Szukaj: w


recenzje

Edge, The (Lekcja przetrwania)


Kolejny po "The Ghost and the Darkness" wyśmienity film przygodowy z muzyką Jerry Goldsmitha. Podobnie jak w przypadku wcześniejszego o rok obrazu o lwach-zabójcach, tak i produkcja Lee Tamahoriego opowiada o zmaganiach człowieka z naturą, tym razem w dzikich ostępach Alaski. "Lekcja Przetrwania" jednakże, rozwija ów schemat o kilka dodatkowych wątków: konfliktu dwóch głównych bohaterów o jedną kobietę oraz starcia cywilizacji z dziczą. Wsparty monumentalną ścieżką dźwiękową Goldsmitha film doskonale oddaje konfrontację z siłami przyrody, czego zwiastunem jest już otwierająca sekwencja lotu na tle ośnieżonych szczytów Ameryki Północnej. Sukcesywne przeplatanie tradycyjnych scen akcji z malowniczymi ujęciami górskich krajobrazów, podobnie jak to miało miejsce w przypadku zdjęć sawanny w "Duchu i Mroku", kreuje uczucie osamotnienia i respektu wobec potęgi natury. Bardzo wciągający kawałek kina. Umieszczenie akcji na tak pięknym terenie stanowiło oczywiście dla Goldsmitha nie lada okazję, by mógł on po raz kolejny, opisując tym razem dziewiczość terenów Alaski, sięgnąć po epickie środki wyrazu, czyli sprawdzony już wielokrotnie przepis: wyrazisty temat plus tło. Co i w przypadku "The Edge" zapewniło w pełni satysfakcjonujący efekt.

Nie jest to bynajmniej jeden z najmocniejszych punktów kariery Goldsmitha, choć niewątpliwie trudno "Lekcji Przetrwania" odmówić wysokiej jakości. Stanowi ona bardzo dobry, funkcjonalny score, wyśmienicie zespolony z filmem, a wszelkie jej teoretyczne słabości wynikają właśnie z kształtu przedsięwzięcia pana Tamahori. W odróżnieniu od "The Ghost and the Darkness", "The Edge" ma fabułę całościowo o wiele bardziej ograniczoną, dotyczy ona bowiem niemal wyłącznie trójki zaginionych w dziczy, nie pojawia się tutaj żaden istotny bohater zbiorowy. Fakt ów jest główną przyczyną monotematyczności kompozycji Goldsmitha, zbudowanej wokół jednego, niezwykle mocnego i słuchalnego tematu głównego, a jednocześnie ściśle podporządkowanej akcji obrazu w pozostałych fragmentach. Założenia reżysera partytura ta spełnia perfekcyjnie. Wyśmienicie wpisuje się w tempo filmowych wydarzeń, a co dla Tamahoriego zapewne istotniejsze, nie wykazuje tendencji do dominacji nad nimi. Jedynie w standardowo zilustrowanych tematem przewodnim scenach podróży poprzez dzikie ostępy Goldsmith pozwala sobie na zwiększenie natężenia kompozycji, czyniąc muzykę równorzędną partnerką dla imponujących ujęć gór Alaski.

Wspominany wciąż temat główny to jedno z licznych świadectw potęgi stylu zasłużonego kompozytora i bez wątpienia jedno z jego najlepszych dokonań lat 90-tych. Przepiękna (choć wywołująca lekkie skojarzenia z wcześniejszym o parę lat "Powderem"), podniosła i wyrazista melodia rozpisana na rogi i smyczki, wzbogacona krótkim czteronutowym motywem drugorzędnym - o którym za chwilę - buduje indywidualizm muzyczny filmu Tamahoriego, dodaje majestatu i splendoru wspomnianym sekwencjom lotu i podróży, w połączeniu z obrazem jawiąc sie jako prawdziwy majstersztyk. Temat ten w wielkim stylu zarówno otwiera, jak i zamyka film, choć z pewnością to pierwszy kontakt z nim w napisach początkowych robi największe, piorunujące wrażenie. Schematyczny? Rzeczywiście. Wzorcowy? Tym bardziej. Tak wzorcowy, że nie zawahał się wiernie (łącznie z obecnym tu sposobem rozpisania na orkiestrę) skopiować go Klaus Badelt kilka lat później w "Wehikule Czasu", osiągając również znakomity rezultat. Jest nieodłącznym elementem filmu, bez którego obraz w kluczowych poza-fabularnych scenach straciłby całą swoją siłę oddziaływania. Trudno jednocześnie określić go tylko i wyłącznie ilustracją podróży, działa on bowiem w różnych sytuacjach jak tradycyjny temat przewodni, czego przykładem jest intrygująca, wykonana w bardzo niskiej tonacji jego wersja pod koniec "The River", wykorzystana w momencie, gdy bohaterowie odkrywają, iż kręcą się w kółko. W przebiegu narracji zatem ma on kluczową rolę.

Znamienne jest również tło muzyczne tematu. Nieustannie głównej melodii towarzyszy dodatkowy, prosty, złożony z czterech nut motyw na lżejsze aerofony, wyraźnie wyeksponowany w 6-minutowym "Rescued", będący zapewne komentarzem dla dziewiczości terenów Alaski, gdyż pojawia się on już wyłącznie towarzysząc ujęciom przyrody. Bardzo dobrze pomyślany, niewinny jakby w swojej wymowie, poboczny, ale charakterystyczny. Złowrogi motyw dla niedźwiedzia prezentuje się dość niecodziennie. Krótkie, opadające glissando, najczęściej kilkukrotnie powtarzane dla wzmocnienia elementu napięcia, towarzyszy właściwie każdemu pojawieniu się na ekranie Grizzly i to właśnie ono ma za zadanie sygnalizować niebezpieczeństwo. W odróżnieniu jednak od najsłynniejszego chyba w historii kina motywu dla zwierzęcia-zabójcy - czyli "Szczęk" Johna Williamsa, Goldsmith swój wykorzystuje o wiele bardziej konwencjonalnie. Nie rozgranicza fałszywych alarmów od realnego zagrożenia, wszystkie sceny zwiastujące potencjalne pojawienie sę niedźwiedzia opisane zostały wspomnianym glissando, przez co kompozytor nie osiąga efektu psychologicznego pokroju wspomnianych "Jaws" sprzed 20 lat. Akcja brzmi również dość standardowo, choć pozostaje, jak to na Goldsmitha przystało, ekscytująca i pełna energii. Autor często sięga po mocny podkład perkusyjny (bębny), przywołujący lekko "The Wind and the Lion" z 1975 roku, nadający sekwencjom akcji lekko barbarzyńskiego brzmienia, zwłaszcza w połączeniu z silną grupą instrumentów dętych. Dramatyczne "The Ravine" i "Deadfall" są najlepszym świadectwem funkcjonalności tej idei orkiestracyjnej.

"The Edge" to zdecydowanie ścieżka jednego tematu, co w filmie absolutnie nie razi, w oderwaniu od niego jednak czyni płytę dość przeciętną pod względem słuchalności. Temat przewodni powraca co prawda w odpowiedniej liczbie aranżacji (choć w kinie było ich znacznie więcej) i z odpowiednią częstotliwością, nie może jednak sam zrównoważyć dużej ilości nudnawego, budującego napięcie underscore ("Stalking"). Krótki, trwający niecałe 40 minut album, został dodatkowo zakończony bardzo dziwną, jazzową wersją tego samego tematu, napisaną przez Goldsmitha w wolnym czasie po zakończeniu sesji nagraniowej. Niestety zbyt mocno kontrastuje ona z resztą materiału, by mogła w jakikolwiek sposób usprawniać odbiór emocjonalny płyty, wręcz przeciwnie - utrudnia go. Rozległe "Rescued" stanowiłoby o wiele lepszy finał, zgodny zarówno z akcją filmu, jak i jego tematyką. "Lekcja Przetrwania" jest bardzo dobrą partyturą przygodową, o oklepanym co prawda brzmieniu akcji i underscore, ale z cudownym, inspirującym tematem przewodnim, wyrażającym zachwyt i szacunek dla majestatu przyrody. W udanym filmie Tamahoriego to sceny z krwiożerczym Grizzly (przekonująca kreacja niedźwiedzia Barta) i właśnie dostojna kompozycja Goldsmitha wyróżniają się jakością. Rzetelna robota.

Autor recenzji:  Marek Łach
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
Czas trwania: 38:04
Komentarze
Eugeniusz Pierdzigrom 2005-11-05
12:49
No właśnie to jest przykład koszmarnej recenzji naczelnego tego portalu... Błąd za błędem i błędem pogania. Pełno mamy tu niedoróbek edytorskich: polskie litery, pozostałosci po znacznikach. No ale na dokładkę redaktor bombarduje nas zgniłym i miałkim stylem. Coś takiego nie przystoi recenznetowi profesjonalnego portalu. Sroiński miesza podmioty, pisze równoważnikami zdań, a najgorsze jest to, że nie ma w tym tekscie sensu. Po prostu paplanie. Recenzja musi mieć konstrukcję. Nie znam się na muzyce filmowej, ale wydaje mi się, że pisanie o czymkolwiek powinno mieć ręce i nogi. Tutaj tego brak.... Na całe szczęście zauważyłem pewną poprawe (The Pledge, Oliver Twist). Jeśli Paweł S. bedzie pisał takim stylem jak w tych ostatnich tekstach to może jeszcze zostanie profesjonbalistą. Oby. Bo wiedzę posiada, tylko że trzeba jeszcze potrafić ją przekazać. Jeśli bedzie płodził takie poziomkijak The Edge to ja idę na soundtracka czytać Remisia i Kryśińksiego (Którzy może nie posiadają takiej wiedzy jak pan Paweł, ale przynajmniej potrafią ją przekazać....) To tyle. Życze dalszego rozwoju. Wasz cichy wielbiciel: Geniek Pierdzigrom.
Tomasz Goska 2005-11-07
20:41
No właśnie to jest przykład koszmarnej recenzji naczelnego tego portalu...

Nie wiedziałem że mamy jakiegoś redaktora naczelnego na stronie. A to ci psikus! Czego się człowiek może dowiedzieć od czytelników...
Thedues 2005-11-07
21:06
a jaki zorientowany ten nasz gienek:D
Koper 2006-07-25
00:03
Fajny temat (ale wolę przeróbkę Badelta z "Wehikułu czasu" :D:D), poza tym niewiele ciekawego. Trochę nudnawy album.
Tomek 2006-07-25
08:25
Też się zgadzam. Taki standardzik goldsmithowski. Niby wszystko jest tak jak powinno, ale poza kapitalnym tematem przewodnim tak naprawdę nic więcej nie pozostaje w głowie po przesłuchaniu całości. Temat warto znać - reszta niekoniecznie.
tennese 2009-01-22
16:36
fenomenalna ścieżka dźwiękowa, genialny temat, nie prawda ze tylko on jest tu "najfajniejszy". Ci którzy znają muzykę maestro wiedzą ze inne utwory to cudo. Piękne tematy walki i zmagań z naturą, czysta poezja, świetnie się słucha, posiadam parę albumów mistrza i ten uważam za jeden z najlepszych. pozdrawiam

Edge, The (Lekcja przetrwania)

Kompozytor:

  • Jerry Goldsmith

Dyrygent:

  • Jerry Goldsmith

Orkiestrator:

  • Jerry Goldsmith, Alexander Courage

Wydawca:

  • BMG Music/RCA Victor (1997)

Producent:

  • Jerry Goldsmith

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie