Szukaj: w


recenzje

Adventures of Tintin, the (Przygody Tintina)


O tym, że Przygody Tintina oraz zbliżający się wielkimi krokami War Horse będą soundtrackowym wydarzeniem sezonu, wiadomo było od momentu, gdy premiery obu filmów oficjalnie zaplanowano na koniec 2011 roku. Mimo chłodno przyjętej przed trzema laty Kryształowej Czaszki, powrót Johna Williamsa wyczekiwany był w środowisku z olbrzymią niecierpliwością - Tintin otwierać miał nowy muzyczny cykl, zwiastował multum świeżego materiału (którego czwartej odsłonie przygód Indiany Jonesa zdecydowanie brakowało), a także - co istotne - miał być utrzymany w radosnym, przygodowym stylu, który zdobył kompozytorowi najwięcej fanów.

Czy kilkuletni urlop od kina wyszedł Williamsowi na dobre? Trudno na to pytanie odpowiedzieć, ale z pewnością siły twórcze Amerykanina nie opuściły. Przede wszystkim, Tintin jest chyba najbardziej integralną tematycznie ścieżką Williamsa od czasu Mrocznego widma. Przez te kilkanaście lat kompozytor w swoich pracach z gatunku przygody i fantastyki odchodził od konstrukcji przenikających się, wszechobecnych lejtmotywów, czy to na rzecz pojedynczego, silnego tematu bądź tematów typowo scenicznych (Atak klonów, Zemsta Sithów, w dużej mierze również pierwsze dwie części Harry'ego Pottera), czy też na rzecz tematyki rozbudowanej, ale nie połączonej wzajemnie bogatszą myślą przewodnią (Więzień Azkabanu, Królestwo Kryształowej Czaszki). Pod tym względem Tintin stanowi formalny powrót do klasycznej, williamsowskiej narracji, tematy bowiem współgrają tu na przestrzeni całej niemalże ilustracji, i to w tak licznych mutacjach, że identyfikacja każdego z nich jest wysiłkiem wymagającym nie tylko uważnego seansu w kinie, ale również wielokrotnych przesłuchań albumu.

Tak wysoka spójność tematycznej palety, ewoluującej już od otwierających taktów pierwszego utworu, jest we współczesnej muzyce filmowej zjawiskiem niemal zupełnie niespotykanym i ręce same składają się do oklasków nad maestrią Williamsa w ogarnięciu i połączeniu wszystkich tych pomysłów (gdyby notować na kartce każde pojawienie się tematów, okazałoby się pewnie, że zajmują jakieś 80% ścieżki, rzecz niesłychana jak na dzisiejsze standardy). Nie mogę się przy tym wciąż nadziwić ilustratorskiej przenikliwości kompozytora, który po tylu dekadach aktywności cały czas potrafi zaskoczyć nieoczekiwanym zestawieniem audiowizualnym - tutaj w moim prywatnym rankingu prym wiedzie przywołanie podkładu muzycznego z bitwy morskiej pod walkę dwóch dźwigów (The Crash of the Cranes), jak gdyby pojedynek na szpady powiększono do skali makro i zmieniono w starcie dwóch żelaznych, gigantycznych wysięgników.

Zbędnym jest chyba obawianie wszystkich motywów z osobna. Z kronikarskiego obowiązku warto wspomnieć o najbardziej prominentnym i najlepszym chyba temacie Jednorożca, który prowadzi film od pierwszej sceny aż po napisy końcowe, kreując klasycznie williamsowskie, choć może już nieco staroświeckie wrażenie mistycznego majestatu oraz o całej sekwencji "pirackiej", na którą składają się spektakularny Sir Francis and the Unicorn, Red Rackham's Curse and the Treasure oraz - jako utwór koncertowy - The Adventure Continues. Twórca Gwiezdnych wojen naprawdę pięknie prowadzi narrację tej szczególnej, retrospektywnej sceny, która zresztą jest chyba najciekawszym momentem filmu Spielberga. Dwie kwestie są tu niezwykle ciekawe w szerszym kontekście gatunkowym: po pierwsze to, jak Williams tworzy na potrzeby tej jednej sekwencji muzyczny mikroświat, niby zakorzeniony za sprawą tematu Jednorożca w całości ścieżki, ale jednocześnie zupełnie unikalny, przemyślany lepiej niż wszystkie pozostałe utwory ilustracyjne (można w ogóle mieć małe pretensje do kompozytora, że po raz kolejny bardzo dobre poboczne tematy przypisał do jednej tylko sceny i zarzucił je w dalszej części narracji); po drugie, dużą frajdę sprawia obserwowanie, jak Williams radzi sobie z muzycznym słownikiem współczesnego kina pirackiego - tam gdzie w zimmerowskich Piratach z Karaibów formuła ludowego jigu służy tylko ilustracyjnej farsie, w filmie Spielberga przekształca się ona w klasycyzujące scherzo i niesie ze sobą nie tylko subtelny odcień dowcipu (wyczuwalny zwłaszcza w transformacjach, jakim temat ulega w The Adventure Continues), ale również solidną dawkę dramaturgii i ekscytacji. Który to już raz John Williams przy pomocy znanych wszystkim klocków reinterpretuje zastaną konwencję?

Tintin nie jest jednak, co zresztą oczywiste, pozbawiony tradycyjnych williamsowskich manieryzmów. W warstwie konceptualnej tkwi kluczowy problem ścieżki, gdyż mimo wielu interesujących, całkiem świeżych jak na 80-letniego kompozytora rozwiązań, kreacja muzycznego świata dla nowej serii filmowej przebiega tu nad wyraz nieśmiało. I choć słychać duży entuzjazm(z coraz większym trudem krzesany przy ostatnich częściach Star Wars i Indiany Jonesa), z jakim Williams podszedł do nowego materiału , to trudno pozbyć się wrażenia, że tak kompozytor, jak i reżyser, stali się zakładnikami swojej przygodowej konwencji, a filmowy Tintin to po prostu wariacja perypetii najsłynniejszego kinowego archeologa, tak jak oryginalnie Indianę wzorowano pośrednio na komiksie Hergé. Podejście do Tintina bowiem, choć przefiltrowane przez współczesny styl Williamsa (Prokofiew i Szostakowicz kłaniają się częściej, aniżeli kiedyś Holst i Wagner), akcentuje te same rozwiązania stylistyczne, co Poszukiwacze zaginionej arki oraz ich sequele. Pomijam już fakt, że taki The Flight to Bagghar wraz z tematem egzotycznej lokacji mogłyby spokojnie stanowić odrzut z Ostatniej krucjaty - żałuję raczej, że tak mało uwagi poświęcono europejskiemu pochodzeniu głównego bohatera.

Punktem wyjścia mógłby być błyskotliwy utwór otwierający płytę, który wręcz wyśmienicie komponuje się z animowaną sekwencją napisów tytułowych. Progresywny jazz Williamsa (nikt tak nie pisze w dzisiejszym Hollywood) pasuje jak ulał do specyficznego klimatu czasów, w jakich Hergé rysował swoje komiksy i w jakich Tintinowi przyszło działać - ta niezwykła mieszanka przygody i europejskiej odmiany atmosfery noir, w połączeniu z malowniczymi obrazami przedwojennej Brukseli mogły stać się doskonałym punktem wyjścia dla zbudowania muzycznej sygnatury całej serii. Tymczasem poza The Adventures of Tintin, mało frapującym tematem Thompsona i Thomsona oraz uroczym, ale tylko pastiszowym The Florence Nightingale, jazzująca stylistyka ginie gdzieś w tle bardzo dobrej, ale konwencjonalnej symfoniki. 30 lat temu Poszukiwacze zaginionej arki mogli składać hołd hollywoodzkiej muzyce Złotej Ery, ignorując przy tym klimat jazzującej Europy i inne kwestie "okołosymfoczne"; w 2011 roku taki sam zabieg ze strony tych samych twórców brzmi nieprzekonująco. 30 lat temu Indiana Jones był na tyle interesującą i bogatą postacią, że wystarczył jeden genialny temat, by w przeciągu trzech minut oddać dowcip, heroizm, determinację i romantyzm bohatera; w 2011 roku Tintin jest postacią tak nudną i jednopłaszczyznową, że w oparciu o scenariusz nie dało się stworzyć dla niego rozbudowanej, tematycznej sygnatury - wystarczyć musi prosty (choć znakomity) przygodowy motywik, który nie może udźwignąć atmosfery i specyfiki serii. Zastąpić temat tytułowego bohatera w tej kwestii mogłaby odważniejsza, muzyczna definicja filmowego świata. Tej niestety, za wyjątkiem sekwencji pirackiej, trudno przypisać wystarczającą autonomiczność w stosunku do wcześniejszych przygodowych prac Williamsa, więc w rezultacie Tintin nie może jako wprowadzenie do trylogii walczyć o maksymalną notę.

Oceniając jednak rolę muzyki w filmie, można odetchnąć z ulgą, gdyżTintin nie idzie ścieżką niektórych "dokonań" tandemu Lucas-Spielberg z minionej dekady. Nie ma tu prymitywnego przeklejania gotowych utworów, kaleczącego ilustracje Williamsa do prequeli Star Wars, nie ma też - w zasadzie - szczątkowego i bezpodstawnego wmontowywania tematów, jak to miało miejsce z The Adventures of Mutt w czwartym Indianie. W przypadku Tintina czuć, iż jest to ścieżka, której funkcja narracyjna została przemyślana od początku do końca i nie stała się ofiarą postprodukcyjnych perturbacji. Cały film jest zilustrowany bardzo gęsto (na szczęście bardziej na modłę kina animowanego niż przytłaczającej, przeszarżowanej Komnaty Tajemnic) i w ogólnym rozrachunku końcowy rezultat należy uznać za sukces. Jedynym poważniejszym zarzutem co do funkcji ilustracyjnej ścieżki jest trochę przesadna i archaiczna pedantyczność Williamsa w przywoływaniu poszczególnych tematów - mowa głównie o tematach Snowy'ego oraz Thompsona i Thomsona, których wciąż te same fragmenty przywoływane są w trochę topornej, kreskówkowej manierze, ilekroć któryś z bohaterów pojawi się na ekranie. Podobny problem mógłby tyczyć się również tematu Haddocka, ale ten, w odróżnieniu od obu powyższych, ulega w toku ścieżki istotnym przeobrażeniom, które "maskują" jego ciągłą obecność. Oczywiście nie jest to wada w kontekście całości dotkliwa, raczej wada nieodłącznie związana ze specyfiką soundtracków opartych na lejtmotywice (nawet Howard Shore przed dziesięcioma laty wpadał miejscami w tę samą pułapkę podczas swojej podróży po tolkienowskim Śródziemiu), niemniej w przypadku kompozytora o takiej pozycji, jak John Williams, wszelką łopatologię i próby pójścia na łatwiznę trzeba piętnować.

Już nie jako słabość, ale jako zobrazowanie różnicy między klasycznymi ścieżkami do Indiany a Tintinem, należałoby uznać muzykę akcji. Tintin bowiem w tym względzie nie cechuje się jakimś szczególnie ciekawym konceptem - przy całej technicznej maestrii, kompozytor podąża po prostu grzecznie za kolejnymi klatkami filmu i ani na chwilę nie wybiega w przyszłość - akcja jest ekscytująca, ale skrajnie ilustracyjna, niepodporządkowana żadnej idei przewodniej. Kusi powiedzieć, że nie jest to w gruncie rzeczy nic złego na polu muzyki filmowej, ale gdy porówna się pościg motocyklowy z Ostatniej Krucjaty (Scherzo for a Motorcycle and Orchestra) z pościgiem motocyklowym z Tintina (The Pursuit of a Falcon) to łatwo dostrzec, że oba te utwory dzieli koncepcyjna przepaść. The Pursuit... jest oczywiście utworem bardzo udanym (pomysłowe są szczególnie partie na aerofony, ilustrujące lot sokoła, czy "arytmizujący" akcję fragment szarpanych smyczków i rwanych fraz na sekcję dętą), niemniej po Williamsie, który zawsze tak wspaniale domyka poszczególne sceny zwartymi muzycznymi ideami, można by się spodziewać czegoś bardziej wyrafinowanego - vide Sir Francis and the Unicorn.

Podsumowując, John Williams po raz kolejny stanął naprzeciw olbrzymich oczekiwań i z pojedynku tego wyszedł połowicznie zwycięski. Pod wieloma względami Tintin to kompozycja, o jakiej młodzi następcy Amerykanina mogą tylko pomarzyć - konstrukcja warstwy tematycznej potrafi oszałamiać rozmachem, a nawet niepozorny, krótki temat tytułowego bohatera posiada niezwykły magnetyzm i komunikatywność, co niezbicie udowadnia, że Williams na polu tematyki jest wciąż niekwestionowanym autorytetem. Tym, co trudniej w Tintinie bronić jest rola ścieżki jako inicjatorki nowej serii. Przypomina się kazus Komnaty Tajemnic, która była nawet bardziej konwencjonalna i schematyczna, ale którą ciągnął - i robi to po dziś dzień - wielki hit, jakim okazał się temat Hedwigi. Tintin pod wieloma kwestiami jest lepszy i ciekawszy od tamtej ścieżki, ale zabrakło kropki nad i pod postacią jakiejś muzycznej sygnatury - zwłaszcza stylistycznej. Autonomicznie jednak ilustracja ta wypada bardzo pozytywnie; oczywiście można dyskutować, czy aby propozycje Powella, Giacchino czy Howarda nie były w ostatnim czasie bardziej ekscytujące i nie sprawiały więcej frajdy - nie ulega jednak wątpliwości, że Tintin jest najinteligentniejszą ścieżką przygodową od wielu, wielu lat.



Autor recenzji:  Marek Łach
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1.  The Adventures of Tintin (03:04)
  • 2.  Snowy's Theme (02:10)
  • 3.  The Secret of the Scrolls (03:13)
  • 4.  Introducing the Thompsons and Snowy's Chase (04:08)
  • 5.  Marlinspike Hall (03:59)
  • 6.  Escape from the Karaboudjan (03:21)
  • 7.  Sir Francis and the Unicorn (05:05)
  • 8.  Captain Haddock Takes the Oars (02:17)
  • 9.  Red Rackham's Curse and the Treasure (06:10)
  • 10.  Capturing Mr. Silk (02:58)
  • 11.  The Flight to Bagghar (03:33)
  • 12.  The Milanese Nightingale (01:30)
  • 13.  Presenting Bianca Castafiore *(03:28)
  • 14.  The Pursuit of the Falcon *(05:43)
  • 15.  The Captain's Counsel (02:10)
  • 16.  The Clash of the Cranes (03:48)
  • 17.  The Return to Marlinspike Hall and Finale (05:51)
  • 18.  The Adventure Continues (02:58)
Czas trwania: 65:26
Komentarze
Mefisto 2011-11-09
20:56
Łachu ostatni w reckowym wyścigu, ale wychodzi zeń zwycięzko - dobry tekst.
czoug 2011-11-09
21:14
No, Łachu pokazał że jest lepszy od Williamsa.
Mystery 2011-11-10
17:08
Geniusz...... recenzja, choć może bardziej analiza ;) Oczywiście zgadzam się z wszystkimi przedstawionymi tu tezami, ze zbytnią amerykanizacją europejskiego bohatera, przenikających się lejtmotywach, ich aranżacjach, działającym, acz nie do końca satysfakcjonującym temacie TinTina oraz jego spuścizną na kolejne części i jeszcze z wieloma innymi rzeczami, znakomicie tu wymienionymi i przedstawionymi. Szacuneczek.
Wawrzyniec 2011-11-12
10:47
Chociaż nie z wszystkimi tezami i argumentami się zgadzam, to muszę przyznać, że recenzję tę czytało się naprawdę dobrze. I z oceną końcową nie pozostaje mi nic innego, jak się zgodzić.
Wojtek 2011-11-13
23:30
Świetna muzyka, Williams nie zawodzi
bladerunner22 2011-11-16
19:37
cudowna muzyka, pełna niebanalnych pomysłów i wigoru. Dla mnie Top 5 Williams.
Wawrzyniec 2011-11-17
10:08
A tak przy okazji to zapraszam do lektury bo moja recenzja jest również naprawde profesjonalna i zresztą sami sie przekonacie w jakiej jestem obecnie formie :) :http://muzykafilmowa.pl/recenzja,516,adventures-of-tintin-the-the-secret-of-the-unicorn.html
Jacek 2013-08-02
09:05
Skąd pochodzi informacja na temat orkiestratorów w tej recenzji? Ostatnim projektem Neufelda był Terminal z 2004 r, a w napisach końcowych jasno jest napisane: "orchestrations by Eddie Karam".
jim 2014-02-20
16:01
Pare dni temu kupiłem ten soundtrack i nie zaluje wydanych pieniedzy:)Williams w znakomitej formie
Mieszko 2014-04-09
16:05
Złej passy Stevena Spielberga ciąg dalszy... Marny film, który posiada jedynie dwa atuty: psa i jedną pomysłowo nakręconą scenę pościgu. Z kolei oscarowa nominacja za score dla Johna Williamsa jest za samo nazwisko. Naprawdę niesłychaną rzecz udało się tu napisać, mianowicie ponadgodzinną ilustrację o... niczym!!! Żadnego charakterystycznego tematu! To praca dla nie wiadomo kogo (chyba samego siebie). Nie mogę pojąć, jak można chwalić muzykę tak nieudaną, a krytykować "Lincolna".

Adventures of Tintin, the (Przygody Tintina)

Kompozytor:

  • John Williams

Dyrygent:

  • John Williams

Orkiestrator:

  • Conrad Pope
  • John Neufeld

Wydawca:

  • Sony Classical (2011)

Producent:

  • John Williams

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie