faktycznie, była to kopia elektroniczna). Uważam, że po paru dniach regularnego słuchania ścieżki miałem coś do powiedzenia na temat muzyki Johna Williamsa i przedstawiłem to w tym tekście.
ravaell 2011-11-12 16:11
Nie wiem, czy ktoś próbuje tu się podszyć pode mnie, stosując podobny nick (revell), ale mniejsza o to. Recenzja według mnie napisana poprawnie, nie mam jakiś większych zastrzeżeń co do daty jej wydania (chociaż ukazanie jej równo z premierą OST byłoby chyba lepsze, takie coś może zmuszać ludzi do ściągnięcia płytki z neta, chociaż przyznaję się, że sam w ten sposób ją przesłuchałem). Muzyka bardzo dobra, cudowne flety i ogólna harmonia, chociaż czuć tu, że czegoś jednak brakowało, jakieś małego elemenciku, który poderwałby tą płytę w stronę maksymalnej oceny. A oskarżenia o piractwo recenzetna są bezpodstawne, więc proszę was o powstrzymanie się od takich sądów, gdyż one tylko źle mówią o was samych.
Paweł Stroiński 2011-11-12 16:21
Zwłaszcza, że promo dostałem na tydzień przed wycieknięciem pirackich kopii score.
Llew 2011-11-12 18:28
Dosyć już też słownej przemocy. Make Love!
dziekan 2011-11-12 20:18
przepraszam. wygłupiłem się.
Łukasz Waligórski 2011-11-12 21:41
Rzadko ostatnio się udzielam na forum społeczności muzyki filmowej, ale tę jedną rzecz muszę napisać. Żaden kompozytor, z którym w życiu rozmawiałem nie potrafił zrozumieć jak recenzenci mogą oceniać ich prace bez znajomości jej podstawowej funkcji - tego jak działa w filmie. Nie da się bez tego rzetelnie ocenić ścieżki, choćby niewiadomo jak elokwentna była recenzja. To jak ocenianie piosenki jedynie za jej melodię, zapominając o słowach - traci się pełen obraz dzieła. Nie powinno się tego robić, choćby ze względu na szacunek do pracy kompozytora. Ciekawe czy Paweł odważyłby się na taką recenzję muzyki Zimmera? ;)
Paweł Stroiński 2011-11-12 21:47
Wielokrotnie się odważyłem pisać Zimmera bez filmu, Łukasz i połowa, ponad połowa recenzentów muzyki filmowej pisze recenzje score'ów, do których nawet, jak sami mówią!, nie mają zamiaru nawet obejrzeć filmu. Taka jest rzeczywistość. I nikt ich się za to nie czepia.
mike 2011-11-12 23:02
O co tyle szumu. Zresztą Williams to Williams. Za pracę w filmie music być 5
DT 2011-11-13 11:26
Zgadzam się, że pisanie recenzji, zwłaszcza tak ważnej płyty, bez znajomości filmu to nieporozumienie. Swoją drogą, polskie Sony nie ma jeszcze elektronicznych kopii promocyjnych, więc autor musiał dostać z zagranicy.
Tomasz Goska 2011-11-13 11:34
Od Sony Masterworks, a dokładniej od firmy zajmującej się promowaniem jej katalogów.
Olek Dębicz 2011-11-13 14:33
Zgadzam się z Łukaszem Waligórskim. Zdarzyło mi się wprawdzie kilka razy ocenić sam soundtrack, ale tylko dlatego, że uznałem go za wyjątkowo atrakcyjny jako dzieło autonomiczne, zasługujący na najwyższe noty. Użyłbym innego porównania: recenzowanie muzyki filmowej bez znajomości kontekstu filmowego to tak, jak recenzowanie opery bez znajomości libretta.
Koper 2011-11-13 19:00
No dobrze, ale gdyby ktoś nagrał arię operowe w wersji instrumentalnej, to czy libretto byłoby tak mocno potrzebne do oceny tegoż? No bo w końcu recenzując muzykę filmową, oceniamy nie tyle samą muzykę, ile płytę z nią, której się słucha autonomicznie. A że w większości przypadków pewne sprawy łatwiej docenić znając kontekst filmowy to już inna kwestia. ;)
Paweł Stroiński 2011-11-13 19:33
A Carmen Bizeta w suitach instrumentalnych w takim razie nie powinno się słuchać?
Olek Dębicz 2011-11-14 12:11
Ale ja nie mówię o słuchaniu muzyki, tylko o jej recenzowaniu. Niektóre arie z oper robią się popularne dlatego, że są chwytliwe. Po pewnym czasie naturalnie zaczynają funkcjonować jako dzieła autonomiczne. Ale czy chwytliwość albo, jak to się brzydko mówi, słuchalność, mają być podstawowym kryterium w ocenie tak złożonej sztuki, jaką jest muzyka filmowa?
Paweł Stroiński 2011-11-14 13:38
Nie mówiąc nawet o polskiej premierze, jesteś w stanie wyjaśnić mi, dlaczego score wyszedł (do War Horse) na miesiąc przed premierą filmu? Poza tym wytwórniom zależy na wczesnych recenzjach, więc w wielu przypadkach wczesne recenzowanie muzyki filmowej bez filmu (co jest standardem na Zachodzie, słyszałem o poważnej dyskusji na IFMCA, gdzie recenzowanie bez filmu wygrało) jest standardem, dominującym standardem na Zachodzie. Nikt mnie nie skrytykował, kiedy napisałem recenzję Wyznań gejszy na parę tygodni przed obejrzeniem filmu i uzupełniłem po paru miesiącach. Takie gromy nie spotkały mnie także, jak szybko napisałem recenzję Kodu da Vinci i uzupełniłem o film później. Sądzę, że w sytuacji, kiedy pewne argumenty dotyczące albumu siedzą we mnie od paru przesłuchań ścieżki (a naprawdę przesłuchałem ją wielokrotnie), a film nie będzie dostępny przez najbliższe, przepraszam 2-3 miesiące, mam prawo się wypowiedzieć i przekuć swoje obserwacje w recenzję.
Koper 2011-11-14 17:29
No to widzi Olek. Niektóre arie zaczynają żyć jako dzieła autonomiczne po iluś tam latach, a War Horse zaczął żyć żywotem autonomicznym... miesiąc i to nie po, ale przed. ;)
Paweł Stroiński 2011-11-15 13:28
Pozwolę sobie zacytować Olka z recenzji Sin City: "Być może pisanie recenzji muzyki do filmu bez jego obejrzenia jest mało profesjonalne. Jednak po zapoznaniu się z fabułą "Sin City", sylwetkami bohaterów a także zdjęciami można się domyślić klimatu, w jakim będzie utrzymany. Film, jak mniemam, jest mroczny, ciężki, mocny - i taka też jest do niego muzyka." W przypadku Sin City, adaptacji komiksu i to adaptacji ujęcie w ujęcie (każde ujęcie Sin City jest kalką komiksu, do tego stopnia, że jego twórca Frank Miller podany jest jako współreżyser filmu) znajomość tego bardzo specyficznego kontekstu (zwłaszcza, że autorem jednej trzeciej ilustracji jest sam reżyser) jest bardziej potrzebna niż w przypadku dużo bardziej przewidywalnego jednak twórcy, jakim jest Spielberg. Znajomość współpracy tych dwóch panów i znajomość preferencji stylistycznych reżysera War Horse czyni recenzję muzyki Williamsa bardziej uprawnioną niż w przypadku Sin City, gdzie film jest autorstwa reżysera-kameleona (tutaj adaptacja każdego "ujęcia" komiksu, po drugie fakt, że Rodriguez robi albo kino wyjątkowo brutalne, albo dla dzieci, dosłownie), a sam reżyser jest jednym z kompozytorów ścieżki (swoją drogą, muzykę do Sin City miał robić Hans Zimmer i to on zachęcił Rodrigueza, by sam się oprawą muzyczną zajął.) Sam więc bez filmu recenzowałeś, Olku, i to w bardziej kontrowersyjnych okolicznościach niż kolejny film Spielberga. I jeszcze jedno: gdybym uznał, że nie mam nic na temat tej ścieżki do powiedzenia, nie napisałbym tej recenzji.
Olek Dębicz 2011-11-15 18:38
Zwracam honor. Postanowiłem skasować (albo poprawić i uzupełnić - zdecyduję w najbliższym czasie) kilka moich recenzji, zwłaszcza tych, w których nie oceniam muzyki w filmie. Niemniej jednak są to teksty napisane dość dawno. Pisząc tutaj swój komentarz, chciałem wypowiedzieć swoje zdanie na temat recenzowania muzyki filmowej bez znajomości obrazu. Nie krytykuję Ciebie, Pawle, bowiem Twojej recenzji jeszcze nie przeczytałem (rzuciłem tylko okiem na kilka akapitów). Moją ogólną opinię nie wyrobiłem sobie od razu, czego zresztą dowiodłeś, przywołując moją recenzję "Sin City". Po kilku latach recenzowania mam już jednak sprecyzowane zdanie na ten temat.
Koper 2011-11-15 19:40
Dajcie już spokój. A Pawła usprawiedliwia jedna rzecz. Wydano to na miesiąc przed premierą, więc w sumie dobrze, że ktoś lepiej czy gorzej, ale oceni album (płytę, soundtrack, niekoniecznie kompozycję z jej podstawową i główną rolą), by fani gatunku mogli się zdecydować czy kupować, czy nie, czy jeszcze się wstrzymać do premiery. :)
michal 2011-11-15 23:59
Zgadzam się z Koprem i Pawłem xD jesli jest zaznaczone, ze recenzja dotyczy muzyki z albumu, a nie muzyki ilustrującej film, to wszystko ok, czemu nie.
DanielosVK 2011-12-10 16:24
Nic dodać, nic ująć. Dobra muzyka na 4/5. Nie mniej, ani tym bardziej nie więcej. :)
Mystery 2011-12-14 17:57
Na wstępie gratuluje Pawłowi świetnego tekstu. Trochę nierówna ta praca maestro. Dobre pierwsze 6 utworów, średni środek (ale z momentami) i kapitalne 3 ostatnie kawałki, na czele z wizytówką tej płyty, czyli fenomenalnym "The Homecoming" - klasa sama w sobie i Williams w formie, jakiego cenimy i kochamy najbardziej. Reszta niestety już mnie tak bardzo nie ujmuje i nie znajduje tu sobie, aż tyle dobrego by powrać i słuchać całości od deski. Oczywiście "Dartmoor 1912", "Seeding and Horse vs. Car"," Plowing" czy "No Man's Land", oferują wiele, nie małych wrażeń, ale od Johna chce i wymaga się jednak więcej. Muzyka nieco za typowa, ale dobry to score, bogaty w ładne tematy i emocje, a to liczy się najbardziej. 4 z małym minusem. Jako całość, TinTin bardziej mnie przekonuje.
Tomasz Goska 2012-01-18 10:10
Film obejrzany. Cóż, po raz kolejny ugruntowałem się w przekonaniu, że tylko Spielberg potrafi zrobić wspaniały film o niczym. :) Te 2,5h chłonie się niesamowicie przyjemnie i wcale nie przeszkadza, że głównym bohaterem opowiadania jest koń. Niesamowicie dużo emocji - jak to u Spielberga. Wiadomo, trochę przekłamanych miejscami, ubarwionych, ale znajdujących zrozumienie u odbiorcy. Cieszy fakt, że efekty specjalne i wszelkiego rodzaju batalistyka miały tu charakter czysto utylitarny. Reżyser nie szaleje z techniką dając opowieści największe pole do popisu. We współczesnym kinie to wielka rzadkość, tym większe uznanie dla Stevena. I choć wyraźnie widać, że kończą mu się pomysły, to jednak dalej otrzymujemy wspaniałe pierwszoligowe rzemiosło filmowe. Muzyka? John jak zwykle pokazuje klasę. Ten koleś w ciemno napisałby "czwórkowy" score! Znając płytę od podszewki przeżywałem ją w filmie jak coś niesamowitego - dodatkowy bodziec sterujący moimi emocjami. Kilka razy aż łezka się w oku zakręciła. Cała sekwencja końcowa zasługuje na najwyższe uznanie, choć przyznam że sporym zaskoczeniem było dla mnie "No Man's Land", które w filmie (w scenie ramatycznej ucieczki Joey'a przez pole bitwy) robi KOLOSALNE wręcz wrażenie. Mea culpa. Nie doceniłem tego prostego wydawać by się mogło utworu. Jeżeli John Williams się kończy, jak to niektórzy twierdzą, to robi to w wielkim stylu. ;)
mike 2012-01-25 06:50
A kiedy pan Stroiński film obejrzy?
Paweł Stroiński 2012-01-25 11:23
Na dniach.
Paweł Stroiński 2012-02-03 00:21
Tekst już uzupełniony.
dziekan 2012-02-03 15:06
Dziękujemy :P
bladerunner22 2012-02-09 12:58
Świetna recenzja, film obejrzany , niepotrzebne te dłużyzny, masa dialogów , ale Steven tak potrafi kota ogonem obrócić i wychodzi nam z tego solidne rzemiosło z momentami. Kilka scen jest doprawdy rewelacyjnych. Tu dla przykładu niech posłuży Pojednanie niemiecko-brytyjskie w sprawie zaplątanego w drut konia. Warto wspomnieć również o bohaterze dugiego planu : gęsi. Uwielbiam ją. No, ale do rzeczy : świetne zdjęcia i ujęcia, końcowe pół godziny gra na emocjach. Muzycznie jest tak trochę nierówno, początek świetny, potem długo długo nic, ale końcowa scena z załączającym się trackiem Remembering Emilie, and Finale i momentem wejścia fortepianu to najlepsze co w kinie widziałem, zarówno filmowo jak i muzycznie od bardzooooo długiegooo czasuuu . Miodzio i orzechy arachidowe . Tylu letni Williams piszę takie rzeczy, to jest naprawdę niemożliwe. Zasłużona nominacja od oscara. :) A War Horse staje się tym samym jednym z moich ulubionych ostów Johna Williamsa. To tak naprawdę kolejny przykład na to, żeby nie skreślać kompozytorów zbyt wcześnie. Bez bicia się przyznam, że sam tak robiłem i to nawet w przypadku Johna :P. Mieliśmy już przykład Hornera i jego Avatara :), teraz mamy Tintina i War Horse. 4/5
michael 2012-02-16 19:16
W TOPce Williamsa jest straszna pomyłka.
michael 2012-02-18 09:01
Dzięki za poprawkę. Komentarze stąd i pod TOPką można usunąć :)
bladerunner22 2012-07-25 16:14
, ale , że co ? jak dla mnie ta praca mieści się w top 10 Williams ;)
Mieszko 2014-04-11 18:45
Jeden z najgorszych obrazów w dorobku Stevena Spielberga. Sześć nominacji do Oscara, w tym za najlepszy film?! Żenada! ŚMIECHU WARTE!!! Obraz tak przewidywalny, naiwny, głupi, niezamierzenie zabawny (sekwencja z wiatrakiem) i nudny, że aż żal patrzeć. KICZ, CHAŁA i DNO!!! Aktorstwo KOSZMARNE (FATALNY występ Jeremy'ego Irvine'a)! Zawodzą też zdjęcia. Skoro Janusz Kamiński otrzymał za nie nominację, to powinien w takim układzie mieć statuetkę za "Motyla i skafandra"! A jak John Williams? Dziecinny, zachowawczy, bez pazura i bardziej serialowy niż filmowy. Dodatkowo dwie bezczelne wręcz kopie z "Piratów z Karaibów", a jeden z tematów jest zwykłą zrzyną z... "Dr. Quinn"! Tragicznie może nie, ale brakuje tutaj werwy i wigoru (daleko do soczystego brzmienia z "Wyznań gejszy").
Mieszko 2014-04-12 11:51
Poprawka z mojej strony... Miało być za "Motyla i skafander".
Feniks 2020-09-01 09:18
Czasem mam wrażenie, że recenzje tutaj pisze generator tekstów. Czytam, czytam, nagle - WTF??? "No Man's Land, Dartmoor, 1912 i The Homecoming na pewno należą do najlepszych utworów tego roku i na pewno są jednymi z najmocniejszych kandydatów w tej kategorii. " Kandydatów do czego, przepraszam? Poświęćcie chwilę na krytyczną redakcję.

War Horse (Czas wojny)

Kompozytor:

  • John Williams

Dyrygent:

  • John Williams

Orkiestrator:

  • Eddie Karam

Soliści:

  • Louise di Tullio (flet)
  • Tim Morrison (trąbka)

Wydawca:

  • Sony Classical (2011)

Producent:

  • John Williams

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2021 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie