Szukaj: w


recenzje

Black Swan (Czarny łabędź)


Zwyczajem stało się już, że gdy Darren Aronofsky podejmuje jakiś projekt, do skomponowania oprawy muzycznej zatrudniony zostaje Clint Mansell. Wieloletnia współpraca między tymi dwoma artystami zaowocowała kilkoma dobrymi partyturami, wśród których przynajmniej jedna, Requiem dla snu, zyskała sobie status kultowej. Niemniej każda z tych kompozycji charakteryzowała się oryginalnym pomysłem, nie mniej ciekawym wykonaniem i przede wszystkim bardzo przystępną treścią, mogącą śmiało rywalizować o względy przeciętnego, nie zanurzonego w otchłani muzyki filmowej, słuchacza. Co zmienia się w przypadku najnowszego dzieła Aronofsky'ego, Czarny Łabędź? Niewiele.

Ideą, która od samego początku przyświecała produkcji, było przeszczepienie elementów baletu Czajkowskiego na wydarzenia dziejące się w filmie... Właściwie w głowie głównej bohaterki, Niny Sayers, która owładnięta demonem perfekcjonizmu przejść musi bolesną transformację z ugrzecznionej dziewczynki w pewną siebie kobietę, wszystko po to, aby idealnie odegrać swoją rolę na scenie. Nieodzownym elementem tej transformacji miała być muzyka rosyjskiego klasyka – słynny balet „Jezioro Łabędzie”, które ipso facto stało się punktem wyjścia w pracy kompozytora. Można powiedzieć, że Czajkowski już na starcie „odfajkował” za niego połowę roboty. Cóż to za problem zaadaptować highlighty ze słynnego baletu, dorzucić do tego kilka aranżacji i cieszyć się z przelewanej na konto gotówki? Ten, kto nie widział filmu zapewne tego nie zrozumie. Nie chciałbym urabiać Mansella na mistrza ilustracji – geniusza, który doskonale rozumie kino, ale swoim podejściem do Czarnego Łabędzia udowodnił, że nie jest tylko zwykłym obcinaczem kuponów. Może nie stworzył tematu na miarę Requeim dla snu i nie zaskoczył liryką oraz pomysłem tak jak w Źródle, ale z pewnością zrozumiał to, co reżyser filmu chciał pokazać swojej publice.

Wydany przez Sony Music, soundtrack, w niewiele ponad pięćdziesięciominutowym skrócie prezentuje to, co najistotniejsze w muzyce Mansella... Dziwnie mówić tu o Mansellu jako o osobie odpowiedzialnej za całość, w momencie, gdy w tle rozbrzmiewa nam otwierający krążek temat Łabędzia z oryginalnego baletu. Melodia ta staje się wizytówką Niny, a zarazem głównym tematem partytury, po którą kompozytor sięgnie jeszcze nie raz. Klasyczny charakter oryginalnej partytury Czajkowskiego został jak najbardziej zachowany i wszystkie tematy przez niego napisane mienią się pełnią barw i emocji, jakie rosyjski mistrz odzwierciedlił w swoim dziele. Zamknięcie się tylko i wyłącznie w obrębie tych „klasycznie” zarysowanych dźwięków byłoby jednak fatalnym w skutkach błędem. Clint Mansell nie omieszkał rozciągnąć tego wszystkiego na trochę bardziej skomplikowaną naturę głównej bohaterki, Niny. Swoistego rodzaju kontrastem jest zatem zaszczepianie do fragmentów partytury Czajkowskiego ambientowych tekstur, a także solówek fortepianowych i licznych sampli. Te drobne akcenty, oprócz tego, że nadają całości bardziej smutnego, melancholijnego wręcz wydźwięku, racjonalizują postać młodej baletnicy w oczach odbiorcy filmu – współczesnego widza, którego emocje pobudzane mają być w nieco inny sposób, aniżeli osoby zasiadającej na widowni w operze. Brak kontekstu filmowego może wpłynąć na pojawienie się poczucia znużenia mniej więcej w połowie słuchania albumu. Warto jednak uzbroić się w cierpliwość i wytrzymać ten drobny kryzys, gdyż finał jest naprawdę spektakularny!

W miarę postępujących w głowie bohaterki zmian, zmienia się również podejście kompozytora do melodyki. Pojawia się zdecydowanie w warstwie brzmieniowej – liczne dysonansy w obrębie muzyki akcji i samplowane metaliczne uderzenia. Nawet klasyczne fragmenty poddane zostają wielu korektom mającym na celu stworzenie wiarygodniejszej ilustracji. Doskonałym przykładem jest chyba scena finałowa, która począwszy od utworu Night of Terror wykłada nam całą idee tego, co popełnić chciał kompozytor – pogodzenia czystej dramaturgii dzieła Czajkowskiego ze studium nad strachem i emocjami targającymi Niną. Im bardziej bohaterka zagłębia się w odmęty własnych urojeń, tym bardziej muzyka staje się niespokojna. Moment pojawienia się na scenie tytułowego Czarnego Łabędzia stanowi kulminację tych zabiegów i ważny punkt ścierania się ze sobą tych dwóch wydawać by się mogło skrajnych stylistyk i natur brzmieniowych. Wspaniałym zwieńczeniem tego wszystkiego i przysłowiową wisienką na torcie soundtracku jest utwór Perfection.

O ile film rozgrzesza w zupełności poczynania Mansella, album soundtrackowy postrzegany może być jako festiwal kontrastów. Nie do każdego ten kontrast ma prawo przemówić. Muszę przyznać, że dosyć dużo czasu zajęło mi oswojenie się z krążkiem i nie bez pomocy filmu, który zupełnie zmienił moje wyobrażenie na temat partytury do Czarnego Łabędzia. Jest ona zatem dziełem niebanalnym, ale wymagającym silnego bodźca w postaci filmu Aronofsky'ego.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1.  Nina's Dream (02:48)
  • 2.  Mother Me (01:06)
  • 3.  The New Season (02:39)
  • 4.  A Room of Her Own (01:56)
  • 5.  A New Swan Queen (03:28)
  • 6.  Lose Yourself (02:08)
  • 7.  Cruel Mistress (03:29)
  • 8.  Power, Seduction, Cries (01:42)
  • 9.  The Double (02:20)
  • 10.  Opposites Attract (03:45)
  • 11.  Night of Terror (08:01)
  • 12.  Stumbled Beginnings... (03:51)
  • 13.  It's My Time (01:30)
  • 14.  A Swan Is Born (01:38)
  • 15.  Perfection (05:44)
  • 16.  A Swan Song (for Nina) (06:23)
Czas trwania: 52:27
Komentarze
Tomasz Goska 2011-06-11 18:07
W tym problem, że Mansell miał być tylko spoiwem łączącym balet Czajkowskiego z tym co się dzieje w głowie bohaterki. Nawet reżyser udzielając instrukcję mówił (z tego co słyszałem), żeby Clint kładł większy nacisk na Czajkowskiego, niż na własną interpretację obrazu. Właściwie Mansella ograniczyli tylko do ilustracji - tworzenia ambientowych tekstur i kreowania elementu grozy. Zarzuty względem niego, że nie pokazał nic od siebie są w tym przypadku bez sensu. :) Osobiście spoglądam na tę partyturę bardziej pod kątem aranżacji i tworu przenoszącego XIX-wieczny balet w jeden z problemów XXI wieku - zatracania się w tym co się robi. Tak jak w recenzji napisałem, gdyby Mansell poszedł w stylistykę Czajkowskiego i zrobił aranże na modłę tego wielkiego baletu, mielibyśmy niewątpliwe kupę, która do filmu by się zupełnie nie kleiła.W takich przypadkach jak ten, kontekst filmowy ma chyba zasadnicze znaczenie.
Mystery 2011-06-12 16:01
Jako muzyka filmowa spisuje się kapitalnie i chyba o to chodzi. Co do krążka, to wolę sobie zapuścić oryginał, co polecam wszystkim, którym spodobała się ta muzyka :)
Mieszko 2013-08-17 14:39
Jeden z najlepszych filmów i jedna z najciekawszych ścieżek dźwiękowych 2010 roku. Po raz kolejny nominacja do Oscara (w pełni zasłużona) przeszła Clintowi Mansellowi koło nosa.
Paweł Stroiński 2013-08-17 16:12
Nie przeszła koło nosa, co minęła go obwodnicą... Akademia odrzuciła Mansellowi samą możliwość nominacji (score uznano za "ineligible", niewybieralny) ze względu na rolę, jaką w muzyce odgrywa Czajkowski. Uznano po prostu, że za dużo tu Czajkowskiego, a za mało Mansella.
Mieszko 2013-08-17 21:42
Słyszałem o tym. Po prostu użyłem w miarę łagodnego określenia. Decyzję Akademii uważam za skandaliczną. Mam nadzieję, że nie tylko ja.
DanielosVK 2013-08-17 22:10
Były lepsze score'y w tamtym roku.
Mieszko 2013-08-17 23:43
W 2010 roku było kilkanaście ścieżek dźwiękowych, które prezentowały poziom słuchalności co najmniej porównywalny z "Black Swan". Nie należały do nich jednak takie "cuda", jak "The Social Network" (Oscar kosztem "Incepcji"?!), "How To Train Your Dragon" i "The King's Speech". Nie powinny być one w ogóle nominowane. Bardzo dobrze, że zauważono Rahmana ("127 Hours"). Co pominięto? "Alice in Wonderland" Danny'ego Elfmana (zasłużona nominacja do Złotego Globu), "Fair Game" Johna Powella, "Harry Potter and the Deathly Hallows: Part 1" i "The Ghost Writer" Alexandre'a Desplata, "Never Let Me Go" Rachel Portman, "Prince of Persia: The Sands of Time", "The Town" i "Unstoppable" Harry'ego Gregsona-Williamsa, "Remember Me" Marcelo Zarvosa, "Robin Hooda" Marca Streitenfelda, "The American" Herberta Gronemeyera, "The Last Airbender" Jamesa Newtona Howarda, "The Sorcerer's Apprentice" Trevora Rabina, "The Way Back" Burkharda Dallwitza, "Tron: Legacy" Daft Punk. Wymieniłem chyba wszystko. Mając do wyboru tyle ciekawych propozycji (różnych gatunkowo) Amerykańska Akademia Filmowa musi wyróżniać akurat to, co nie trzeba. Niepojęte!
Mieszko 2013-08-18 00:14
Do swojej listy dodałbym jeszcze "Oceans".
DanielosVK 2013-08-18 00:30
Oceans, The Ghost Writer, The Last Airbender - zgoda (choć to ostatnie nie ma prawa bytu w filmie). Co do reszty - chyba wolę już nominacje Akademii... :D
Mieszko 2013-08-18 02:01
Co Tobie się konkretnie nie podoba w pozostałych ścieżkach dźwiękowych?

Do tej recenzji istnieje jeszcze 9 komentarzy. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
Black Swan (Czarny łabędź)

Kompozytor:

  • Clint Mansell

Dyrygent:

  • Matt Dunkley

Orkiestrator:

  • Matt Dunkley

Soliści:

  • Simon Chamberlain (fortepian)
  • Rolf Wilson, John Bradbury, Timothy Fain (skrzypce)

Wydawca:

  • Sony Music (2011)

Producent:

  • Clint Mansell
  • Darren Aronofsky

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie