Szukaj: w


recenzje

Robin Hood


Nowa ekranizacja legendy Robin Hooda z szumnie zapowiadanej wersji rewizjonistycznej zmieniła się w wersję kanoniczną i po hollywoodzku poprawną, choć odcinającą się w pewnym stopniu od filmów Curtiza czy Reynoldsa. Wśród wielu rozczarowujących elementów obrazu Scotta znalazła się niestety oprawa muzyczna, co również stanowi swego rodzaju zerwanie z tradycją - w poprzednich adaptacjach muzyka bowiem wielokrotnie zachwycała i prace Korngolda, Barry’ego czy Kamena słusznie wpisywały się w masową świadomość.

Przy kontakcie ze ścieżką Marca Streitenfelda pierwszym, co rzuca się w oczy, jest drażniące ubóstwo faktury muzycznej – były protegowany Zimmera minimalnymi środkami próbuje akcentować epikę, co niestety w przypadku tak młodego i mało doświadczonego kompozytora jest ryzykowne i po prostu się nie powiodło. Streitenfeld pewien pomysł na swój score miał, co automatycznie stawia go o klasę wyżej od popłuczyn Djawadiego i spółki do niedawnego Starcia tytanów, ale czy był to pomysł trafny albo konsekwentnie zrealizowany – można mieć uzasadnione wątpliwości.

Przede wszystkim kompletną porażką jest temat heroiczny, utrzymany w zimmerowskiej, anthemowej manierze, będący przejawem tego samego otępiającego anachromizmu, który kładł na całej linii takie prace, jak Król Artur, czy „historyczne” ilustracje Glennie-Smitha sprzed lat. Osobiście dziwi mnie, że tak uwrażliwiony na kreatywność muzyczną reżyser jak Ridley Scott, dopuszcza w swoim kinie prostackie wariacje Peacemakera czy Transfomersów - można wskazać, że i Gladiator, i Królestwo niebieskie również czerpały z wypracowanych przez byłe MV schematów akordowych, jednak Zimmera i Gregson-Williamsa cechowała przynajmniej pewna próba adaptacji, przeszczepienia klisz na nowy grunt. Gdyby natomiast temat Streitenfelda wymienić z tematami Jablonskiego do Transformers, treściowej czy brzmieniowej różnicy ciężko byłoby się dopatrzeć. Dziwi to tym bardziej, że w bardziej przebojowym, awanturniczym Siege ten sam temat prezentuje się, w odmiennej konwecji, o klasę lepiej.

Po drugie, od początku albumu słychać, że kompozytorowi pomysły wyjściowe starczyły dosłownie na ułamek całości. Otrzymujemy bowiem pseudoeteryczne fragmenty (Destiny, Pact Sworn in Blood) umiejscowione aż do znudzenia zgodnie z fabularną konstrukcją Gladiatora i Królestwa..., które może i kreują nastrój metafizyki dla ubogich, ale tak naprawdę nie przekazują słuchaczowi choćby jednej informacji o bohaterach, ich motywacjach czy uczuciach. Wśród wszystkich zarzutów stawianych młodym twórcom ze stajni RCP ta intelektualna i treściowa jałowość jest chyba zarzutem najbardziej bolesnym. Są wprawdzie u Streitenfelda utwory, które zdają się mieć ambitniejsze zadanie, niż wywoływanie u widza odruchów bezwarunkowych – lirykę w szczególności cechuje bogatsza emocjonalnie paleta brzmień (Walter’s Burial) – niemniej w przypadku kina epickiego banały trudno wybaczyć, tym bardziej, że sam kompozytor widział w filmie Scotta obraz przede wszystkim przygodowy. Gdzież więc ta przygoda, gdzie brawura?

Błędów Robin Hood posiada nawet więcej, co najgorsze kiksuje miejscami w samym filmie. Szczególnie nieudany jest w tej kwestii temat Godfrey’a, który właściwie bez żadnej istotniejszej wariacji powtarza się w trakcie seansu kilkukrotnie, wiecznie z tą samą łopatologiczną intensywnością (scena napiętej rozmowy między Godfrey’em a Marshallem jest przez tę oczywistość wręcz komiczna). Co prawda pewnej barwności dodają ścieżce elementy folklorystyczne (udana ilustracja Planting the Fields, czy pomysłowy Nottingham Burns), będące chyba najbardziej charakterystycznymi fragmentami score, niemniej trudno przyklaskiwać zwyczajnej, prostej do napisania imitacji tradycyjnych brzmień, tym bardziej, że jest to prędzej source music, aniżeli właściwa narracja dramatyczna. Jeśli zsumować te spostrzeżenia z ogólnym banałem stosowanych przez Streitenfelda rozwiązań (miałka aranżacyjnie batalistyka), pozostaje stwierdzić, że również jako muzyka filmowa Robin Hood radzi sobie rozczarowująco.

W pewnym sensie score ten przypomina charakterem vangelisowskiego Alexandra, który pod względem rozmachu i epiki był kompozycyjnie wręcz prymitywny; u Greka jednak ciekawa etnika ratowała płytę, tym bardziej że była skrojona pod przyjemny odbiór albumowy. Robin Hoodowi natomiast brakuje zarówno ideologicznego, postmodernistycznego zacięcia Gladiatora, jak i wypracowanego stylu Kingdom of Heaven. Intelektualnie nie dorasta kompozycji Zimmera do pięt, brzmieniowo zaś nie podejmuje nawet próby zbliżenia się do profesjonalnej ścieżki Gregson-Williamsa. Wniosek nasuwa się jeden: Ridley Scott na gwałt potrzebuje nowego szofera.



Autor recenzji:  Marek Łach
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Destiny (03:35)
  • 2. Creatures (02:09)
  • 3. Fate Has Smiled Upon Us (02:01)
  • 4. Godfrey (03:32)
  • 5. Ambush (01:14)
  • 6. Pact Sworn In Blood (02:52)
  • 7. Returning The Crown (01:13)
  • 8. Planting The Fields (01:17)
  • 9. Sherwood Forest (02:19)
  • 10. John Is King (04:01)
  • 11. Robin Speaks (02:31)
  • 12. Killing Walter (01:58)
  • 13. Nottingham Burns (02:11)
  • 14. Siege (02:09)
  • 15. Landing Of The French (02:46)
  • 16. Walter's Burial (03:04)
  • 17. Preparing For Battle (02:38)
  • 18. Charge (01:18)
  • 19. Clash (02:41)
  • 20. The Final Arrow (02:29)
  • 21. The Legend Begins (01:27)
  • 22. Merry Men (01:48)
Czas trwania: 51:13
Komentarze
bladerunner21 2010-12-14 18:33
Nie oftopuj :D. Teraz panny nie są dla mnie wskazane, bo robię na sucho, a przez kobity mam tylko miękkie kolana i zero siły :P:P.
Grzegorz 2011-01-03 19:34
Po Henryku 4 postanowiłem tę oto ową recenzję przyswoić. Kompletnie nie zgadzam się z oceną samego albumu. Dla mnie kompakt jest na 3,5. A muzyka w filmie na 1, gdyż praktycznie nie pasuje do obrazu. Patos śmieszy aż to łez. Heh... ale na albumie się to sprawdza - fajnie się słucha - 2-3 razy można posłuchać. Dlaczego ocena taka wysoka - jedna z pierwszych, większych prac Streitenfelda i podobnie, jak pan Badelt czekam na jeszcze ze 3 dobre ścieżki. PANOWIE RECENZENCI - PROPONUJĘ ZMIENIĆ PŁYTĘ, GDYŻ PISZECIE NON STOP TO SAMO - jak każda recenzja brygady RC ma tak wyglądać, to lepiej podarujcie sobie to pisanie, bo to się staje nudne! "Prymitywne, oklepane i beznadziejne" stają się wasze recenzje. Taka recenzje to każdy *** może napisać, bez obrazy - ale gdy się je czyta, takie odnosi się wrażenie. CZEKAM NA NARNIE 3! I NIE ZAWIEDŹCIE MNIE! Niech Moc będzie z Wami! A co do tych Transformersów - zmieńcie płytę!
DanielosVK 2011-01-03 19:37
Czemu mam wrażenie, że bladu się podszywa? :> A może dziekan?
Dr Wibrafon 2012-08-15 22:35
Kilka naprawdę ciekawych kompozycji, kilka akordów krótko acz głęboko kłujących w serduszko, w sumie aż jakieś 10-15 minut według tego co można znaleźć na YT.
Mieszko 2013-07-11 10:46
Ja do tej muzyki nic nie mam. Słucha się mi jej naprawdę nieźle. Nawet często do niej wracam. W filmie żadnych kiksów nie zauważyłem. Moim zdaniem w połączeniu z obrazem wypada bardzo dobrze. Krytyka zdecydowanie przesadzona.
Koper 2013-07-12 18:27
Mieszko, ogarnij się. :P Krytykujesz Powella za HTTYD a chwalisz Streitenfelda za pozbawioną kunsztu i polotu, totalnie nietrafioną ilustracyjnie muzyczną popierdółkę. Ja wiem, że niby o gustach dyskutować się nie powinno, ale o ile można zrozumieć, że słuchanie tej muzyki sprawia ci jakąś radość, to pociskanie, że to się dobrze sprawuje, to jeszcze większy LOL, niż niektóre Twoje gwiazdki w komentarzach. ;P
Mieszko 2013-07-12 23:13
Ja dzielę się tylko swoimi odczuciami, ale jeśli ciebie to drażni, po prostu nie czytaj moich komentarzy. Swoboda wypowiedzi chyba istnieje na tym forum, prawda? Uważam, że muzyka do "Robin Hooda" Streitenfelda zarówno w filmie, jak i na płycie spisuje się dużo lepiej niż powellowskie "How To Train Your Dragon". Dlaczego? Ponieważ po seansie kinowym się o niej pamięta, czego do końca nie można powiedzieć o drugiej ze wspomnianych ścieżek. Poza tym albumy dzieli poziom słuchalności - dobry i co ważniejsze równy w przypadku RH, a jeśli chodzi o HTTYD tak niestety nie jest.
Koper 2013-07-13 11:16
Swoboda wypowiedzi a owszem, po prostu trudno pojąć skalę ocen, którą stosujesz. co do porównań HTTYD z RH - zarówno ja, jak i podejrzewam jakieś 99% fanów muzyki filmowej, czy nawet zwykłych widzów, uważa dokładnie odwrotnie niż Ty. Chyba, że masz na myśli Robin Hooda Michaela Kamena, albo Robin of Sherwood zespołu Clannad, które pod każdym względem górują nad nieudanym tworem Streitenfelda. :P
Mieszko 2013-07-13 12:02
Kamenowskiego "Robin Hooda" muszę sobie odświeżyć (już dawno go nie słuchałem), natomiast to, co wykonał zespół Clannad - KULT! Pełna zgoda. Każda muzyka do RH jest jednak inna. Czy wszystko musi być lepsze lub gorsze? Ja w każdym bądź razie oglądając rewizjonistyczny film o Robinie z Sherwood (moim zdaniem bardzo dobry) ze ścieżki dźwiękowej Streitenfelda zapamiętałem w zasadzie wszystko (do tego świetny podkład pod animację na napisach końcowych), a będąc na seansie HTTYD utwory Powella wymienione w swoim komentarzu i jeszcze dosłownie parę innych. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie masz o mnie najgorszego zdania.
Krystian 2014-03-10 12:14
Czy jest może w planach któregoś z recenzentów, recenzja Adventures of Robin Hood Korngolda w wykonaniu Stromberga?

Do tej recenzji istniej? jeszcze 73 komentarze. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
Robin Hood

Kompozytor:

  • Marc Streitenfeld

Dyrygent:

  • Ben Foster

Orkiestrator:

  • Benjamin Wallfisch

Soliści:

  • Thomas Bowes (skrzypce)
  • Caroline Dale (wiolonczela)
  • Tristan Fry (kotły)
  • Gary Kettel, Glyn Matthews, Frank Ricotti (perkusja)

Wykonawcy:

  • The Bach Choir, Metro Voices (chór)

Wydawca:

  • Varese Sarabande/Colosseum/Dream Music (2010)

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie